HAWAJE
17:05
CHICAGO
21:05
SANTIAGO
00:05
DUBLIN
03:05
KRAKÓW
04:05
BANGKOK
10:05
MELBOURNE
14:05
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodnik po procesie inicjacji » #4 Szamani - Kanada
#4 Szamani - Kanada

Edi Pyrek


Ostatniego dnia poszliśmy po Święte Drzewo. Drzewo stało przy drodze. Grając na bębnach i śpiewając zbliżyliśmy się do niego. Tancerze ustawili się w rzędzie. Kilka dziewcząt-dziewic jako pierwsze uderzyły w drzewo, następnie Tancerze, jeden po drugim podchodzili do drzewa i rąbali je. Kobiety odwiązały chusty, którymi były związane w pasie i położyły na ziemi tak, by drzewo, jeśli upadnie, nie dotknęło ziemi.
- Szukając Świętego Drzewa - stojący obok mnie Two Crow zaczął mówić - Indianie ubierają się jak na wojnę. Ponieważ drzewo jest przeciwnikiem, którego należy załapać. Następnie wracają do szamanów i mówią im gdzie je znależli. I wtedy my, Tancerze i goście wędrujemy śpiewając wojenne pieśni aby zciąć drzewo - naszego wroga. Jednocześnie moment zrąbania jest momentem "zaślubin". Drzewo przestaje być naszym przeciwnikiem a staje się pomocnikiem.

Zcieliśmy drzewo. Upadając opadło na nasze ręce i wycięte w widełki kije. Potem mężczyźni nieśli je do obozu.
Pośrodku placu tkwiła wykopana przedtem dziura na drzewo. Kobiety-Tancerki zsunęły do środka serce bizona i owoce jednego z dzikich drzew, do gałęzi drzewa przywiązaliśmy flagi w kolorach czterech stron świata: żółć - wschód, czerwień - południe, czerń - zachód i biel - północ oraz czerwone sznury tytoniowych węzełków. Każdy węzełek i każda flaga były modlitwa.
Powoli osadziliśmy drzewo w dole.
- Plac tańca - Two Crow mówił nie odrywając oczu od tego co dzialo się pod drzewem - oznacza uniwersum....kosmos, świat. Altana, zadaszenie dla gości, to esencja życia. Te kilka gałęzi pośrodku drzewa to symboliczne gniazdo Thunderbirda, a samo drzewo to Drzewo Życia, siegające nieba i wyrastające z ziemi. Łączące człowieka z Wielkim Duchem. To po nim, po drzewie wspinać się będzie twoja dusza by spotkać Boga.
Pośrodku Placu Tańca wyrosło Święte Drzewo.



**********

Wieczorem podszedłem do Chief Moona, podałem mu tytoń. Zgodnie z tradycją strałem się nie patrzyć mu w oczy.
- Chciałbym zostać przywiązany do drzewa pierwszego dnia.
Szaman popatrzył na mnie.
- Jesteś pewien?
- Tak.
- Wiesz, że musisz mieć czyste intencje? Wiesz, że to bardzo trudno wisieć od pierwszego dnia? Wiesz, że ten pierwszy dzień to taniec wojownika, taniec orła?
- Tak.
- Ja sam, w czasie pierwszego Tańca wisiałem czwartego dnia, w drugim roku od trzeciego dnia i tak dalej... czy naprawdę wiesz?
- ... Tak myślę.
- Dobrze więc, to twoje życie, będzie jak zechcesz, ale pamiętaj, że zawsze możesz zmienić zdanie.
Mężczyzna odszedł, poszedłem do Szałasu Pary. Ostatniego przed Tańcem. Rozebrałem się, moje ciało po kilku dniach sauny przyzwyczaiło się do temperatury w środku, nie musiałem już, tak jak przez pierwsze dni wchodzić do środka w kocu, żeby się nie poparzyć. Pół nagi stanąłem przez sauną, z ręką w górze obróciłem się w czterech kierunkach modląc się do każdego z nich, potem pochyliłem się i wczołgałem do sauny, schyliłem głowę dotykając nią ziemi.
- Wszyscy moi krewni - wyszeptałem w ziemię.
Zająłem swoje miejsce na przeciwko wejścia. Zaczęto wnosić kamienie. Szaman sypnął zioła na kamienie. Modliliśmy się, grający na bębnach okadzili i rozgrzali instrumenty nad kamieniami. Zasłonięto wejście. Była ciemność. Kompletna, całkowita. Zaczęto śpiewać niezrozumiałe dla mnie pieśni. Ktoś oblał kamienie wodą, rozgrzana para uderzyła mnie zadając ból. Ciało moje obrosło tysiącami kropel potu. Monotonne śpiewy, krótki oddech, modlitwa i dziwny lęk, który nie wiadomo skąd przybył.
Potem przerwa przed kolejną rundą. Na kolanach wyszedłem na zewnątrz. Zimna ziemia otuliła mnie, leżałem z trudem oddychając.
- Edi.
Podniosłem głowę, jeden z szamanów pochylał się nade mną.
- Chodź, chcę z tobą porozmawiać.
Odeszliśmy na bok.
- Chief Moon prosił, żebym z tobą porozmawiał... podobno chcesz wisieć od pierwszego dnia... czy jesteś pewien?
- Chyba tak.
- Czy miałeś sen, wizję kiedy masz wisieć? Nie? Dobrze więc... - mężczyzna popatrzył na mnie poważnie jakby chciał zobaczyć co myślę. Co więcej, był tak, jakby ten człowiek naprawdę mógł zobaczyć moje myśli, a potem... - będę się za ciebie modlił żebyś miał wizję - uśmiechnął się - a teraz chodź do sauny, już czas.
Znowu siedziałem w ciemności. Nagle ogarnął mnie ogromny smutek i jednocześnie zacząłem tracić władzę w rękach. Dłonie zaczęły wyginać się jak szpony dziwnego ptaka, palce zacisnęły się. Ból w rękach i żal spowodowały, że zacząłem płakać jak małe dziecko, płacz wstrząsał mną całym, przycisnąłem się do ziemi, jakbym wierzył, że jest ona w stanie opanować mój ból. Łkałem, łzy ciekły i mieszały się z potem i z wodą cieknącą mi z ust i nosa. Bębny grały. W brzuchu zbierał się krzyk, który wędrował do góry wypełniając mnie całego, ręce zaciskały się jeszcze bardziej. Skończyła się kolejna runda, nie mogąc używać rąk wyczołgałem się na łokciach. Na zewnątrz upadłem na ziemię. Płakałem. Żal wstrząsał całym moim ciałem. Ból rąk wydawał się nie do zniesienia, nie mogłem ich wyprostować ani bardziej zgiąć, było tak jakby już na zawsze zastygły w szpony. Poczułem na plecach dotknięcie czyiś rąk, Dawid objął mnie ramionami.
- Kochamy cię Edi, kochamy, będzie dobrze... płacz, płacz.
Płakałem, ale po kilku minutach, dławiąc ból, spychając go do środka podniosłem mokrą twarz. Za mną, prawie dotykając moich stóp leżał szaman, który powiedział, że będzie się modlił o moją wizję. Uśmiechnął się, gdy zobaczył, że patrzę na niego.
- Już wiesz? - zapytał.
- Tak... już wiem.
Płacząc zrozumiałem, że to, co kierowało mną przy decyzji o tańczeniu i o wyborze dnia na wieszanie było związane z moim ego. Ja po prostu chciałem móc opowiadać i myśleć o sobie jako o tym, który wisiał od pierwszego dnia, dnia Wojownika-Orła. Nie było we mnie pokory, była duma. Leżąc zrozumiałem też, dlaczego powinienem tańczyć i za co. Bo Tancerz nie tańczy dla siebie, ale dla swojego plemienia, tańczy dla innych.
- Tak... nie mogę tańczyć Tańca Orła... nie jestem godzien... chcę przebić się drugiego dnia. Proszę pozwól mi. - patrzyłem na mężczyznę.
- Miałeś wizję - szaman uśmiechnął się - więc ja nie mam nic do powiedzenia.
Ręce powoli zaczęły wyprostowywać się, przestawały być szponami, stawały się dłońmi. Ból odchodził. Odwróciłem się na bok. Wiedziałem, że Czarne Stopy nie pozwalają leżeć tancerzom na plecach, podwinąłem więc pod siebie nogi i ręce, ręce od kilku godzin po raz pierwszy moje. Zamknąłem oczy. Moja klatka piersiowa otworzyła się i wyleciał z niej orzeł. Wniósł się nad plac, krążył. Oglądał wszystko z góry, a potem wleciał się w niebo. Znikł w błękicie. Podniosłem się. Wróciłem do sauny. Zaczęły grać bębny.

********

Następnego dnia o wschodzie słońca zabrałem swoje rzeczy z namiotu i zaniosłem je na plac. Zrzuciłem na kupę, przykryłem folią i wraz z innymi tancerzami wszedłem do sauny. Po kilku godzinach wszyscy wyszliśmy na zewnątrz, nad całym obozem wyrastał ogromny tęczowy most, pośrodku którego stało święte drzewo. Poszliśmy się ubierać. Wiał zimny wiatr. Założyłem spódniczkę, na głowę, kostki nóg i rąk wciągnąłem wieńce z szałwi, na szyję założyłem medalion ze słońcem, do ust włożyłem gwizdawkę z kości orła, wziąłem pióro do ręki.
Dawid podszedł do mnie:
- To dobry dzień, by umrzeć...
Popatrzyłem na niego i na niebo. Słońce przebijało chmury rzadkimi promieniami, było ciemno, szaro. Nie było już tęczy. Grały bębny.
- Tak, to dobry dzień, mogłoby być tylko trochę więcej słońca...
- Będzie, jeszcze zatęsknisz za cieniem. Chodźmy tańczyć.
Kuląc się z zimna poszedłem za nim. Wiatr uderzał w moją nagą pierś. Zimno trzęsło mną. Drobiłem nogami, a mijający tancerze dotykali mnie piórami orłów.
Rozpoczął się Taniec, z pierwszymi promieniami słońca ruszyliśmy w wędrówkę dookoła Świętego Placu. Z przodu szli pomocnicy z totemem Orła, na kiju otoczona piórami tkwiła spreparowana głowa orła, potem Kojot, skóra i głowa totemu Południa. Przy dźwiękach śpiewów tancerze zbliżyli się do Drzewa. Dotknęli Go.
Zaczęliśmy tańczyć.
W rytmicznym tańcu zginaliśmy i prostowaliśmy nogi, z gwizdawkami z kości orła w ustach wołaliśmy ptaki. Wędrowaliśmy od jednej bramy do drugiej, od jednego kierunku do drugiego. Zbliżaliśmy się i oddalaliśmy od Drzewa. I ciągle bębny i te same rytmiczne śpiewy...
"Wielki Duchu przyszedłem,
stoję tu przed Tobą,
ulituj się nade mną
ja tańczę"
Rytmiczne zginanie i prostowanie ciał, i gwizd, i oczy w niebo, i tańczący pode mną mój cień, cień ptaka. Szałwia na głowie układała się w orli dziób, szałwia na rękach w skrzydła, szałwia na nogach w szpony... tańczyłem na ptaku. Nagle moje ręce zaczęły się podnosić w górę, z zimna, pragnienia, potrzeby... zaczął do mnie wracać taniec, który dostałem od mojego Ducha Opiekuńczego kilka lat przedtem na Syberii. Byłem nim, już nie byłem sobą, byłem moim Ptakiem, moim Duchem, Aniołem. Ptak był nade mną, Ptak był pode mną, Ptak był mną. Rozprostowałem ręce.
Potem odpoczynek i Chief Moon pochylający się nade mną - Czemu tak dziwnie tańczysz?
- Nie wiem...
- Wykończysz się, musisz wytrzymać do końca...
- Ale ja muszę tak tańczyć... ja nie wiem dlaczego, wiem tylko. że muszę
- To tańcz... będę się modlił, żebyś wytrzymał...
Moje ręce-skrzydła leżały na ziemi, obok, zacisnąłem dłonie, zgiąłem łokcie jakbym sprawdzał, czy jeszcze władam nimi, czy jeszcze rządzę nimi-sobą, czy może już cały jestem czyjś, nie-swój, ale ptasi, anielski...
I znowu bębny i taniec i ruch... święty ruch.
I pierwszy dzień i pierwsi Tancerze stający pod Drzewem i szamani przebijający im skórę i mięśnie na piersi i przyczepiający ich do Drzewa. I Chief Moon przywiązany do Drzewa i odskakujący od niego tak, by sznury wyrwały mu kołki i mięso z piersi.
Tancerze-Wojownicy stali związani z drzewem naciągniętymi linami. Mieli zostać w tych miejscach przez najbliższe cztery dni. Mieli tak tańczyć i spać przywiązani do drzewa. Przez cztery dni mieli stanowić jedno z drzewem.
Gwizdaliśmy dla tego pierwszego z Tancerzy. A kiedy Chief Moon oderwał się od Drzewa, słońce wyszło zza chmur i zostało na niebie do ostatniego dnia.
Czułem ból zmęczenia i pragnienia. Pod spódniczką z moich zniszczonych reumatyzmem, bolących kolan zsuwały się opaski zrobione z rękawów swetra. Trzęsłem się ze zmęczenia. Podszedł do mnie szaman i zaczął okadzać szałwią. Jednocześnie bił mnie po plecach, ramionach i nogach orlimi skrzydłami. Śpiewał za moimi plecami niezrozumiałe dla mnie modlitwy. Zataczałem się, pragnąłem tylko, aby wszystko się skończyło, abym mógł wreszcie napić się i położyć na ziemi, abym nie musiał wstawać... tańczyć.

Źródło: informacja własna

<< wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8 dalej >>


w Foto
Przewodnik po procesie inicjacji
WARTO ZOBACZYĆ

Nepal i Katmandu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GLP 2; Cotopaxi - wulkan nad wyraz przystojny
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl