HAWAJE
01:49
CHICAGO
05:49
SANTIAGO
08:49
DUBLIN
11:49
KRAKÓW
12:49
BANGKOK
18:49
MELBOURNE
22:49
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Swedseayak » Swedseayak 6: Stora Torholmen, wyspa Riso
Swedseayak 6: Stora Torholmen, wyspa Riso

Benek, Bober, Uolly i Max


Czwartek
14 września

Wstawał nowy dzień, a my - dzielni kajakarze, oczywiście z wykorzystaniem miejscowych wehikułów udaliśmy się do portu gdzie czekały nasze kajaki. Powoli przywykliśmy już do tych wynalazków. Ponieważ mieliśmy do dyspozycji tylko jedne taczki, należało rozsądnie zorganizować ich obsługę. Przede wszystkim należało je odpowiednio zapakować. Aby ograniczyć ilość kursów, trzeba było zapakować jak najwięcej rzeczy. Ważne było, aby ciężar był rozlokowany równomiernie, z tendencją do przesunięcia w kierunku koła.





Zobacz  powiększenie!
Oczywiście, tylko jedna osoba była w stanie kierować taczkami jednocześnie. Rola drugiej była niemniej kluczowa. To do niej należało wsparcie moralne operatora-dźwigacza, wczesne ostrzeganie o grożących niebezpieczeństwach typu „Uważaj! Wąski pomost! Jak zboczysz, to potem jest już 2m lotu i 3m wody z meduzami!”, czy przeszkodach. Również musiał motywować do podjęcia kolejnego zrywu w stylu: „Zaciskaj mocno powieki bo ci oczy wyjdą!”. A wszystko po to, aby dotransportować nasze rzeczy do portu. Z pakowaniem, nie mieliśmy już większych problemów.

Zobacz  powiększenie!
W planie była następna dwudniowa trasa. W porcie jeszcze „trafił się” miejscowy kajakarz, a ponieważ chcieliśmy popłynąć w nową dla nas część archipelagu to chętnie zasięgnęliśmy rady. Przy okazji chcieliśmy się dowiedzieć o lokalizację jakiś sklepów. Zależało nam na uzupełnieniu zapasów w skrzyni nr 5, której stan był żenująco mizerny. Niestety nie znał żadnego w tamtej okolicy, tam nie pływał na zakupy, bo bliżej były sklepy w Saltholmen i Goteborgu. A ten kierunek z kolei nie był nam po drodze.

Zobacz  powiększenie!
Ponieważ wczesna pobudka, transport betów i pakowanie odrobinkę nas rozleniwiło, więc przed wypłynięciem przydał się jeszcze krótki odpoczynek... W tym czasie zrobiliśmy kilka fotek, które w tak bajecznej scenerii i przy takim świetle wyszły jak kiczowate dzieła artystów, które wiszą w nieskończonej ilości na murach Bramy Floriańskiej w Krakowie. Jednak różnica polegała na tym, że my uczestniczyliśmy w tym zjawisku, natomiast oni malowali to, w czym chcieliby uczestniczyć.

Zobacz  powiększenie!
Max postanowił tym razem sprawdzić jak zachowuje się kajak z dwoma pełnymi beczkami przymocowanym do pokładu. Jedna z tyłu, druga z przodu. Idea była taka, żeby w tak przymocowanych i łatwo dostępnych beczkach wozić wszystkie rzeczy potrzebne do szybkiego zrobienia posiłku, bez konieczności wypakowywania luków, gdzie trzymaliśmy rzeczy osobiste, śpiwory, dodatkowy zapas słodkiej wody, apteczkę, namiot itp. Takie rozwiązanie miało kilka wad. Pierwsza to taka, że beczki były ciężkie, a więc podniósł się środek ciężkości, przez co kajak stał się bardziej chybotliwy. Druga to to, że tak zamocowane beczki były swego rodzaju żaglem. Na szczęście wtedy nie było wiatru.

Zobacz  powiększenie!
Bober natomiast preferował pakowanie wszystkiego do środka, włącznie z workiem z „garami”, który woził za podpórką na nogi. Żeby było w miarę równo z rzeczami wspólnymi, każdemu przydzielono dodatkowo jeszcze jeden wór. Woził go również między nogami. Miał trochę mało miejsca na nogi i było mu ciasno, ale za to kajak był stabilniejszy i bardziej odporny na oddziaływanie wiatru. Benek z Uollym mieli za to przyczepione wory na rufie. Długo można by dyskutować, co lepsze, a co nie, ale najważniejsze chyba to umieć zapakować kajak na różne sposoby w zależności od potrzeb, pogody itp.

Zobacz  powiększenie!
Wreszcie wyruszyliśmy. Było gorąco, niemal bezwietrznie, bez fali i bardzo leniwie. Kajaki cięły wodę jak masło. W pewnym momencie Boberek zaproponował żeby urządzić wyścigi do najbliższej latarni widocznej na wprost. Niby nie daleko, ale okazało się potem, że było to ponad kilometr. Każdy mocno wiosłował, słychać było jedynie świst zaciąganego powietrza do płuc i jego błyskawiczny wylot. A wszystko to w rytm nieprzyzwoicie szybkich pociągnięć wiosłem. I jakoś nikt nic nie mówił, tylko oddychał. Płynęliśmy prawie równo do samego końca, ale najszybszym okazał się Benek (tyle, że na końcu jakoś tak zboczył i dobił do wyspy nie tam gdzie trzeba było). Tuż przed wyspą było ostre hamowanie. Woda się wręcz gotowała. Tak rozpędzone i ciężkie kajaki miały długą drogę hamowania. Trzeba było rozpocząć cały manewr dużo wcześniej, aby się nie rozbić o skały. Każdy dał z siebie wszystko. Skutek był taki, że „skatowaliśmy się” niemiłosiernie i nasze organizmy domagały się chwili odpoczynku. Trudno było im tego odmówić, więc zalegliśmy niczym morsy na skałach i wygrzewaliśmy się w słońcu doprowadzając tętno do stanu znamionowego.

Zobacz  powiększenie!
Sama latarnia była nieczynna. Widać, że dawno o niej zapomniano. Była jedynie punktem orientacyjnym w ciągu dnia. Kiedyś, gdy była sprawna, dawała charakterystyczne światło o barwie zależnej od mieszanki gazów. Nie dopatrzyliśmy się żadnego mechanizmu, który by automatycznie ją zapalał o określonej porze, a więc albo trzeba było przypłynąć i ją zapalić albo paliła się cały czas. Również trzeba było zaopatrywać ją w gaz. Takie latarnie były niepraktyczne i chyba szybko zostały zastąpione elektrycznymi.

Wypłynęliśmy ok. 13:00 i skierowaliśmy się w kierunku południowym. Po wcześniejszym wysiłku przyszła pora na spokojne wiosłowanie. Płynęliśmy w pewnych odstępach delektując się scenerią. Nie było najmniejszego podmuchu wiatru, panowała cisza, nawet ptaki odpoczywające na mijanych przez nas wysepkach siedziały cicho. Obserwując zmieniający się krajobraz, co pewien czas staraliśmy się zlokalizować na mapie. Niestety, przy takiej dużej ilości małych wysepek, braku charakterystycznych punktów i sporych odległości, zaczęliśmy mieć wątpliwości, gdzie faktycznie jesteśmy. Minęło już prawie półtorej godziny wiosłowania, więc spokojnie można było zrobić małą przerwę na rozprostowanie kości i skalibrowanie naszych GPSów I generacji (tj. zlokalizowania się na mapie). Przybiliśmy do wyspy z charakterystyczną stożkowatą konstrukcją. Jak się później okazało był to punkt widokowy z drewnianym podestem i ławeczką.

Źródło: informacja własna

1 2 dalej >>


w Foto
Swedseayak
WARTO ZOBACZYĆ

Szkocja: Powrót do Argyll
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Wyprawa ‘2005: Bratysława – Wiedeń - Praga
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl