HAWAJE
14:26
CHICAGO
18:26
SANTIAGO
21:26
DUBLIN
00:26
KRAKÓW
01:26
BANGKOK
07:26
MELBOURNE
11:26
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Islandia » Islandia: Syduzi 2004 # 2
Islandia: Syduzi 2004 # 2

Jakub Syta


Wodospad - Park Narodowy Thingvellir
Dzień 2 - sobota, 3 lipca 2004
Błękitna Laguna - Grindavik - Raufarsholshellir - Eyrarbakki - Selfoss - Thingvellir - 158km
Obudziliśmy się kilka godzin później. Łukasz bardzo przemarznięty - jego śpiwór mający ekstremum przy temperaturze -5 stopni Celsjusza okazał się niewystarczający na islandzkie lato.


My z -15-stkami spaliśmy na szczęście bardzo dobrze. Dobrze ze zabraliśmy ze sobą na wszelki wypadek również polarowy pled. Luka będzie się nim od tej pory wieczorami owijać.

Szybko złożyliśmy namiot i ruszyliśmy w drogę. Ponieważ była dopiero 8 rano wszystko w koło nas było jeszcze pozamykane, na drogach nie było widać żadnych ludzi.

Pojechaliśmy drogą 427 w kierunku Selfossu. Gdy dojechaliśmy na wybrzeże postanowiłem odetchnąć świeżym oceanicznym powietrzem. Zatrzymałem samochód, wyszliśmy z niego, i nagle się przekonaliśmy, że nie był to dobry pomysł. Wypoczywające przy drodze mewy odebrały to za akt agresji i niespodziewanie zaczęły nas atakować. Hitchcock byłby zachwycony. Mewy latały tuz ponad naszymi głowami, piszczały, wyraźnie usiłowały nas przegonić. Jedna nawet lotem ślizgowym przywaliła mi w głowę. Dobrze ze miałem na główce porządną wełnianą czapkę. Wobec przeważających sił wroga wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje. W samochodzie byliśmy na szczęście bezpieczni. Pojechaliśmy dalej. Pomijając wielokrotne przystanki na robienie zdjęć następna dłuższa przerwa miała miejsce przy starym kościółku w Paulekshofa. Mielimy w planach zobaczyć także latarnię morską znajdującą się w okolicy oraz zatokę Haelsvik z wybrzeżami pełnymi ptaków w lecz niestety jakimś cudem przegapiliśmy właściwą dróżkę. W miejscowości Strandakirkja zrobiliśmy zakupy - kupiliśmy chleb, ketchup. Na pobliskiej stacji kupiliśmy piekielnie drogi kartusz (wkręcany) - kosztował około 1600 ISK. Cena szalona, lecz naprawdę mieliśmy ochotę na ić się czegoś gorącego i pomyśleć o przygotowaniu obiadu.


Zobacz  powiększenie!
Kuba i Paweł - eksplorują jaskinie Reufevhilshellir
Kierowaliśmy się dalej drogą 42 w kierunku Selfoss. Niedaleko Breidabolsstadur, przy skrzyżowaniu z 34 postanowiliśmy odszukać widoczną na mapie jaskinię. Skręciliśmy na północ. Okazało się że jaskinia była około 2 km dalej, po prawej stronie drogi. Tablice widoczne z drogi pokazywały miejsce w które należało się kierować. Jaskinia Reufevhilshellir ma około 1550 m długości. By ja przejść w całości konieczne są dobre buty, dobre światło i rękawiczki. Przydatna jest też wełniana czapka lub kask - można się nieźle walnąć upadając z któregoś z kamieni. Jaskinia jest dość szeroka - ma jakieś 4-5m średnicy. Jest usłana potężnymi kamieniami - pozostałościami po dawnym zawaleniu. Nie doszliśmy do końca - mieliśmy słabe światło, nie chciało nam się zbyt długo wspinać po kamulcach. Doszliśmy do eleganckiej półki i zawróciliśmy. Trzeba przyznać ze jaskinia wygląda efektownie - szczególnie jej pierwsza część z wizjerami na niebo. W pobliżu jaskini spotkaliśmy jeszcze kilka grupek. Okazało się, że byli to Islandczycy na weekendowych wyjazdach. Wszyscy byli bardzo zaskoczeni tym co Polacy robią na Islandii, a w szczególności w ich jaskiniach. Po wizycie pod ziemią pojechaliśmy drogą 34.

Przejeżdżając przez most niedaleko Oseyrartangi postanowiliśmy chwile wypocząć, przygotować sobie wreszcie cos ciepłego do jedzenia. Na plaży znaleźliśmy wielka dziurę, która wspaniale osłaniała nas od wiatru. Już kończyliśmy przygotowywać obiadek, gdy okazało się że dziura ma się jeszcze tego dnia powiększyć - nadjechał spychacz, którego kierowca miał wyraźną ochotę nabrać na łopatę i nas. Miał silne argumenty, więc dość szybko przenieśliśmy się dalej, w bezpieczniejsze miejsce. Po posiłku ruszyliśmy do Selfoss Na miejscu zwiedziliśmy sklep spożywczy weryfikując stan zaopatrzenia w Islandzkich sklepach, na stacji benzynowej obok Uppquipp udało nam się kupić kartusze typu "clip" w znacznie rozsądniejszej cenie - 750 ISK. Kierowaliśmy się droga 35/36/37 na Thingvellir. Po drodze mieliśmy jeszcze przygodę pomagając dwóm miejscowym dziewczynom zmienić koło w samochodzie. Nieźle się przy tym namęczyliśmy - śruby były potwornie pordzewiale. Dziewczyny żaliły się ze musiały się bardzo długo naczekać - nikt nie chciał się zatrzymać i im pomoc... A podobno ci Islandczycy są tacy uczynni.

Zobacz  powiększenie!
Wodospad - Park Narodowy Thingvellir
Po drodze zahaczyliśmy też o tamę na rzece Sog. Woda z potężna prędkością spadała kilkanaście metrów by ponownie stać się rwącą rzeką, rybacy co kilka metrów moczyli w wodzie kije próbując złapać świeże rybki. Szkoda, że nie mogliśmy tam zostać dłużej - wszechobecne muszki nie pozwalały na odpoczynek. Do Thingvellir dojechaliśmy drogą 36. Na parkingu trochę odpoczęliśmy, wypiliśmy herbatę i ruszyliśmy zwiedzać. Pogoda była lepsza niż poprzedniego dnia - było na tyle jasno ze nawet nie musieliśmy się martwic o robienie zdjęć bez dłuższego naświetlania filmów. Spacer najlepiej jest zacząć przy kempingu, bardzo szybko odbijając jednak w lewo, małą ścieżką w stronę wodospadu. Widoki po drodze są śliczne - spacer wzdłuż ostrej krawędzi skalnej ściany robi wrażenie. Wodospad zresztą tez.

Zobacz  powiększenie!
Minikanion - Park Narodowy Thingvellir
Po krótkim prysznicu i sesji fotograficznej ruszyliśmy (chyba troszkę wbrew prawu) do wypełnionej woda rozpadliny miedzy dwoma drogami. Była po prostu cudowna. Idealnie przejrzysta, niebieska woda, strome brzegi... Bajka. Po odpoczynku na moście z widokiem na flagę pokazującą miejsce, gdzie rodziła się Islandzka demokracja (Alpingi) - ruszyliśmy małą ścieżką na wschód - plan sytuacyjny w sklepie przy campingu pokazywał, że coś ciekawego ma się tam znajdować. Spacer był miły, ale prawdę mówiąc niezbyt interesujący. Kamienie, jakieś małe rozpadliny, mchy... Zupełnie bez rewelacji. Idzie się godzinę a na miejscu zastaje się kilka zwalonych ścian. Do samochodu doszliśmy około godziny 23. Zjedliśmy chińska zupkę i rozbiliśmy się na miejscowym kempingu. Nocleg jest chyba darmowy (nie udało nam się zauważyć kogokolwiek kto przyjąłby jakąś opłatę, czy choćby miejsca gdzie należałoby zostawić pieniądze), a ponadto można skorzystać z prysznica z ciepła wodą! Grubo po północy (choć nie było tego widać, bo cały czas było jasno) poszliśmy spać. Początek naszego wyjazdu po Islandii był bardzo obiecujący.

Jakub Syta

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Islandia
WARTO ZOBACZYĆ

Belgia: Bruksela
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

ZIM 1; Pomiędzy Limpopo a Zambezi
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl