HAWAJE
04:40
CHICAGO
08:40
SANTIAGO
11:40
DUBLIN
14:40
KRAKÓW
15:40
BANGKOK
21:40
MELBOURNE
01:40
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Nepal i już » Nepal i już: `Namaste!` ma wiele odcieni
Nepal i już: `Namaste!` ma wiele odcieni

Artur Lorenc


Co znaczy "Namaste"? - Nie jest to sztuczne pozdrowienie piechurów na szlaku. Jeżeli wypowiadają to kobiety, to możemy się spodziewać gorącego i szczerego uśmiechu, który potrafi zdziałać cuda - pisze do nas z Nepalu Artur Lorenc. Wraz z Sylwestrem Banasikiem, opuścił już Katmandu, by wyruszyć w stronę Namcze Bazar (3440 m.n.p.m.). Podróżnicy dotarli tam w piątek, 4.04. Jakie jeszcze odcienie słowa "namaste" poznali po drodze? Zapraszamy do lektury!




"Lost in Himalayas"

Szalona jazda z Katmandu do Jiri autobusem , którym jeździ chyba elita nepalskich kierowców i 10 godzin z plecakami na kolanach już za nami. Teraz po wypiciu herbatki z samego rana ruszamy na szlak. Już sam początek wróży coś w rodzaju "Lost in Himalayas", bo jakiś dzieciak musi nas naprowadzać na właściwą drogę. Dobrze sie zaczęło, nie ma co - myślę sobie. Optymizmem to raczej nie napawa. Mapa pokazuje jedno, a rzeczywistość coś innego. Tak naprawdę, to każdą scieżkę zaznaczona na mapie przypada jeszcze kilka innych w terenie, ale później zgubić się nie jest już tak łatwo. Miejscowi zawsze odpowiednio nakierują w razie naszych wątpliwości, bo wszyscy i tak doskonale wiedza dokąd zmierzamy. Nawet dzieciaki, które ledwo można dostrzec wymachują energicznie rączkami i wykrzykują, ze źle idziemy już wtedy, gdy my jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tak, mapa mapą, a rzeczywistość rzeczywistością. Zginąć to nam tu jednak nie pozwolą. Pierwszy dzień upływa na oswajaniu organizmu z wytężonym wysiłkiem. Podejść i zejść nie brakuje, zadyszki zresztą też. Przy podchodzeniu na przełęcz Deorali zaczynają pojawiać się skurcze, które czasami mijają same, a czasami muszę sie zatrzymać, żeby je `rozbić`. Wreszcie dochodzimy do wioski Bhandar na nasz pierwszy nocleg. Ochotę mam już tylko na zasunięcie sie w śpiworze i zaśnięcie.

Zobacz  powiększenie!
Tragarz objuczony takim ciężarem nie jest w Nepalu widokiem rzadkim (fot. Michał Terlecki)
Himalaje to również ludzie...

Zamglone powietrze i kłęby chmur sporadycznie pozwalają promieniom słońca docierać na ziemię. Od czasu do czasu przenikają one przez szczeliny w białych obłokach, żeby oświetlić terasowe pola na zboczach gór. Z czasem wiatr je rozdmuchuje pozostawiając jedynie delikatna, jedwabista zasłonkę, przez którą słońce sączy się teraz na ramiona i spoconą twarz, tworząc jednocześnie lepką maź z rozsmarowanego kremu, która napływa do oczu. Wszelkie niedogodności i trudności odchodzą w zapomnienie gdy słyszę tradycyjne `Namaste` wypływające z ust tutejszych ludzi. Nie jest to sztuczne pozdrowienie piechurów na szlaku. Jeżeli wypowiadają to kobiety, to możemy się spodziewać gorącego i szczerego uśmiechu, który potrafi zdziałać cuda i sprawia, że od razu odczuwam przypływ magicznej energii. Mężczyźni odpowiadają na nasze `Namaste` może trochę bardziej powściągliwie, ale da sie wyczuć nutkę uznania dla wysiłku, jaki wkładamy w przemierzanie ich gór. Jeszcze inne `Namaste` słyszymy od dzieci, które radośnie i spontanicznie je wykrzykują, składając przy tym rączki na piersi, gdy tylko wchodzimy do wioski. Wędrując przez Himalaje nie tylko obcujemy z najwyższymi górami świata, ale również z ludźmi, którzy je zamieszkują. Codziennie mijamy tragarzy, których można uznać za symbol pracowitości. W pocie czoła, przez wiele dni transportują towary od wioski do wioski. Zgarbieni, podpierający sie krótką, wystruganą laską dźwigają na swoich plecach kosze z ładunkami, które ważą kilkadziesiąt kilogramów , a rozmiarami przewyższają ich samych. Obserwując ich na stromych podejściach, gdy z grymasem zmęczenia na twarzy stawiają kolejne kroki i konsekwentnie posuwają sie naprzód dochodzę do wniosku, że wstyd byłoby mi narzekać. Zwyczajnie nie wypada.

Oczekiwanie na spotkanie
Tak sobie właśnie przypomniałem, że przed wyjazdem ktoś sugerował mi, żeby `olać` jak on to ujął rozpoczynanie szlaku z Jiri i lecieć od razu Lukli, bo "to aklimatyzacja żadna, a i tak cały czas idzie się tylko lasem". Dla mnie jest to pewnego rodzaju wstęp, pierwsza odsłona wielkiej przygody. Tutaj można poznać inne oblicze Himalajów, trochę pomijane w pędzie do ośnieżonych kolosów. Bardziej spokojne, stonowane, ale z pewnością nie mniej ważne. Nie nazwałbym wcale tego etapu "przystawką", a raczej jednym z dań wielkiej uczty. Być może wysokości tutejszych gór nie są imponujące. Zapewne zbyt małe, aby zamieszkali w nich bogowie, ale mieszkają tu ludzie, którzy tworzą wyjątkowy klimat. Poza tym, przemierzając "mniejsze" Himalaje przygotowuję się na wielkie spotkanie. Narasta we mnie podekscytowanie i wyczekiwanie kiedy to ujrzę zapierjące dech w piersiach "giganty".

Himalaje mają niejedno oblicze
Póki co szlak pnie sie w górę i po kolejnym długim podejściu doprowadza nas na przełęcz Lamjura, najwyzszego podejścia między Jiri a Namcze Bazar. Początkowo idziemy lasem, a tuż przed przełęczą roztacza się przed nami gołe kamieniste zbocze, które jeszcze 30 lat temu porastał bujny las. Po drugiej stronie przełęczy, gdy szlak opada w kierunku Junbesi nie widać już tak tragicznych skutków rabunkowej gospodarki leśnej. Ponownie pojawiają się bujne rododendrony, które przyozdabiają okolice czerwonymi, różowymi i białymi kwiatami. Czasami dostajemy mały "prezent" i trasa prowadzi w łatwym terenie. Otula zbocze góry nie zmuszając nas do ciągłych podejść i zejść. Delikatny wiaterek owiewa twarz i ramiona dając uczucie orzeźwienia, a stonowane przez wianuszek chmur słońce też zamierza być naszym przyjacielem. Podczas postojów przyjemny chłodek zamienia się w zimno, które wywołuje drgawki i gęsią skórkę. Zakladam polar i z niecierpliwością oczekuje na ciepły posiłek. Pieczone ziemniaki z kapustą pochłaniam w mgnieniu oka. Odzywający się jeszcze głód zapijam resztką herbaty i pora sie zbierać. Aura zmienia się diametralnie. Szare, ciężkie chmury toczą się ospale i przepychają nawzajem, a za nimi nadciagają granatowe, które całkowicie zasnuwają optymizm. Wiszą nad naszymi głowami, gdy podchodzimy na przełęcz Traksindo La. W miarę jak wchodzimy coraz wyżej one zdają sie obniżać i jeszcze bardziej gęstnieją. Już można usłyszeć skrzypienie tych granatowych potworów, które z nadmiaru wody zastygły w bezruchu. Widzimy już kilka chałup po drugiej stronie rzeki, ale chyba marne nasze szanse żeby dotrzeć tam bez... no właśnie, spadają pierwsze krople deszczu. Nasiąknięta, teraz już czarna, gąbka rozdziera się o poszarpane grzbiety gór.Idziemy coraz szybciej, ale buty ślizgają się na mokrych i pokrytych błotem kamieniach. Tuż przed wioską Nintala mam wrażenie, że na chwile przeniosłem się do tropikalnej dżungli. Wdycham wilgotne powietrze, przede mną bujne, zielone drzewa obrośnięte pnączami i gruba warstwa mchu, a w górze dostrzegam białe kwiaty orchidei, które ozdabiają nagie gałęzie. Zafascynowany kolejną odsłoną Himalajów zapominam zupełnie o padającym deszczu.
Po wieczornych deszczach o poranku nie ma zazwyczaj ani śladu. Do Namche Bazar pozostały nam tylko dwa dni marszu. Wędrujemy doliną rzeki Dudh Kosi. Słońce zaczyna sie dopiero budzić i ospale wspina sie ponad góry, żeby zajrzeć na dno doliny. Idąc po ocienionym zboczu, pomimo raźnego kroku odczuwam delikatny chłód. Po przeciwnej stronie, w oddali połyskują ostre, ośnieżone szczyty. Co jakiś czas chmura przesłania je na chwilę niczym opadająca kurtyna. Zupełnie jakby Bogowie mający tam swoja siedzibę chcieli po trochu ukazywać swoje królestwo.

Pielgrzymki turystów i karawany jaków

Gdy opuszczamy wioskę Phakding zaczynam się zastanawiać, czy to jest jeszcze ten sam szlak. Niedaleko stąd łączy się droga z Lukli i od razu widać wzmożony ruch turystów, którzy przylatują na tamtejsze lotnisko. Łatwo ich rozpoznać po czyściutkich butach, które dopiero co zetknęły sie z himalajskimi szlakami. Po wyruszeniu z Jiri można powiedzieć, że miałem Himalaje "na wyłączność". Czułem, że jestem tylko ja, one i moja przygoda. Teraz ta mistyczna atmosfera powoli pryska będąc dodatkowo zadeptywana przez karawany jaków, które transportują zaopatrzenie dla koreańskiej ekspedycji na Everest i Lhotse. Te masywne zwierzęta skutecznie tarasują trasę i musimy się slalomem między nimi przeciskać, bo jeżeli chodzi o tempo, to maja one wiele wspólnego ze ślimakami. Nie ma się w sumie co im dziwić, że objuczone ciężarami i obrywające cały czas gałęzią po tyłku nie kwapią się do biegu. No chyba, że mają akurat okazje zrobić na złość swojemu opiekunowi i uciec w złą stronę. Wtedy od razu przybywa im sił, a z ich wielkich oczu można wyczytać małą satysfakcję. To taka ich mała zemsta.
W końcu, po ostatnim podejściu (600 metrów w górę) docieramy do Namcze Bazar (3440 m). Zostaniemy tu jeszcze przez sobotę, a 6 kwietnia ruszamy dalej.


Źródło: informacja własna

1


w Foto
Nepal i już
WARTO ZOBACZYĆ

Indie: Twarze Bharatu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

4P-5: Incahuasi, Cerro de San Francisco, Cerro Pissis
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl