HAWAJE
03:44
CHICAGO
07:44
SANTIAGO
10:44
DUBLIN
13:44
KRAKÓW
14:44
BANGKOK
20:44
MELBOURNE
00:44
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Swedseayak » Swedseayak 7: Fjordholmen, Donso, KÖPSTADSÖ i ostatnie zmagania
Swedseayak 7: Fjordholmen, Donso, KÖPSTADSÖ i ostatnie zmagania

Benek, Bober, Uolly i Max


Piątek
15 września

W nocy wzmógł się wiatr. Ci, którzy nad ranem wyrównywali ciśnienia płynów, mogli się przekonać o jego sile. Trzeba się było dobrze ustawić w stosunku do jego kierunku! A namiotem targało niemiłosiernie.





Zobacz  powiększenie!
Wstaliśmy przed ósmą, najwcześniej ze wszystkich dni! Silny wiatr nie dawał spać. Wiał od strony lądu, co nie było dobre. Na szczęście było słonecznie. Dzisiejszy etap miał wieść na północ, a więc musieliśmy płynąć bokiem do fali. Przy takim wietrze ciężko będzie utrzymać kierunek. Poza tym będziemy płynąć kilka kilometrów przez otwarte morze i może nas „wywiać” na zachód, a w tamtą stronę jest już tylko Dania... i to za jakieś 80km! Dodatkowo fala była regularna, wysoka i z grzywką, a więc niecała czwórka. Nieźle! Dało się wyczuć delikatną presję, aby płynąć w kierunku brzegu, pod wiatr ale prostopadle do fali, później na północ wzdłuż brzegu i tamtejszych wysepek. Na razie jednak nie było ostatecznego planu i decyzji. Była też pozytywna strona tej sytuacji – nie było komarów, które ciągle wspominaliśmy drapiąc się to tu, to tam. Póki co zwinęliśmy sypialnię pozostawiając tropik i tam przenieśliśmy się na śniadanie. Wstępna teoria zakładała, że wiatr od lądu bierze się z różnicy temperatury, a więc jeżeli ląd zacznie się nagrzewać, to wiatr powinien osłabnąć i zmienić kierunek.

Zobacz  powiększenie!
Ale wiatr nie słabł ani nie zmieniał kierunku. Może ten ląd się tak wolno nagrzewał? Po drugiej kawusi i czekoladkach, postanowiliśmy, że się zbieramy.

Byliśmy już zaprawieni w pakowaniu, to był nasz ostatni etap, jedzenia mieliśmy już niewiele, więc poszło szybko. Było przed jedenastą, kiedy opuściliśmy niezbyt przyjazną wyspę Riso. Nasza zatoczka była od zachodu, więc wypływając nie czuliśmy wiatru. To spowodowało, że poczuliśmy się pewniej. Później, kiedy wyłoniliśmy się zza wyspy, było już gorzej. Nadszedł moment, kiedy należało podjąć decyzję jak płynąć. Zdania były niepewne, każde inne, więc padło, że „el Kommendane” zadecyduje. No i zadecydował... „Ooo tam, na dziesiątej jest wyspa, na nią się kierujemy” - zadecydował. Wydawało się, że nie było daleko, więc popłynęliśmy. To, że mieliśmy falę z boku nikomu nie przeszkadzało. Przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie każdy coś tam sobie narzekał.

Zobacz  powiększenie!
Drastyczna zmiana komfortu podróżowania w porównaniu do dnia wczorajszego była aż nazbyt trudna do bezbolesnej akceptacji. Płynęliśmy walcząc z wiatrem i falą. Znosiło nas, ale nie było niebezpieczeństwa, że nas „zwieje”. Co prawda już po chwili nie kierowaliśmy się na dziesiątą ale na dziesiątą trzydzieści, jedenastą itd. Nagle Bober krzyknął „ Panowie, foki, foki na jedenastej!”. Faktycznie, dwie sympatyczne i ciekawskie główki wystawały z wody nie dalej niż 20-30m od nas. To było niesamowite. Tu się ich nie spodziewaliśmy. One nas chyba też. Po prawie półtoragodzinnym wiosłowaniu dopłynęliśmy do naszego celu. Wiatr był wyraźnie słabszy. Nareszcie można było rozprostować kości. Teraz dopiero wyszło, że nasz komendant niecnie zrealizował swój zamiar, i przepłynęliśmy to, czego się obawialiśmy. Byliśmy na Fjordholmen! Stąd było już blisko i bezpiecznie.

Zobacz  powiększenie!
Na wyspie było mnóstwo resztek krabów. Widać, że ptaki miały tutaj swoją restaurację. Z wysuszonych resztek można było składać jak z klocków różne kraby i krabiki. Wystarczyło się schylić. „Części” było do wyboru i do koloru. Prostując nasze szkielety i wygrzewając się jak morsy na skałach spędziliśmy tam prawie godzinę. Trochę się nam nie chciało płynąć dalej. Przecież to już ostatni etap i to w dodatku było już blisko do końca.

Zobacz  powiększenie!
Popłynęliśmy dalej w kierunku cieśniny między Donso a Vrango. Teraz, gdy byliśmy między wyspami, było łatwiej. Wprawdzie wiatr był mniej odczuwalny, ale fala była głęboka i krótka. Nasz kurs przecinał falę pod ostrym kątem. W końcu dało się płynąć surfując na fali. To znacznie zwiększyło naszą prędkość. Już kilkanaście minut później płynęliśmy wzdłuż południowego brzegu wyspy Donso. Tutaj ciekawostką był pewien akwen, na którym pływało kilkadziesiąt bojek zrobionych z beczek. Wyglądało to jak jakaś plantacja czy pole minowe. Czemu miało to służyć? Niestety nie udało się nam dowiedzieć ani rozszyfrować. Benek nawet zdecydował się tamtędy przepłynąć, ale nic się nie stało. Gnające promy powoli przypominały nam o cywilizacji. Gdy wpłynęliśmy do cieśniny między Donso a STYRSÖ było już widać przystań, gdzie kończymy naszą przygodę. Jeszcze w ostatniej chwili udało się nam zaliczyć fajną falę powstałą za promem. Chwilę później byliśmy na miejscu.

Źródło: informacja własna

1 2 dalej >>


w Foto
Swedseayak
WARTO ZOBACZYĆ

Austria: Graz
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

HAW 15; Kauai, na drugi brzeg
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl