HAWAJE
21:03
CHICAGO
01:03
SANTIAGO
04:03
DUBLIN
07:03
KRAKÓW
08:03
BANGKOK
14:03
MELBOURNE
18:03
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Afryka w ciemno » AWC 5: Gdzie łóżkiem jest ziemia...
AWC 5: Gdzie łóżkiem jest ziemia...

Beata Jakuszewska


...a dachem niebo jest. Zapraszamy na piąty odcinek afrykańskich zapisków Beaty Jakuszewskiej. Autostop nie zawsze musi prowadzić do konkretnego celu. Tak też będzie i w tej opowieści, przez którą przewinie się wielu bezinteresownych kierowców przemierzających saharyjskie bezdroża. Niektórzy chcieliby dojechać aż do Europy (z załatwioną podstępem wizą), innym dobrze jest pod pustynnym słońcem. Zapraszamy do lektury!




Zobacz  powiększenie!
Dakhla
Dakhla, to ostatnie marokańskie miasteczko przed granicą z Mauretanią, mimo, że jest od niej oddalone o ok. 500 km. Dakhla leży na krańcu długiego półwyspu, wcinającego się na 40 km w morze. Koszarowa atmosfera miasta przywodzi na myśl czasy obozów zagłady... Wszędzie armia, wszędzie kontrole, wszędzie zakazy i druty kolczaste. Nawet dostęp do morza jest zamknięty murami i drutami, a udostępniona jego część to niewielki kawałek... Dla mnie to zbyt sterylne miasto, zbyt zniewolone. Dziś pojechałam z mojego campingu do Dakhli (6km) autostopem z dwoma Holendrami. Spacer po mieście i ciągłe: "No photo!" od żołnierzy obstawiających miasto. Nie udało mi się wkraść do portu, by zrobić zdjęcia statkom z bliska, bo żołnierze dorwali mnie przy bramie:) Ale chociaż poczucie humoru mają spore. Powrót na camping "petit taxi", w której stargowałam dojazd z 15 na 5 dirhamów (coraz lepiej idzie mi targowanie), a na koniec taksówkarz nie chciał ode mnie pieniędzy; taki gratis. A na campingu, jak w całym Maroko, życie toczy się na podwórzach. Wszyscy robią wszystko przed domami. Już nawet mi się to udzieliło i wolne chwile spędzam na podwórzu. Czytam, jem, obcinam paznokcie;), kontempluję, rejestruję dźwięki, ruch i barwy.
Niekończące się rozmowy z Kristin z Niemiec i szefem baru - Salahem, który robi dla mnie najlepszy na świecie wegański ostry sos pomidorowy! W ogóle okazało się, że Kristin także miała okazje poznać Szwajcara Ricco z Sidi Ifni. Jaki ten świat mały.

Trwa na dobre moja samotna podróż autostopem przez Maroko. Jakoś nie jestem w stanie wyjechać stąd, z Sahary... Niebo i ziemia, piasek, wiatr i słońce, zapach życia w powietrzu... Tak dużo się działo przez ostatnie dni, że nie sposób tego streścić w kilkudziesięciu zdaniach. Z Dakhli, po przepysznym śniadanku z sosem autorstwa kochanego Salaha i po pogawędce z Kristin – co nigdy nie jest krótkim epizodem – złapałam stopa najpierw do posterunku żandarmów i po miłej pogawędce z panami i powtarzającym się wciąż tu, w Maroko, pytaniu: "Hm...A czy masz męża, czy nie?", poszłam sobie pieszo pustynią. Daleko od drogi, od cywilizacji; magia bezdroży Sahary! Cisza i pustka, a w tej pustce największe bogactwo. Milion myśli i brak myśli zarazem. Wszystko i nic. Przeżywanie. Czułam się tak niematerialnie – przezroczysta, przesiąknięta Saharą, niebem i wiatrem. Gdy wróciłam na trasę (lepiej powiedzieć – wąską dróżkę służącą jako główna droga), po kolejnej kontroli żandarmów, zatrzymałam tira. Mohammed - kierowca - nie mówił po angielsku, za to jego przyjaciel, Ali, tak. Długa droga była przed nami; chciałam dotrzeć prawie 600 km dalej, do Tarfayi. Już po godzinie Ali, mój rówieśnik, zaproponował mi małżeństwo:) Kiedy zorientował się, że nic z jego planów nie wyjdzie, zapytał, czy zostaniemy przyjaciółmi. Jasne, czemu nie. Choć jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak ważne jest dla nich tutaj to słowo... Lunch to tutaj obowiązek, więc kiedy moi kierowcy udali się do baru, stanęłam koło drogi, by łapać stopa, bo wtedy jeszcze chciałam dotrzeć do postawionego sobie rano celu. Ale że plany i cele to nie moja specjalność... No i to jest Sahara – tutaj przejeżdża 1-2 auta na godzinę, nie licząc prywatnych autokarów, żandarmów i policji. Podjechali do mnie policjanci - a jakże! - którzy przyjechali właśnie do baru na lunch i zaproponowali, że zatrzymają mi autokar, który będzie przejeżdżał tędy za 10 minut i nakażą kierowcy, aby mnie wziął do Tarfayi za darmo:) Pomysł dobry, ale nie dla mnie. Gdy jeżdżę znowu autostopem, czuję jak sterylne są autobusy mimo tego, że ludzie często zagadują. Pojechałam więc dalej z Alim i Mohammedem. Gdy się ściemniło, dojechaliśmy właśnie do ich celu – maleńkiego miasteczka Lemsid, ok. 130 km od Tarfayi. Mieścinki, w której ceny w jedynym hotelu były horrendalne. Zanim zdążyłam pomyśleć, co dalej, Ali wziął grand taxi, by zawieźć mnie do najbliższego większego (dużo powiedziane) miasta Laayoune. Na miejscu złapał mój bagaż i zaczął oprowadzać mnie po mieście nocą. Herbatka miętowa w przepięknej scenerii, nowi, marokańscy znajomi, włóczęga po mieście. W hoteliku wylądowałam już po północy Oczywiście, Ali odprowadził mnie pod same drzwi To było bardzo, bardzo przyjacielskie. Rozmowy, przebywanie, troska. I prezent od Mohammeda i Ali. Zostawiłam im w samochodzie pocztówkę ze zdjęciem mojej Gdyni, a oni dali mi na pamiątkę coś, co było na honorowym miejscu
w ich aucie duży plakat z... Angeliną Jolie. No i noszę zwinięta w rulon Jolie w plecaku.

Zobacz  powiększenie!
Zachodnia Sahara
Tak, tu czuję, jak ludzie się o mnie troszczą. "Nie jesz mięsa, bo Cię na nie nie stać?" (sposób myślenia) - "Nie martw się, masz, zjedz!" albo: "Jeździsz autostopem, bo nie masz pieniędzy?" - "Chcesz pieniądze? Ja mam pieniądze! Masz! Weź!" "Nie masz gdzie spać?" - "Zapraszam do mnie! Mój dom jest Twoim domem!" Wciąż słyszę takie propozycje. Czasami zdarza się, że korzystam z tych noclegów. To takie piękne i bezinteresowne, że aż brak mi słów, by to opisać.



Następnego dnia znowu poszłam pieszo na Saharę. Kilka godzin wchłaniania i powrót na trasę, do panów żandarmów. Potem autostop z Tahabem do Tarfayi, oddalonej od Laayoune o 100 km. Tarfaya to małe miasteczko, przez które kiedyś przebiegała trasa tranzytowa, a gdy została zlikwidowana, straciło na swej wartości. Tahab wyłożył karty na stół: "Mam żonę, dziecko, chcemy do Europy. Ja i Ty weźmiemy ślub, dostanę wizę, zapłacę Ci za to i już mnie nigdy więcej nie zobaczysz!". Nie wiem, czy to zabawne, czy smutne... Coraz częściej słyszę o ich marzeniu dostania się do Europy – a mają duży problem z wizami. Gdy już dreptałam pieszo od głównej drogi na północ - do Tarfayi, zatrzymał mi się autostop, auto 4x4, wypełnione maksymalnie lokalną ludnością Sahary. Istny folklor! Jechali na chwilę do Tarfayi, a potem do Laayoune. Jak więc mogłam nie skorzystać z ich gościnności?:) Mimo, że tego dnia właśnie wyjechałam z Laayoune:) Chwila w Tarfayi i już z powrotem do Laayoune. A w aucie kierowca, 8 kobiet, mój rówieśnik Said, starszy mężczyzna oraz liczne, przeróżne bagaże, które nie zmieściły się na dachu. A jak już zdążyłam zauważyć w autobusach, ludzie tu wożą ze sobą wszystko! Począwszy od worków wypełnionych ubraniami, kocami, jedzeniem, po łóżka, stoły, krzesła, telewizory, a nawet... związaną kozę rzuconą do nagrzanego bagażnika (Jej płacz prawie rozerwał mi serce; do teraz nie mogę się z tego otrząsnąć...) Najstarsza kobieta w moim autostopie miała chorobę psychiczną i wciąż udawała Indianina, z czego reszta miała niezły ubaw; był to jednak taki śmiech połączony z troską. Tylko kierowca Mohammed i Said mówili co nieco (co nieco znaczy prawie w ogóle) po angielsku. Z resztą porozumiewałam się na migi. Wszyscy zaczęli dzwonić do swych krewnych i znajomych, którzy znali angielski, by mogli ze mną choć chwilę pogadać i zaprosić mnie do siebie. Telefony komórkowe to tutaj bóstwo! Każdy, obojętnie, jak bardzo jest biedny, ma tu telefon... Każdy chwali mi się swoim, czeka na słowa uznania, bądź chce się wymienić na mój, a moja odmowa traktowana jest z wielkim zdziwieniem.

Said już na samym początku wyznał mi miłość i zaproponował ślub, a jego mama była zachwycona i wtórowała mu z radością. Swoją drogą dziwne jest tu wychowanie synów przez matki. Kobiety całe życie uciekają tu przed nachalnymi mężczyznami, a same wychowują swoich synów tak, że oni prawie wchodzą im na głowę. Czują respekt przed swoimi synami... W pewnym momencie matka Saida poprosiła, bym podała rękę, by Said mógł włożyć mi na palec pierścionek (chyba jej własny...) – zaręczynowy? Ja też dałam Saidowi swój pierścionek i tym samym chyba się zaręczyłam. Jestem już więc podwójnie zaręczona – chusta od Ryszarda i pierścień od Saida – ale skoro mężczyźni według praw islamu mogą mieć w tym kraju 4 żony, to i ja nie będę gorsza;) Matka Saida chciała, żebym koniecznie przyjechała do ich rodzinnego Tan Tanu, bo ona ma dla mnie dżelabę (szatę noszoną przez kobiety) i zrobi dobry kus kus:) Oczywiście, nie obyło się bez próby wciśnięcia mi pieniędzy na autobus, bo mam od teraz już nie jeździć autostopem. Said zabronił.

Zobacz  powiększenie!
Sahara Zachodnia: wielbłądy
W aucie wszyscy się wszystkim dzielili – począwszy od jedzenia miętoszonego w ręce i podawanego drugiej osobie prosto do buzi, po jedną gumę do żucia używaną przez każdego z nich i patyczki do czyszczenia zębów (Zastanawiałam się, czym ludzie głębszej Sahary myją zęby – szczoteczką, tak jak ja? Nie! Gałązkami - choć nie wiem, z jakiego drzewa – z jedną rozmoczoną i rozwidloną końcówką.)
Do Laayoune dojechaliśmy pustynnymi bezdrożami – czyżby bali się, że jestem tu nielegalnie i próbowali ominąć żandarmów? Ale była to ciekawsza trasa. Z racji, że przez całą trasę jechaliśmy średnio 40 km/h i zatrzymywaliśmy się kilka razy, by ekipa mogła się posilić, do Laayoune dojechaliśmy późnym wieczorem. Wszyscy wysiedli, a ja i właściciel auta, Mohammed – który też wyznał mi wieczną miłość – krążyliśmy kilka godzin po mieście. W jakim celu? Mohammed musiał koniecznie zawieźć mnie do swoich rodziców, potem do sióstr, braci, przyjaciół, kolegów z pracy, pokazać swoje miasto, wstąpić do baru na szklankę mleka truskawkowego i wypalić przy tym całą siszę z haszyszem, by - dopiero po pokazaniu mi swojego życia - odwieźć mnie do mojego hoteliku, wstępując przy okazji do kolejnych znajomych, by im mnie przedstawić:) Szalony, spontaniczny dzień. Jestem więc nadal w Laayoune i narazie nie mam planów co dalej. Może Smara, może w stronę Agadiru... Samo się wydarzy :)

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Afryka w ciemno
WARTO ZOBACZYĆ

RPA: Wzgórza Kapsztadu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KsH 5: Tbilisi, 9.08., 18:26
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl