HAWAJE
21:43
CHICAGO
01:43
SANTIAGO
04:43
DUBLIN
07:43
KRAKÓW
08:43
BANGKOK
14:43
MELBOURNE
18:43
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodnik po procesie inicjacji » #4 Szamani - Kanada
#4 Szamani - Kanada

Edi Pyrek


Taniec Słońca został z powodu swojej brutalności i gwałtowności zabroniony w 1881 roku - i to wszystko mimo Konstutucji gwarantującej wolność religijną!
Jednak Indianie ciągle kontunuowali ceremonię, ale dopiero za rządów Roosevelta uzyskano pozwolenie na Taniec, z tym, że zabroniono poddawania się torturom, za jakie uznano nacinanie ciała i przywiązywanie do drzewa. W latach 60-70 powoli zaczęto pozwalać na ceremonię w jej pierwotnej formie. Jednocześnie koniec XX wieku przynióśł otwarcie Indian na kkontakty z Białymi. Niektórzy z nich dostali prawo do uczestniczenia w najbardziej świętych ceremoniach Indian.
Celnik kazał Dorocie i mnie wejśc do budynku.
Szklane ściany, wąski kontuar i kobieta przeglądająca mój paszport.
- Dokąd państwo jedziecie?
- Do rezerwatu Czarnych Stóp. Blood Reserve.
- Po co?
- Na taką jedną ceremonię...
- Taniec Słońca?
- ... Tak.
- Tancerz?
- Tak.
Pomyślałem, że po raz pierwszy znalazłem określenie, z którym mogę się utożsamić - Tancerz Słońca.
- A ona?
- Przyjaciel.
- Witamy więc w Kanadzie... i dobrego tańca - kobieta uśmiechając się podała mi paszporty.
Na zewnątrz celnik przeglądał, zapakowany prezentami dla Indian, samochód Dawida. Mężczyzna przerzucał paczki pełne tytoniu i koce.
- Możecie jechać... szerokiej drogi.

Ruszyliśmy.
Dawid prowadząc zaczął opowiadać o Chief Moonie, szamanie, który miał prowadzić ceremonię.
- Był w szkole chrześcijańskiej... ale jednocześnie jego ojciec był szamanem i on kiedyś powiedział do dyrektora, że syn ma wracać na weekendy do rezerwatu, żeby się uczyć o swoich ludziach. Dyrektor wtedy, że nie. Bo Chief Moon ma zapomnieć o swojej tradycji, bo to brednie, a jeśli ojciec chce zabrać syna to musi o niego walczyć... a dyrektor był dawnym bokserem. Więc ojciec Chief Moona powiedział "dobrze" i zaczęli walczyć...

Wyobraziłem sobie, jak krępy ksiądz zawija rękawy sutanny, lekko ugina kolana, gardą zasłania twarz i czeka, a z drugiej strony stoi stary Indianin w kapeluszu, z warkoczami zwisającymi po obu stronach twarzy jak skrzydła. Indianin wyprowadza cios, ksiądz blokuje, uczniowie wiwatują, Chief Moon staje pod ścianą i patrzy jak walczą o jego los.
- I kto wygrał?
Dawid uśmiechnął się.
- Ojciec rozłożył dyrektora i od tego czasu Chief Moon jeździł do rezerwatu ucząc się na szamana.

Wjeżdżając do rezerwatu przywitało nas żółte pole kwiatów. Żółć schodziła się do horyzontu delikatnie przechodząc w niebo. Było tak, jakby nie istniała ziemia, tylko dziwna i szalona żółć. I błękit. Jakby słońce ułożyło się żółcią na ziemi błogosławiąc niebu.

Wjechaliśmy poprzez bramę zrobionych z dwóch kijów obciągniętych kawałkami kolorowych szmat znaczących cztery strony świata.
Wkraczaliśmy w świętą przestrzeń. W świat.
Dawid pokazał nam miejsce na obóz. Dookoła zaczęło zbierać się kilku przyjaciół - Tancerzy.

Czterdziestokilkuletnia szamanka podeszła do mnie i Doroty.
- Chodźcie, pokażę wam miejsce i poszukamy słodkiej trawy.
Weszliśmy w chaszcze.
- Wąchajcie - kobieta zatrzymała się - słodki zapach oznacza, że trawa jest gdzieś blisko...
Kobieta ciągle mówiła, ruszała się, podnosiła i opuszczała ręce, w pewnej chwili, kiedy doszliśmy do rzeki wyciągnęła z kieszeni papierosa, pochyliła się nad wodą. Zamilkła wtedy na chwilę, rozgniotła w palcach papierosa, tytoń rozwiał się na wietrze, by potem opaść na wodę. Szamanka ciągle klęcząc popatrzyła na nas. Była poważna, spokojna, jakby nagle znikła ta kobieta, którą poznaliśmy przed chwilą. Koło nas klęczał ktoś inny, już nie szaleniec boży, ale ktoś skoncentrowany i całkowicie spokojny.

- Macie tytoń? To dobrze... rozsypcie... rozdajcie go Matce Wodzie dziękując za to, że płynie. Że jest... bo trzeba zawsze być wdzięcznym i umieć dziękować... dawać.
Kobieta podniosła się, patrzyła jak rozsypujemy tytoń. Potem pokazała ręką na leżącą u podstawy rzeki górę przypominającą postać leżącego mężczyzny.
- To Chief Mountain. Święta Góra... miejsce wizji.
Zwrócona w stronę góry rozsypała tytoń.
- Jej też podziękujcie... pewnego dnia przyniesiecie stamtąd wizję dla swojego plemienia... bo przyjechaliście tutaj, żeby opowiedzieć swoim ludziom o nas... jesteście tutaj, żeby pamiętać. Chodźcie po zioła... może coś znajdziemy.


********

Przez cztery dni budowaliśmy obóz. Czasami, w przerwie szedłem z fajką nad rzekę i patrzyłem na Chief Mountain. Wiedziałem, że właśnie na nią, po czwartym roku Tańca, wspinają się Tancerze. Wędrują na szczyt na swoje Vision Quest. Myślałem o tym, jakim człowiekiem będę po czterech tańcach, jakim będę po górze.
Pewnego dnia podszedł do mnie Dawid. Przykucnął na kamieniach.
- Masz świętą fajkę?
- Mam taką, którą na mój pierwszy Vision Quest dali mi rosyjscy przyjaciele... ale nie wiem, czy jest dobra. Zresztą razem ze mną paliłeś ją w Polsce. Czemu pytasz?
Dawid zaczął bawić się kamieniami.
- Tancerz musi mieć fajkę. Po tańcu ma prawo prowadzić ceremonie i leczyć nią, a zresztą sam zobaczysz, jak silna jest ta ceremonia... musimy więc znaleźć ci fajkę. Zresztą, tak naprawdę jest taka fajka, którą przeznaczyliśmy dla ciebie... Chodź.
Przed swoim namiotem siedział na ziemi brat krwi Dawida. Tancerz. Kiedy zobaczył mnie, sięgnął za siebie do namiotu i wyciągnął owinięte w czerwone płótno zawiniątko. Wyciągnął też płaską muszlę, a ze skórzanego woreczka wyjął liście białej szałwi. Zwinął je w kulę i zapalił. Ukląkł i zaprosił mnie ręką. Dawid stał nad nami.
- Ja idę, dacie sobie radę beze mnie.
Odszedł.
Mężczyzna rozłożył zawiniątko. Na płótnie leżała podłużna torba ze skóry jelenia z długimi frędzlami.
- To moja fajka z pierwszego Tańca. - dym z szałwi obejmował go sobą całym - Zrobiła ją dla mnie moja siostra. Chciałbym, żebyś zrobił mi ten zaszczyt i przyjął ją ode mnie.
Ciągle klęcząc mężczyzna otworzył torbę. Wyjął niewielkie czerwone zawiniątko i przeciągnął je nad muszlą, ze wschodu na zachód, z południa na północ, potem zrobił to samo z drugim, podłużnym zawiniątkiem. Zaczął odplątywać je z cienkich rzemieni. Najpierw pojawiło się długie stylisko z jasnego drewna, potem główka fajki - rzeźbiona w czerwonym, fajkowym kamieniu głowa orła. Mężczyzna okadził fajkę. Potem zwrócił się, ciągle klęcząc, w stronę wschodu. Podniósł do góry rozłożoną fajkę. W prawej ręce trzymał ustnik, w lewej główkę. Modlił się bezgłośnie. Wreszcie złożył je razem.

- Główka fajki to kobiecość, trzymasz ją więc w lewej dłoni, prawa to męskość, trzymasz w prawej. Przed złączeniem obu części modlisz się, by Wielki Duch pozwolił ci zapalić fajkę... czasami wiesz, że nie możesz tego zrobić, więc wtedy odkładasz ją.
Mężczyzna wziął ze skórzanego woreczka trochę tytoniu, modlił się cicho, ręka z tytoniem zatoczyła koło nad szałwią, potem uniosła się na wschód, wreszcie do nieba, a na końcu dotknęła serca i ziemi. Wtedy mężczyzna zapakował tytoń do fajki. Powtórzył to ze wszystkimi kierunkami. Kiedy fajka była pełna, odwrócił stylisko w niebo, modlił się. Potem skierował je do ziemi. Dotknął Matki. Zapalił. Zaciągnął się dymem i okadził nim cała fajkę, a resztą dymu oczyścił się.
- Modlę się za ten Taniec, za twój i swój. I modlę się za to, aby ta fajka dobrze ci służyła.
Mężczyzna skończył palić fajkę, dotknął styliskiem ziemi. Potem po cztery razy naznaczył prawą i lewą stronę swojej piersiowej klatki. Podał mi fajkę.
- Módl się nią.
Powtórzyłem gesty mojego nauczyciela. Zaciągnąłem się dymem. Poczułem coś dziwnego... wzruszenie, miłość i obecność czegoś dziwnego, namacalnego, tak jakbym dotykał dłońmi nie fajki, ale Absolutu.
Po wszystkim mężczyzna spakował fajkę i podał mi ją na wyciągniętych rękach.
- To twoje.
Płakałem. Wziąłem fajkę i odszedłem do swojego namiotu. Z plecaka wygrzebałem kolec jeżozwierza, który przywiozłem z Afryki i wróciłem z nim do mężczyzny.
- To dla ciebie. Dobry do czyszczenia fajki.

Źródło: informacja własna

<< wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8 dalej >>


w Foto
Przewodnik po procesie inicjacji
WARTO ZOBACZYĆ

Liban: Sydon
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

HAW 2; Wulkan Puukukui
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl