HAWAJE
09:56
CHICAGO
13:56
SANTIAGO
16:56
DUBLIN
19:56
KRAKÓW
20:56
BANGKOK
02:56
MELBOURNE
06:56
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodnik po procesie inicjacji » #6 Szamani Peyotlowi - Ameryka
#6 Szamani Peyotlowi - Ameryka

Edi Pyrek


Zrozumiałem, że był on głosem mojej nieświadomości osobniczej a nie zbiorowej, nie odzywał się on do mnie z poziomu archetypu, czyli wiedzy pokoleń, ale z indywidualnej.

Jednocześnie wyraźnie przedstawił się on mi jako "ja", czyli oznaczałoby to, że istnieje jakieś drugie, nieświadome ja, które "zarządza" moją przestrzenią wewnętrzną. Dziadek był więc wyrazicielem owego "wewnętrznego ja", tym różniącego się od mnie zewnętrznego, że istniejącego w przestrzeni, gdzie istniały inne prawa fizyki i geometrii, gdzie czas i przestrzeń były względne. Jednocześnie wiedza tego "Ja" wydawała się być ograniczona przez moje doświadczenia zewnętrzne, a ten "Ja wewnętrzny" zdawał sobie sprawę z własnego upośledzenia, ale, jeśli by pójść dalej za: "pokazuję ci tylko to co możesz sobie udowodnić" to można by pomyśleć, że to nie jego wiedza jest ograniczona moim doświadczeniem zewnętrznym, ale jedynie moje narzędzia poznawcze są ograniczone. Jednocześnie takie rozumowanie świadczyłoby o tym, iż Dziadek ulega ewolucji, przemianie, a jeśli uznałbym, iż jest on nieświadomością, to tą jej częścią, która podlega zmianom w toku mego osobniczego rozwoju.

Idąc dalej za tym tokiem rozumowania pojąłem, że Dziadek był "Ja" wiedzącym. Jeśliby więc uznać teorie o ewolucji człowieka duchowego, można by uznać, że Dziadek jest takim właśnie człowiekiem przyszłości, Buddą Martreją, Nowym Adamem.

Moje poszukiwania powinny być więc ukierunkowane do wewnątrz, ponieważ to właśnie tam, a nie na zewnątrz, nie w postaci guru, mistrzów czy też szamanów mogę odnaleźć siebie i zrozumienie.

Jednocześnie Dziadek wydawał się całkowicie realny. Był kimś, z kim prowadziłem dialog, ale po chwili znikał i był jedynie poczuciem albo głosem. Wraz z nim przyszło zrozumienie, że w mojej duszy dzieją się rzeczy, które mimo iż wypływają ze mnie, bo przecież "jestem tobą", to jednak dzieją się bez mojego świadomego działania, wpływu. Było tak, jakby Dziadek odkrył przede mną oddzielny świat mojej duszy. Świat dziwny, czasami straszny, zwykle niezrozumiały. Dziadek stał się dla mnie pośrednikiem, swego rodzaju Hermesem, pomiędzy tymi światami. Spotkania z nim były doskonałym sposobem wydobycia informacji z mojej nieświadomości, jednocześnie pozostawało pytanie: na ile to, co przekazuje mi Dziadek jest prawdą, a na ile jest jedynie wytworem mojej wyobraźni. Czyli, co jest prawdą, a co jedynie wynikiem mojego pragnienia kontaktu z nieświadomością - może więc cała wiedza i kontakt, jaki miałem ze sobą wewnętrznym w postaci Dziadka był jedynie fantazją? Snem?
To wszystko doprowadziło mnie ponownie do pytania o wolność człowieka. Moją osobistą wolność, która mogła mnie doprowadzić nawet do buntu przeciwko Stwórcy - "zabierz ode mnie ten kielich". Jestem więc w swojej wolności nieograniczony. Nie tylko mogę być tym, kim chcę, ale, co więcej, mogę także zaprzeczyć i zbuntować się przeciw Bogu. Uznać moje własne prawo do życia według swoich zasad. Świadomość potencjału tej wolności, jej nieograniczoności i zrozumienie, że jestem WOLNY, bo sam wybieram, i decyduję.
Rankiem obudził mnie Zep.
- Wstawaj, czas na saunę, mój brat już czeka, żeby cię zabrać do siebie. Ubieraj się.

Dom S. leżał niedaleko domu Zepa. S, pokazał mi swoje peyotlowe pole i kazał poszukać kaktusa dla siebie.
Moje palce wędrowały powoli po zielonej główce kaktusa. Zamknąłem oczy. Moje ręce odkrywały świętą roślinę, czułem lekkie uginanie się Peyotla, delikatne włoski "kwiatów", aksamitną skórę, delikatną jak wewnętrzna strona kobiecych ud, zagłębienia, wzgórki, guzy. Moje palce były jednocześnie kochankiem, odkrywcą i jakimś szalonym Demiurgiem.

Dłoń wędrowała to po ziemi, to po kolejnych kaktusach, czekałem na tego, który odezwie się do mnie. Wreszcie podniosłem jednego, wyszedł z ziemi łatwo, jego spód był brązowy, brudny od ziemi, wyrastały z jego dna białe, cienkie korzenie. Delikatnie otarłem spód o koszulę. Przyszyte do mojej indiańskiej koszuli wstążki poruszały się w powietrzu jak powiększone po stokroć korzenie kaktusa.
S. podszedł do mnie z tyłu.
- Wybrałeś?
Wyciągnąłem do niego kaktusa.
- To chodź.

Poszedłem za nim koło jego domu, rzadkiego lasu i dalej przez polanę, na której stały krzywe, i pordzewiałe ogrodowe meble. Na jednym z krzeseł pod poskręcanym drzewem siedział kuzyn S., potężny chłopak jadł Peyotla. Z uśmiechem patrzył na mnie. Przyszedł, żeby pomodlić się za swojego brata, który właśnie wyszedł po latach z więzienia.

Naprzeciw chłopaka, na ogromnej kamiennej płycie stała sweat lodge, a parę metrów przed nią płonęło ognisko. Pod palącymi się kłodami grzały się kamienie na saunę. S. wsunął łopatę w ogień i wyciągnął na niej kupkę żaru. Nasypał na nią garść szałwi. Żar uczynił jego brązową twarz jeszcze ciemniejszą. Podsunął do mnie łopatę. Mocny zapach szałwi wędrował w górę.

- Oczyść siebie, Dziadka i pomódl się.
Pochyliłem się nad łopatą. Rękami zagarnąłem dym na serce, twarz, czoło, ręce, brzuch i nogi. Potem szałwia opłynęła kaktusa. Kucając, krzywiąc się od żaru modliłem się do Dziadka. Wreszcie wstałem i wsunąłem łopatę z szałwią przez niewielki otwór sauny.
S. czekał na mnie.
- Teraz jedz.
Zacząłem czyścić kaktusa, powoli wyrywałem włoski i zdrapywałem ziemię. S, złapał mnie za rękę.
- Jedz całego. Takiego, jaki do ciebie przyszedł.
Ugryzłem kawałek - gorzki i mocny wykrzywił mi twarz.
- Nie tak - S. wyjął kaktusa z dłoni i wsadził całego do moich ust.
Żułem gorzką roślinę wielkości dziecięcej piąstki. Tak, jak zawsze przy Peyotlu zaczęło mi się zbierać na wymioty. Kaktus jakby rozrastał się w moich ustach, paradoksalnie stawał się większy od reszty świata. Był początkiem i końcem, Alfą i Omegą. Był czystą formą goryczy. Wolno, jakbym wpychał w siebie płód rośliny czy dziecka, zacząłem połykać kawałki Peyotla.
S. uśmiechając się pokiwał głową.

- Dobrze, tak dobrze - i odszedł.
Odwróciłem się do odchodzącego mężczyzny i zwymiotowałem na rękę. Kawałki nieprzeżutego kaktusa i resztki obiadu spływały mi po dłoni. Połknąłem to, co nie zdążyłem zwrócić i największe niestrawione kawałki, a rękę wytarłem o trawę. Usiadłem na jednym z ogrodowych krzeseł czekając, aż Dziadek zacznie działać.

Parę minut później Indianie zaczęli schodzić się do sauny. Rozebrani stawali przed wejściem modląc się do czterech stron świata. Potem pochyleni, na kolanach wczołgiwali się do środka modląc się: "dla wszystkich moich krewnych". Wszedłem ostatni.

Pośrodku kamiennej podłogi sauny wyrastał otwór na kamienie, pomocnicy powoli zaczęli pierwszą rundę wnosząc kamienie. Prowadzący zaczął monotonne śpiewać i modlić się. Za Indianina wychodzącego z więzienia, za rodzinę jednej z Indianek, za moją matkę i mnie. Monotonny i niezrozumiały śpiew zaczął mnie wciągać. Kołysałem się w ciemności i upale. Coś dziwnego rodziło się w moim brzuchu i wędrowało na zewnątrz, by wydostać się krzykiem i zawodzeniem. Bębny i grzechotki grały coraz głośniej. Prowadzący poprosił, żebym zaczął się modlić w moim języku, dał mi do ręki grzechotkę, zacząłem uderzać ją o nogi i odmawiać różaniec, na to nakładały się śpiewne modlitwy do Matki Boskiej z Gwadelupy i krzyki...

- Zaśpiewaj coś - pochylił się do mnie Zep - coś swojego, niech Dziadek usłyszy, że jesteś tutaj.
Zacząłem śpiewać... "Dom Wschodzącego Słońca" Budki Suflera, Indianie przyłączyli się do mnie ze swoimi peyotlowymi pieśniami, bębny biły coraz szybciej, prowadzący sypał coraz więcej ziół na kamienie, "a... po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój..." wypełniło sobą cała przestrzeń sauny.
Przy wyjściu Zep objął mnie, czułem zapach jego skóry, pot i mokrą od łez twarz przyciśniętą do mojej.
- Mów do mnie Bracie - Zep wyszeptał w moje ucho.
Zacząłem płakać, wiedziałem jak istotne jest to, co powiedział. Zawsze mówił do mnie "bracie", ale dopiero teraz stałem się członkiem jego rodziny, moje dzieci będą jego siostrzeńcami, jego ojciec jest moim, jego plemię moim, jego dom moim.



Źródło: informacja własna

<< wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8


w Foto
Przewodnik po procesie inicjacji
WARTO ZOBACZYĆ

Chicago: Wietrzne miasto
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AL 30; Lodowiec Matanuska
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl