HAWAJE
18:08
CHICAGO
22:08
SANTIAGO
01:08
DUBLIN
04:08
KRAKÓW
05:08
BANGKOK
11:08
MELBOURNE
15:08
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodnik po procesie inicjacji » #6 Szamani Peyotlowi - Ameryka
#6 Szamani Peyotlowi - Ameryka

Edi Pyrek


Rano pojechałem z przyjacielem do miasta do kafeterii gdzie zawsze rankami pijał kawę. Mała boczna uliczka, niewysokie domki. Siedzenie na zewnątrz, palenie fajki, kawa, rozmowy z ludźmi, których jeszcze dobrze nie znałem, ale którzy mogli być moimi przyjaciółmi. Słońce powoli rozgrzewające uliczkę. Spokój. Będąc tam myślałem, że tak właśnie powinno wyglądać życie. Bez pośpiechu. Cudowne rozmowy z ludźmi o rzeczach ważnych i nie ważnych, ale w tym momencie, kiedy o nich mówiliśmy, w tym dziwnym zastygnięciu czasu, te rzeczy były dla nas najważniejsze. Wokół nich toczył się świat. Szacunek dla innych. Kilkadziesiąt rodzajów kawy. ŻYCIE. Pomyślałem, że kiedy będę dorosły, to też chcę tak żyć. Mogłem doskonale sobie wyobrazić, że mieszkam w tym mieście, że pijam kawę w tej knajpce, że spotykam się z tymi ludźmi rankami przy kawie i fajce.

- Ktoś musi cię wprowadzić do kapłanów Native American Church, bo inaczej, nawet jak znajdziesz się przed tipi, prawdopodobnie nie pozwolą ci wziąć udział w ceremonii... - Two Crow zastanowił się przez chwilę.
Włożyłem rękę do spodni - kula zniknęła. Zostały tylko zmoczone krwią włosy.
- Jerry, ten co go wczoraj poznałeś, on zajmuje się Peyotlem. Zaproszę go na dziś wieczór, żebyście sobie porozmawiali.
Wieczorem Jerry usiadł i zaczął mówić. Wiatr na dworze uderzał w drzwi, jakby chciał się dostać do środka.

- W czasie Tipi Ceremony, czyli w Native American Church całą noc siedzisz w tipi - Jerry mówił spokojnie - ciągle w tej samej pozycji, jeśli będziesz chciał wyjść za potrzebą, czy coś, to musisz odczekać na moment, kiedy prowadzący Roadman pozwoli wyjść... będąc w środku zwróć uwagę na ołtarz.
- Ołtarz?
- Tak, nie zapomnij przy tym, że to jest chrześcijański kościół, więc wszystko co dzieje się w środku ma związek z Chrystusem... tak więc ołtarz z piasku ma kształt półksiężyca, pośrodku niego znajduje się... przyszło mi do głowy żebyś pamiętał o Matce Boskiej stojącej na obrazach na półksiężycu... bo przecież jest Ona Boginią Księżycową... więc pośrodku tego niewysokiego ołtarza masz gniazdo z cedru z leżącymi w nim peyotlowymi bulwami, obok leży też niewielkie srebrne pudełko. A za księżycem, na ziemi dwie zygzakowate linie przecinają ziemię... to ślady stóp Chrystusa... Chrystus przychodzi do wiernych w czasie ceremonii poprzez Pana Peyotla, Dziadka Mescalito, ale ci którzy przyjdą do ciebie w czasie ceremonii są jedynie kluczami do rzeczywistości boskiej. Przychodzą, ty ich bierzesz i wkraczasz w inny, prawdziwy, boski świat.
... To tyle, jeśli o to, co się dzieje w czasie ceremonii, niestety najbliższa Tipi Ceremony, o której wiem wydarzy się w okolicy za jakiś miesiąc... jeśli masz więc czas, to mogę cię wtedy zabrać...
- Nie mam... muszę wracać do kraju.
Siedząca obok Luna Crow, żona Two Crow, uśmiechnęła się.
- Jeśli masz być na ceremonii, to będziesz... Edi, po prostu zaufaj. Jeśli to twój czas, to spotkasz Dziadka. Jeśli nie, to po prostu nie.
- Łatwo ci powiedzieć, - popatrzyłem na Lunę - ty jesteś tutaj i pracujesz z kobiecą energią, a to daje ci spokój i cierpliwość... mnie tego brak.
- Ale przynajmniej możesz zaufać Losowi. Możesz?
Następnego dnia przyjechał do Two Crow Carlos, były student teologii, Meksykanin amerykańskiego pochodzenia, masażysta, pracownik socjalny i Tancerz Słońca.
- Znam w El Paso pewnego człowieka, nazywa się Ramon, zajmuje się Peyotlem, chociaż w rzeczywistości jest strażnikiem tradycji Majów.
- Jest szamanem?
- Tak jakby... chociaż on sam mówi, że nie. Ale - Carlos uśmiechnął się - w tym wypadku ja bym mu nie uwierzył. Dam ci do niego adres... on ci pomoże.
Dwa dni później jechałem stopem doEl Paso. Przyjaciel Carlosa - Ramon, mieszkał w rezerwacie, koło nowoczesnego casina. Drewniany, parterowy dom z kilkoma metrami trawnika z przodu i błotnistą, nagą ziemią z tyłu. Na placu na lewo od domu stała sauna - Morning Star Sweat Lodge, krzywy szałas obłożony kilkunastoma kocami, starymi dywanami i sparciałymi płótnami namiotowymi. Przed sauną było miejsce na ognisko a za nim, za księżycowym wałem z piasku stał maszt.

Z prawej strony leżała kolorowa sauna Majów w kształcie żółwia. Wchodziło się do środka wąskim wejściem od strony ogona a ogień paliło w jego pysku.
Mężczyzna był przystojnym Indianinem o południowych rysach twarzy z niewielkim medicine bag na piersiach.

Przez pierwsze dni Ramon nie ufał mi. Mieszkałem na dworze, śpiąc na podwórku pod jedynym drzewem. Rano widziałem ludzi wychodzących do pracy. Z pod drzewa oglądałem świat. Było tak, że siedziałem godzinami patrząc, jak pustą ulicą z rzadka ktoś przechodzi, czasami mężczyzna zapraszał mnie do domu i rozmawialiśmy o moim poszukiwaniu Peyotla.

- Czy Peyot to twoje medicine?
- Nie wiem... wiem tylko, że muszę go spróbować.
- Po co?
- Sen.

Mężczyzna popatrzył na mnie, nagle wstał, podszedł do szafki w kuchni, wyjął z niej czarny worek na śmieci i rozsypał na stole kilkadziesiąt suchych kawałków kaktusa. Placami przebierał potem odgarnął na bok kilka kaktusów a resztę schował do torby.

- To dla ciebie, dzisiaj wieczorem będzie sweat lodge dla przyjaciół, jeden z nich prosił mnie, abym się pomodlił za niego... potem w nocy weźmiesz Peyotl... jeśli tylko ciągle będziesz chciał. Kawy?
- Tak, poproszę.

O zachodzie słońca na podwórko zaczęli schodzić się Indianie z różnych plemion. Byli Apacze, Navaho, kilku Meczika - potomków Majów oraz Eduardo. Biały profesor jednego z uniwersytetów zajmujący się peyotlem od kilkunastu lat. Rozebraliśmy się, gospodarz przygotował peyotlowy bęben a na starej łopacie rozpalił kilka garści ziół. Łopatę wsunął do łaźni i zasunął za nią dywan służący za drzwi. Po kolei wchodziliśmy do sauny. Zaczęła się ceremonia.
Po kilku godzinach wyszliśmy na zewnątrz.

- Czas na kolację - Ramon zaprosił nas do kuchni, przed drzwiami zatrzymał się i pociągnął mnie za rękę - porozmawiaj z Eduardo.
Podszedłem do Eduardo.
- Szukam szamanów peyotlowych.

Mężczyzna popatrzył na mnie, uśmiechał się.
- Zadzwoń do mnie jutro. Sałatki?
Siedziałem w kącie przysłuchując się rozmową Indian. W pewnym momencie jeden z nich podszedł do mnie.
- Ramon mówił, że szukasz kogoś od Peyotla... ja sam nie prowadzę ceremonii, ale mam trochę medicine ze sobą... jeśli chcesz, to ci dam...na dobrą podróż. Chcesz?
- Tak.

Indianin podał mi mały słoik zapełniony do połowy brązowym proszkiem.
- Pomódl się a potem weź... niech Dziadek cię prowadzi.
Po kilku godzinach zostaliśmy w domu sami z Ramonem. Mężczyzna ułożył na stole kilkanaście suszonych kaktusów. Wrzucił je do garnka. Zagotował. Na muszli rozpalił szałwię. Wreszcie zdjął gotujący się wywar i nalał do kubka.
- Najpierw oczyść go nad szałwią, potem sam się oczyść i pomódl się... musisz wiedzieć dlaczego bierzesz Dziadka... to nie może być tak sobie, ty musisz wiedzieć dlaczego go bierzesz.
Mężczyzna czekał jak skończę się modlić.
- Pij.
Wypiłem gorzki napój.
- Teraz zostawię cię samego... gdzie chcesz być? W domu, na zewnątrz?
- Na zewnątrz. Przy saunie.
- Dobrze, zostawię otwarty dom... kiedy będziesz chciał możesz wrócić do domu. Dobrej drogi.

Ramon objął mnie i uśmiechając się odszedł.
Wyniosłem na puste podwórko karimatę i koc. Rozłożyłem się pod niebem. Było ciepło i gwiaździście. Leżąc na plecach, patrząc w niebo, czekałem.



********

Nie działo się nic. Tylko czasami słyszałem skrzypienie otwieranych drzwi od domu, wiedziałem, że to Ramon sprawdza co się dzieje ze mną. Po kilku godzinach, kiedy zaczęły się bóle brzucha wróciłem do domu, położyłem się w gościnnym pokoju, rozłożyłem na podłodze matę. Ból był coraz silniejszy, z trudem podniosłem się i poszedłem do ubikacji, pochyliłem się nad klozetową muszlą. Chciałem zwymiotować, nie mogłem. Zanurzyłem twarz w umywalce. Mokry podniosłem oczy i spojrzałem w lustro.

Z drugiej strony lustra, z naprzeciwka, patrzyło na mnie monstrum. Gumowa, zmieniając się i drgająca twarz. Odwróciłem oczy, popatrzyłem na ściany toalety, na ręce, na swój brzuch, wziąłem leżącą na pralce książkę, mogłem bez problemu czytać, okładka także nie falowała nie zmieniała się. Wszystko było normalne. Halucynacji nie było. Tylko moja twarz w lustrze. Był tam ktoś kogo nie znałem, ktoś kogo się bałem. Wyciągnąłem do przodu rękę z jakimś głupim przekonaniem, że zaraz moja dłoń wejdzie w lustro. Stanę się Alicją. Palce dotknęły zimnej powierzchni szkła. Twarz ciągle tam była, zmienna, drgająca, ruszając się.

- Portret Doriana Greya? - powiedziałem głośno - Pieprzę cię!
Patrzyłem na siebie-niesiebie i na próbę uśmiechnąłem się. Lustro wykrzywiło się. Spróbowałem jeszcze raz, powoli w skrzywieniu pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Ale ciągle ta lustrzana postać niosła w sobie więcej strachu i cierpienia niż radości.

- No dobra - zacząłem mówić - zobaczymy, kto dłużej wytrzyma. Ja ciebie też potrafię przerazić.

Zacząłem wykrzywiać się, palcami naciągałem skórę, odsłaniałem zęby, robiłem zeza. Po godzinie w lustrze zacząłem pojawiać się „ja”, a nie „ktoś”. Usiadłem na ziemi, ręce mi drżały, chciało mi się rzygać, ręką potarłem swoją twarz, byłem mokry od potu. Wolno, tak jakbym uczył się dopiero chodzić, wstałem. Popatrzyłem w lustro. To byłem ja. Może tylko bardziej spuchnięty, z podkrążonymi oczami, wilgotną twarzą. Mój wzrok dostrzegał każdy najmniejszy por na mojej twarzy. Każdy włos. Widziałem z doskonałą wyrazistością.
Wróciłem do pokoju, na krześle siedział Ramon.

- Czuwałeś?
- Przecież nie mogłem cię zostawić samemu... widziałeś Dziadka?
- Nie. Widziałem siebie. Dzięki, że byłeś.
- W porządku... idź spać, miałeś ciężki czas... zawsze tak jest, gdy spotykamy siebie. Jesteśmy wtedy trochę inni, niż sami myślimy... prawda?
Kiwnąłem głową. Zawinąłem się w śpiwór i zasnąłem.
Rano obudził mnie mój gospodarz.
- Telefon do ciebie - podał mi słuchawkę - to Eduardo.
Poznany w saunie poprzedniej nocy Eduardo chciał, abym przyjechał do niego. Za dwa dni miał pojechać do Meksyku na jedną z peyotlowych ceremonii. Uważał, że dobrze będzie, jeśli pojadę tam z nim.
Wieczorem stanąłem przed drzwiami domu Eduardo. Wyglądający jak Chrystus gospodarz zaprosił mnie do środka. Na szerokiej kanapie gościnnego pokoju siedziała para starszych Indian. Na stole leżały suszące się kaktusy i grzyby.
- To Edi z Polski, a to - Eduardo ręką wskazał Indian - John i Virgene, szamani Szoszonów. Jedziemy razem do Meksyku na ceremonię peyotlową... jeśli chcesz możesz pojechać z nami Edi.

Soszoni zajmowali się leczeniem ziołami, pracowali także z autystycznymi dziećmi i amerykańskimi antropologami - wchodzili w trans przy rysunkach naskalnych w Kolorado i w tym stanie kontaktowali się z duchami przodków, tłumacząc antropologom znaczenie pozostałości po przodkach. Jednocześnie medicine Virgene, były grzyby, a Johna medicine był taniec.
- Nauczysz mnie o grzybach i ziołach? - zapytałem Virgene.
Starsza kobieta popatrzyła na mnie poważnie, przez chwilę milczała, a potem uśmiechnęła się.
- Nie... ja mogę ci jedynie pokazać, co należy zbierać i jak jeść... ale to same grzyby muszą cię nauczyć. Ja mogę cię jedynie nauczyć jak sadzić kukurydzę. Ziół i grzybów nie można nauczyć. One muszą cię wybrać. Ale jeśli chcesz, to możesz ze mną chodzić po lasach... i uczyć się słuchać. I może, pewnego dnia przyjdzie do ciebie duch grzyba albo drzewa i on ci powie, co masz robić.

John wstał z kanapy i wyciągnął do mnie paczkę tytoniu.
- Zapalisz?
- No.
- To chodź na dwór, tu w domu nie wolno palić.

Wyszliśmy na niewielkie patio. Szare, nierówne mury i przestrzeń pomiędzy nimi poprzecinana cienkimi linkami z nawleczonymi na nie suszącymi się kaktusami.
Mężczyzna usiadł na ziemi, plecami oparł się o nierówny mur, zaczął skręcać papierosa.

- Człowiek nie może być nauczycielem, bo jest słaby, grzeszny i omylny. Jedynie Bóg może uczyć, Dziadek Ogień, Babcia Woda, Ojciec Niebo i Matka Ziemia. Pójdź do ognia i poproś go o naukę, módl się pijąc wodę, słuchaj chodząc po ziemi i patrząc w niebo. Proś o lekcję... proś tak długo, dopóki nie dostaniesz, a zawsze dostajesz... tylko czasami będziesz głuchy i zbytnio zajęty, żeby słyszeć coś więcej, niż własne słowa... Masz ogień?
Podałem mu zapalniczkę.

- Moim medicine jest Taniec - zwróciłem się do Indianina - chciałbym się więcej o nim uczyć... jak to zrobić?
- Tańcz... nic więcej nie musisz robić.
- Chciałbym kiedyś zatańczyć z Tobą.
John popatrzył na żarzący się czubek papierosa.
- Dobrze. Przyjedź do nas, Virgene nauczy cię o ziołach, a ja tańczyć.
Milczeliśmy.
Podszedł do nas Eduardo.
- Edi... do Meksyku jedziemy jutro... możesz zabrać się z nami na ceremonię... bądź moim gościem, ja zajmuje się tam pilnowaniem ognia. Albo możesz też pojechać na ceremonię do Navaho z Zepem.
- Zepem? Kto to jest Zep?

Źródło: informacja własna

<< wstecz 1 2 3 4 5 6 7 8 dalej >>


w Foto
Przewodnik po procesie inicjacji
WARTO ZOBACZYĆ

Karaiby: Wyspy Zawietrzne
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

@dC 3: Pozdrowienia z Moskwy!
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl