HAWAJE
10:42
CHICAGO
14:42
SANTIAGO
17:42
DUBLIN
20:42
KRAKÓW
21:42
BANGKOK
03:42
MELBOURNE
07:42
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Zachodnie stany Stanów » USA ZACH 9: Jak zdobyliśmy Mount Whitney
USA ZACH 9: Jak zdobyliśmy Mount Whitney

Ula i Olek Kłos


Już na grani
No to udało się nam zdobyć Mount Whitney (4418 m n.p.m.), najwyższą górę Stanów Zjednoczonych (wyłączając Alaskę), chociaż wcale nie było łatwo. Zaśnieżone nieprzetarte szlaki, przepowiadane burze, choroba wysokościowa, nie nastrajały optymistycznie, ale po kolei.




Zobacz  powiększenie!
No to wyruszamy
Zajęło nam to dwa dni. Gdy pierwszego dnia zajechaliśmy na miejsce, w informacji turystycznej powiedziano nam, że prognoza na ten dzień nie najlepsza, możliwe burze, dosyć zimno, a poza tym na górze mnóstwo jeszcze zmrożonego śniegu, że szlak jeszcze nie do końca przetarty i że w ogóle o tej porze to mało kto tam jeszcze wchodzi. Po prostu odradzano nam naszą wędrówkę. Także mieliśmy spore wątpliwości... Ale posiadaliśmy przecież pozwolenie, które nie tak łatwo zdobyć (trzeba je wylosować), a także nasze miesięczne przygotowania kondycyjne nie mogły pójść na marne. Więc zapadła decyzja - pożyczamy raki śnieżne i próbujemy dojść najdalej jak się da.

Zaczynamy się wspinać, niestety od razu zmokliśmy od sporej ulewy (dobrze, że nie było na razie zapowiadanych burz, bo byśmy chyba jednak zawrócili...). Każdy z nas dźwigał pokaźnej wielkości i wagi plecak. Wszystko musieliśmy targać, zapas sporej ilości wody, jedzenie, pojemnik żywnościowy anty-niedźwiedziowy, ciepłe ubrania, raki, namiot, śpiwór itp.

Po dwóch i pół godzinach doszliśmy do pierwszego miejsca gdzie mogliśmy przenocować. Było to jeszcze dosyć nisko, na poziomie ok. 2000 m n.p.m. w dolince, także w miarę bezpiecznie. Ale w związku z tym, iż pogoda się polepszała, a na drugi dzień miało być już o wiele ładniej, postanowiliśmy iść dalej i przenocować pod samą górą na wysokości ok. 3500 m n.p.m. Tu już szło się ciężej. Było już mnóstwo śniegu, bardzo zimno i wiał silny wiatr. Raki były już nieodzowne. Powoli także odczuwaliśmy już tą wysokość.

Zobacz  powiększenie!
Nasz obóz
Ale dotarliśmy tuż przed zmrokiem. Więc rozbiliśmy namiot na skale i upchaliśmy jedzenie do pojemnika anty-niedźwiedziowego. Pojemnik ten to metalowa pucha zakręcana na śruby, do której trzeba schować całe jedzenie, a także kosmetyki. W żadnym wypadku rzeczy tych nie wolno trzymać w namiocie, ze względu na grasujące nocą niedźwiedzie i inne dzikie zwierzęta, które łatwo mogą wyczuć zapach pożywienia i próbować się do niego dobrać. Wypełnioną puchę odrzuciliśmy z dala od obozowiska, dzięki czemu my, oraz nasze zapasy byliśmy w miarę bezpieczni.

Jeszcze nigdy wcześniej nie spaliśmy w takim miejscu, toteż trochę zasypiało się niespokojnie, bo też otaczający klimat był trochę przerażający, dookoła ośnieżone skaliste szczyty, wysokość 3500 m, świszczący wiatr, mróz, świadomość niedźwiedzi obwąchujących nasz namiot (tutaj to normalne) robiły swoje, ale w sumie jak już zasnęliśmy, to chyba nawet stado bizonów by nas nie obudziło.

Zobacz  powiększenie!
Podejście; ranek - dzień drugi
Ale za to obudził nas budzik o 4:00 rano, tak abyśmy zdążyli wejść i zejść z góry, no i oczywiście zabrać wszystkie graty na dół. Po zjedzeniu śniadania i obejrzeniu przepięknego wschodu słońca ruszyliśmy w górę. Na początek dosyć strome bardzo ośnieżone podejście o różnicy wzniesień ok. 500m., Ale co tam, przecież mamy raki, kondycje, jesteśmy wypoczęci, najedzeni, więc śmiało ruszamy do przodu. A tu pierwsze zaskoczenie. Robimy parę kroków pod górę, no i koniec, nasze ciało odmawia posłuszeństwa, nie można złapać oddechu, tętno chyba z dwieście uderzeń na minutę, nawet wody nie można się napić, bo taki szybki oddech, że nie ma, kiedy przyłożyć butelki do ust. Choroba wysokościowa w pełnej okazałości. Jak z książkowego opisu. Po prostu jest tak mało tlenu, że oddech nie nadąża go dostarczać do organizmu przy najlżejszym wysiłku. Tak, więc, kilka kroków i każdy stawał zasapany, kilkanaście sekund odpoczynku i wydaje się, że już jest dobrze, ale następne kilka kroków i to samo, do tego ból głowy i dziwne wiercenie w żołądku.

Zobacz  powiększenie!
Tuż przed szczytem
Po godzinie mozolnej wspinaczki, byliśmy już naprawdę wykończeni, a jak zobaczyliśmy ile tak naprawdę dopiero przeszliśmy a co nas jeszcze czeka, kolejna chwila zwątpienia czy się uda. No, ale było nas czworo, więc każdy się jakoś nawzajem wspierał na duchu. Poza tym była wczesna pora, więc co nam pozostało innego jak powoli przeć dalej, dokąd się da, tym bardziej, że zrobiła się naprawdę ładna pogoda. Co prawda było zimno i ciągle wiał wiatr, ale było słonecznie z przepięknymi białymi kłębiastymi chmurami. Więc szliśmy. Podejście, które wydawało nam się do zdobycia w pół godziny, zajmowało nam ponad dwie.

Ale w końcu dotarliśmy na grań. Dalej powinno nam już iść łatwiej, mniej stromo, mniej śniegu no i widoczki na obydwie strony naprawdę dodawały sił i otuchy. No i widzieliśmy już sam szczyt Mount Whitney, a to pomagało. Ale jak już byliśmy prawie na górze i wydawało nam się, że jeszcze kawałek wcale nie stromego odcinka, prawie w ogóle bez śniegu, zaczęło się najgorsze. Wysokość już grubo ponad 4000m n.p.m. zrobienie każdego kroku to jak przewalenie tony węgla. Ale w końcu się doczłapaliśmy. A warto było, bo było cudownie. Wydawało nam się, że całą Amerykę mamy pod swoimi stopami. Dookoła, gdzie okiem nie sięgnąć, to nic tylko potężne, granitowe, ośnieżone szczyty, a my ponad nimi wszystkimi. Można by tam spędzić mnóstwo czasu, ale nasze nienajlepsze samopoczucie i upływający czas pozwoliły tylko na kilka fotek... i czas schodzić.

Zobacz  powiększenie!
No i z powrotem w dół
Po wyczerpującej wspinaczce na górę, schodzenie było miłą niespodzianką. Organizm już się tak nie męczył, więc nie brakowało mu tlenu, no i wszystko pokonywało się znacznie szybciej. Około 16:00 byliśmy już w naszym obozowisku, więc zabraliśmy namiot i dalej w dół. Mimo znowu ciężkich bagaży, schodziło się nam lekko, ponieważ mieliśmy świadomość zdobycia góry, a poza tym im niżej tym więcej tlenu i samopoczucie o wiele lepsze, także o zmroku byliśmy już na parkingu w samochodzie. No to jeszcze tylko 6 godzin jazdy do domu, potem 3 godzinki snu i z jednym otwartym okiem znowu do roboty....

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Zachodnie stany Stanów
WARTO ZOBACZYĆ

Nowy Orlean: karnawałowe ozdoby
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

HAW 6; Hana
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl