HAWAJE
02:05
CHICAGO
06:05
SANTIAGO
09:05
DUBLIN
12:05
KRAKÓW
13:05
BANGKOK
19:05
MELBOURNE
23:05
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka na nowo odkryta » ANNO 4: Hipisi i karaibski rum czyli plaże Santa Fe
ANNO 4: Hipisi i karaibski rum czyli plaże Santa Fe



Jack Sparrow, doskonały rum i bogata w ryby kuchnia przywiodły nas do Santa Fe, maleńkiej miejscowości na wybrzeżu karaibskim w okolicach Puerta la Cruz. Z Ciudad Bolivar jechaliśmy tu zaledwie 6 godzin więc zgodnie z obietnicą przyznaję, że to krótko i blisko ;). W autobusie ponownie spotykamy Czechów i razem udajemy się do maleńkiej wioski rybackiej Santa Fe.

Na przystanku autobusowym spotykamy „gringo z gór” - jak mówi o sobie ten przedziwny mieszkaniec Santa Fe. Wydaje się, że stracił poczcie czasu i nie zauważył, że hipisi wyjechali stąd jakieś 25 lat temu. Mieszka w namiocie na plaży, na plecach niesie swoją własną plantacje marihuany i prowadzi nas do posady nad brzegiem morza karaibskiego, w której udaje się nam znaleźć wolne miejsca, co nie jest takie proste w trakcie karnawału.


Szczęśliwie wioska jest tak malutka, że rano udaje się nam ją obejść w ciągu 10 minut. Znajdujemy targ rybny i owocowy, gdzie zaopatrujemy się w jedzenie na kolejne dni. Cieszy mnie zmiana diety, bo specjały gran sabany w postaci pikantnego sosu z mrówek cumachi trochę mnie zmęczyły. Spędzamy czas z naszymi przyjaciółmi z Czech piekąc na dachu naszej posady ryby, popijając karaibski rum i dyskutując o „cudach Wenezueli”. Nie tylko tych naturalnych, które zapierają dech w piersiach, ale też tych gospodarczo-politycznych. W minionym tygodniu Hugo Chavez po raz kolejny przeprowadził referendum i tym razem uzyskał zgodę na zamianę konstytucji. Dla Wenezueli oznacza to, że Hugo Chavez będzie dążył do tego, aby dożywotnio rządzić krajem.

Podczas pobytu na Gran Sabana wszyscy polecają nam odwiedzenie wyspy Morchima, na którą wypływa się z Santa Fe. Jednak tu w Santa Fe nikt nie wie, gdzie ta wyspa się znajduje. Cały team z Czech decyduje się na wyprawę na wyspę widmo, a my zostajemy w małej, leniwej mieścinie.

25.02.2009

Sama straciłam poczucie czasu i chyba zaczynam rozumieć „gringo”, którzy wiele lat temu „utknęli” tu na kilkanaście lat, nie zauważając, że czas mimo wszystko mija. Jesteśmy tu już od kilku dni, ale dopiero dziś sprawdziłam, jaki mamy dzień tygodnia i jaka to data. To znaczy, że czas stąd „uciekać” i to szybko. Zanim stracimy poczucie czasu na najbliższe 25 lat. Dni mijają tu tak samo. Rano jemy śniadanie na dachu naszej posady, odwiedzamy targ rybny, którego odór czuć na wiele metrów zanim można go zobaczyć, kupujemy ryby, owoce, gotujemy obiad na dachu naszej posady popijając karaibski rum… itp, itd… prawie niezmiennie. Myślę, że właśnie tak niezmiennie mijają lata mieszkańcom Santa Fe.

Pojawienie się białych turystów jest z pewnością nie lada wydarzeniem, dlatego na ulicach pozdrawiają nas „Welcome to Wenezuela” lub pytając „Todo bien”? Trudno się dziwić, że tak się zachowują, skoro na wszystkich murach znajdują się napisy „Venesuela ahora es de todos” (Wenezuela teraz jest wszystkich). Kiedy mieszkańcy Wenezueli okazują troskę przybyszom z innych krajów wydaje się, że na prawdę czują się gospodarzami tego kraju. Nie widać tego już jednak, kiedy patrzy się na hałdy śmieci przy ulicach. Santa Fe ma opinię najczystszej plaży na wenezuelskim wybrzeżu morza karaibskiego. Każdego dnia mieszkańcy wioski sprzątają plaże. Podziwiałam ich za umiłowanie porządku dopóki nie zobaczyłam czegoś na kształt wysypisk śmieci za każdym domem w ogrodzie. Tu w Wenezueli wszystko jest tak jakby „pęknięte”. Ludzie czują się właścicielami kraju, o który nie dbają, trzeba mieć pozwolenie na broń krótką, ale na długie strzelby już nie tak - jakby nie można z nich było zabić człowieka...

Mieszkańcy nienawidzą Ameryki, a okupują McDonalda, piją Coca Colę i jeżdżą amerykańskimi limuzynami z demobilu. Nie pojmuję tego kraju. Choć trzeba przyznać, że mieszkańcy są bardzo otwarci i pomocni. Wracając sama z zakupami, które nie były przerażająco ciężkie, kilka razy spotkałam osoby, które pytały, czy mi nie pomóc. W sklepach zakupy pomagają robić nie tylko sprzedawcy, ale też inni klienci, kierowca autobusu zatrzyma się i powie gdzie wysiąść… Tło stanowią przy tym uwodzicielskie uśmiechy kobiet i flirciarskie zaczepki mężczyzn. Trudno zrozumieć dlaczego w tak przyjaznym kraju, w którym ludzie są tak niezwykle otwarci we wszystkich oknach są kraty... przy czym zupełnie nie ma znaczenia, czy mieszkanie znajduje się na pierwszym, czy na piętnastym piętrze, zawsze schowane jest za kratami.

Ale wróćmy do maleńkiego Santa Fe, gdzie wszystkie dni mijają podobnie. Gdzie po kilku dniach mamy swoje ulubione stragany z owocami i gdzie rybacy pomagają przygotowywać ryby. Prawdopodobnie dla mieszkańców Santa Fe miniony karnawał był największym wydarzeniem w trakcie naszego pobytu. Musiał być, bo wszystkie pensjonaty były zajęte. Dopiero dziś zrobiło się trochę luźniej.

Jedną z atrakcji dla wenezuelskich turystów wypoczywających w Santa Fe były wybory miss plaży. Kilkunastoletnie dziewczyny ubiegały się o plastikowa koronę KRÓLOWEJ. Aż trudno uwierzyć, że widowisko trwało kilka godzin, w ciągu których dziewczyny uśmiechały się do publiczności, a ta wiwatowała. Wenezuelczycy nie są powściągliwi w okazywaniu emocji, co znalazło swoje apogeum przy ogłoszeniu werdyktu. Jurorzy podali numer wygranej dziewczyny, a zawiedziony tłum rzucał na scenę butelki, piasek i wszystko, co tylko znalazło się pod ręką. Być może błędem jest to, że nie ma tu w Santa Fe kategorii „miss publiczności” ;).

Nasza posada (Cafe del Mar) znajduje się na samej plaży. Wychodząc z pokoju mamy zaledwie kilka metrów do morza a i na tym małym skrawku piasku musimy uważać na przechodzące tam kraby. Zresztą kraby nie powinny nas zaskakiwać. Bardziej zaskakujące było spotkanie młodego węża koralowego. Pewnie nawet nie zwrócilibyśmy na niego uwagi, gdyby nie panika jaka wybuchła na plaży, po tym jak jeden z tubylców znalazł go tuż przy morzu. Jeszcze więcej popłochu wzbudziło zdanie „młody, dlaczego tylko jeden?”.

Santa Fe to miejsce, które przygarnia „wędrowców”. Właśnie tu spotykamy Argentyńczyka Eugenio, który zachwyca mnie grą na charrango i quvaquinio. Wieczorami opowiada o swojej podróży po Ameryce Południowej, ale dla mnie jest to też opowieść o podróży w poszukiwaniu samego siebie. Jedna z najbardziej wartościowych rzeczy, jakiej doświadczam w trakcie podróży to spotkania z ludźmi. W każdym miejscu spotykamy niezwykłych ludzi, a każdy z nich ma do opowiedzenia ciekawą i fascynująca historię. Jestem pewna, że jeszcze wiele takich historii usłyszę i wiele razy będę świadkiem podróżowania w głąb samego siebie spotykanych wędrowców.

27.02.2009

Uff!!!!!!!!!!!!! Udało się nam „wyrwać” z leniwych i lepkich „macek” Santa Fe. Jesteśmy już w Caracas. Brudnym i nieprzyjaznym gdzie po zmroku nie wychodzą na ulice nawet tubylcy. Dziś Magda wraca do kraju. Właśnie odleciał samolot, na który mieliśmy bilety powrotne. Kupno biletów w obie strony było najtańsza opcją z możliwych i w zasadzie do dnia dzisiejszego mogliśmy zrezygnować z dalszej podróży i wrócić do kraju. Od kilku godzin nie mamy biletów powrotnych. Przedziwne uczucie.

Zatem na prawdę jesteśmy tu w Ameryce Południowej na taaaaaaaaaaaaaak długo. Jak długo? Zobaczymy, choć plan zakłada 18 miesięcy. Mam poczucie, że dopiero od teraz zaczyna się PRAWDZIWA PRZYGODA.

Jutro przylatuje do nas Rafał Michałowski z którym już kiedyś byliśmy w Ekwadorze. Jeszcze jutro jedziemy do Meridy i mam nadzieje, że staniemy na szczycie Pico Bolivara… a dalej Kolumbia, Ekwador…

Źródło: iza@odkryte.pl

1


w Foto
Ameryka na nowo odkryta
WARTO ZOBACZYĆ

Peru: Stolica Lima
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Polski Szlak Wikingów
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl