HAWAJE
01:10
CHICAGO
05:10
SANTIAGO
08:10
DUBLIN
11:10
KRAKÓW
12:10
BANGKOK
18:10
MELBOURNE
22:10
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodnik po procesie inicjacji » #6 Szamani Peyotlowi - Ameryka
#6 Szamani Peyotlowi - Ameryka

Edi Pyrek


Ten rozdział opowiada o moim poszukiwaniu, po Tańcu Słońca, szamanów peyotlowych i o spotkaniu z nimi. Historia ta przydarzyła się w sierpniu i wrześniu 1999 roku. To czego tak silnie poszukiwałem to niewielki, zielony kaktus - Peyotl (Lophophora Williamsi) - kaktus halucynogenny z Ameryki Środkowej. Od czasów prekolumbijskich używany w ceremoniach religijnych. Związana jest z nim rozbudowana mitologia. Indianie Huichola z Meksyku dokonują między innymi rytualnych pielgrzymek do peyotlowych ogrodów, a także polowań na jelenie (Karumari), które są zwierzęcym odpowiednikiem kaktusa.

Roślina ta zawiera około 30 alkaloidów, z czego halucynogenna meskalina stanowi główny składnik. Dla Indian - wyznawców kaktusa - jego główne bóstwo - Dziadek Mescalito pojawia się wiernym, by ich nauczać, prowadzić. Wydaje się być kimś obdarzonym osobną egzystencją. Kimś, z kim można prowadzić dialog. Dla członków Native American Church Dziadek jest traktowany na równi z Chrystusem. "Biali ukrzyżowali Chrystusa - powiedział mi jeden z szamanów - więc ten dał im Biblię, Indianie nic mu nie zrobili, więc dostali wizję."




Jest szósta nad ranem, w New Yorku jest ciepło.
Ubrany w jasny mundur ochroniarz budzi mnie wciśniętego pomiędzy ławkę a kamienną ścianę Uniwersytetu Columbia. Półprzytomny zbieram karimatę, plecak i granatowy kocyk Taromu i z kilkoma bezdomnymi idę w porannym półmroku przez ulicę do pobliskiego parku Waszyngtona.

Rozkładamy się z bezdomnymi na trawie w dziwnej nielogicznej konfiguracji. Ktoś żartuje w półśnie „Nie śpij na trawie - pal ją”. Aleją spaceruje koń z przyczepionym do grzbietu nierealnym policjantem. Bezdomny Murzyn układa się na niewygodnej ławce, inny zasypia owinięty w jasny koc. Ktoś beka, ktoś pierdzi, ktoś puszcza w senny krąg aluminiową lufkę z trawą. Disneyowskie wiewiórki szukają w trawie jedzenia. Ptak sra mi na koc. Staram się zasnąć. Ktoś krótkimi frazami gra na babusowej fletni Pana.

Rozpoczęło się codzienne, poranne zmartwychwstanie rzeczy, obowiązków, przedmiotów, ludzi. Miałem wrażenie, że to co nocą, gdy spałem umierało, zanikało, ginęło, to ranem, z pierwszym otwarciem oczu odżywało. Rodził się świat, dzień, ludzie.

- Czy wierzysz w cuda?
Nade mną pochylał się bezdomny Murzyn. W rękę włożył mi pogryzioną bułkę.
- Tylko w cuda.
- To dobrze, bo widzisz, świat to cud... tylko ciii, nikomu nie mów.
Mężczyzna szedł tyłem do przodu cały czas patrząc na mnie. Potknął się o płotek, przeskoczył go i stojąc na chodniku krzyknął.
- TYLKO NIKOMU NIE MÓW...!!! - przykłożył palec do ust i przeskakując chodnikowe płyty odbiegł.

W ręku trzymałem podarunek. Bułka była świeża z nierównymi śladami zębów. Otarłem ją o koszulę i zacząłem jeść. Na koszuli został biały ślad mąki. Z kieszeni plecaka wyjąłem nóż, z plecaka topiony ser, rozkroiłem bułkę, posmarowałem, potem przeciąłem ją na pół i położyłem obok śpiącego przy mnie Latynosa. Potrąciłem go i pokazałem na kanapkę, mruknął coś i zaczął ją jeść. Kiedy skończył, wyjął z kieszeni tytoń i bibułkę, zrolował skręta i ciągle milcząc zapalił go i podał mi. Oparliśmy się obaj o mój plecak. Patrzyliśmy na świat. Zacząłem powoli bawić się otwartym nożem.

Przedmioty, które miałem ze sobą zaczynały mieć znaczenie sakralne, magiczne. Święty Plecak. Święty Nóż, Święte Zmartwychwstanie Budzika. Paradoksalnie, w tym samym czasie te wszystkie rzeczy traciły swoją materialną ważność. Były nieważne. Miałem świadomość, że zawsze mogę je zostawić (wielokroć przeklinałem ciężar plecaka i dziesiątki niepotrzebnych przedmiotów, które w swoim idiotycznym lęku zabrałem).
Gdyby kataklizm...
Myślałem.

Albo bezludna wyspa, na która pozwolonoby mi zabrać kilka tylko rzeczy z tej podróży - to co bym wziął? Kilka dobrych zdjęć, które zrobiłem i te których nie zrobiłem, ale które zaistniały w mojej głowie kiedy nie nacisnąłem migawki bo nie chciałem zabijać czegoś co działo się w tej chwili, w tym momencie. Zabrałbym też Świętą Fajkę, może nóż z rączką z kości, parę butów (przez sentyment bo tyle razem przeszliśmy) i pewnie jeszcze stary woreczek z garścią talizmanów. Nic więcej. Reszta nie miała znaczenia.
Wiedziałem, że dostanę wszystko co będę potrzebował - miejsce do spania, kawałek bułki, tytoń.

Od nowa w każdej podróży uczyłem się przemijalności rzeczy. Ich nieistotności. Coraz bardziej rozumiałem, że pragnienie posiadania rzeczy, ludzi jest wynikiem lęku. Im mam więcej, tym bardziej bezpiecznie się czuję. Otaczam się przedmiotami by móc w chwilach lęku odwołać się do czegoś. Istnieje wtedy dla mnie coś, co mogę opanować. Przedmiot.
W podróży nie pragnąłem niczego ograniczać przez posiadanie... bo jak można posiadać ziemię czy wodę?

Każda rzecz, którą nazywałem "moja" powodowała, iż podróżowało się ciężej, trudniej, ale jednocześnie im bardziej pragnąłem wyzbywać się rzeczy, tym mocniej odczuwałem te momenty, kiedy mój lęk powodował, iż pragnąłem mieć coś własnego - a najlepiej cały świat.
Dwa dni później wędrowałem wzdłuż autostrady w stronę Waszyngtonu. Jechałem do Nowego Meksyku na spotkanie z jednym z Tancerzy - Two Crow, który obiecał mi pomoc w spotkaniu z szamanami peyotlowymi.

Po kilku godzinach wędrówki wzdłuż autostrady zszedłem na boczną drogę idącą wzdłuż trasy. Chciałem dojść do leżącej blisko 20 mil dalej benzynowej stacji. Droga była wąska i pusta a kiedy autostrada zamieniała się w most droga zeszła w dół i zakręciła, przecinając trasę dołem. Ponad 3 metrowy płot dzielił mnie od dalszej drogi. Za płotem była kolejna droga szybkiego ruchu, potem znowu płot i dalej wąska dróżka idąca bokiem autostrady. Był upał, miałem za sobą kilka godzin marszu po krzakach z ciężkim plecakiem, zmęczony usiadłem na plecaku i zciągnąłem buty i skarpetki. Zacząłem oglądać odciski. Chciałem odpocząć chwilę przed wspinaczką na płot i dalszą wędrówką.

- Boże, Ty mnie chyba nie lubisz! - podniosłem do góry głowę.
Najpierw była cisza, nawet szum samochodów ustał, potem głos przez megafon.
- Proszę wolno wstać i trzymać ręce na widoku.
Kilka metrów ode mnie stał policyjny samochód. Podniosłem ręce. Z samochodu wyszedł policjant trzymając rękę na kaburze pistoletu. Wolno wstałem, czułem się jak bohater jakiegoś amerykańskiego filmu klasy C. Samotny buntownik, zły gliniarz. Kula w tył głowy. Pogrzeb na koszt podatników.
- Czy masz jakąś broń?
W kieszeni kamizelki leżał otwarty nóż.
- Nie.
- Co tu robisz? To prywatna droga.
- Jestem... dziennikarzem z Polski, piszę przewodnik po Ameryce, a tutaj... tutaj... to podrzucił mnie mój przyjaciel i on kazał mi poczekać i powiedział, że zaraz po mnie przyjedzie bo... bo zapomniał w domu wyłączyć gaz... więc musiał do domu po ten gaz pojechać... i ja czekam na niego.
Stałem na bosaka na rozgrzanym asfalcie.
- Tu nie wolno stać.
- To nie ja tu przyszedłem, to przyjaciel Amerykanin... on powinien wiedzieć, ale pewnie nie pomyślał... to ja rozumiem, że stać tu nie mogę, ani siedzieć?
- Nie.
- Iść dalej też nie mogę, bo to prywatna droga, ani jechać, bo stop zabroniony... to co ja mam robić?
Gliniarz patrzył na mnie w milczeniu. Potem powiedział.
- Jakieś dokumenty... wyjmij powoli i podaj mi.

Wziął mój paszport, sprawdził w komputerze. Potem przez chwilę przyglądał mi się.
- Możesz zrobić jedno... czekać na kumpla na stacji benzynowej.
- Ale gdzie jest stacja?
- Parę ładnych mil stąd... zabiorę cię tam. Podejdź.
- Mogę najpierw założyć buty?
- Możesz.
Wziąłem plecak i podszedłem do samochodu. Policjant ciągle trzymał rękę na kolbie.
- Oprzyj się o samochód - oparłem ręce o maskę - rozchyl nogi - rozchyliłem.
Policjant zaczął sprawdzać, czy nie mam broni. Znalazł w kieszeni nóż.
- Mówiłeś, że nie masz broni... a to co?
- To - zdziwiony patrzyłem na nóż - to do owoców...
- Duże masz te owoce... na czas jazdy zabiorę go ze sobą... wsiadaj.
- Ale - zatrzymałem się z plecakiem w połowie drogi - co z moim przyjacielem, on będzie mnie tu szukał... i nie znajdzie jeśli zabierzesz mnie na stację... może zostawię dla niego kartkę?
- Dobrze.
Z kieszeni plecaka wyjąłem notes wyrwałem kartkę i podałem gliniarzowi.
- To zapisz dokąd mnie zabierasz... bo ja przecież nie wiem.
Policjant wahał się przez chwilę, nie wiedząc co zrobić, jeśli weźmie kartkę, by napisać, będzie musiał puścić kolbę pistoletu, jeśli nie weźmie, to okaże się nieuprzejmy. Zwyciężyła uprzejmość. Wziął kartkę, napisał parę słów i podał mi. Kartkę położyłem pod kamieniem w miejscu, gdzie siedziałem.
- No - popatrzyłem z dumą na kartkę - możemy jechać.
Na stacji benzynowej policjant oddał mi nóż i odjechał.

Usiadłem na ławce, zapaliłem fajkę, wziąłem wrzątek i zalałem własną kawę, kubek postawiłem pomiędzy nogami. Słońce zachodziło nad autostradą. Było dokładnie tak jak powinno być. Spokój, kawa, lekkie zmęczenie odczuwane w plecach i... niewiadoma.
Nocą wrzuciłem rzeczy poznanemu w knajpce kierowcy ciężarówki - Polakowi, sam zaś karimatę i koc zniosłem pod samochód, zapaliłem czołówkę, zapaliłem fajkę i leżąc z samochodem nad głową - żeby nie padało, żeby nie napadli, zacząłem czytać wiersze Whitmana....
Zasnąłem.

Źródło: informacja własna

1 2 3 4 5 6 7 8 dalej >>


w Foto
Przewodnik po procesie inicjacji
WARTO ZOBACZYĆ

Kory drzew świata
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Alpejski Guiness 2005 - relacja
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl