HAWAJE
01:51
CHICAGO
05:51
SANTIAGO
08:51
DUBLIN
11:51
KRAKÓW
12:51
BANGKOK
18:51
MELBOURNE
22:51
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka na nowo odkryta » ANNO 3: Roraima
ANNO 3: Roraima



Roraima - najwyższy szczyt Guyany zdobywamy od wenezuelskiej strony. W ostatnich tygodniach mała kontuzja ręki, jakiej się nabawiłam podczas przeprawy przez rzekę Kukenan, uniemożliwiła mi pisanie. Nadrabiam zatem zaległości pisząc o wejściu na Roraimę.

Roraima to rozległe tepuy na granicy 3 państw: Wenezueli, Brazylii i Gujany. Niezbyt wysokie, bo sięgające zaledwie 2700 mnp, ale na tyle wysokie, by być najwyższym szczytem Guyany. Od początku naszej podróży wiedzieliśmy, że chcemy zdobyć Roraimę - magiczną ze względu na Artura Conan Doyla, który właśnie tu wyobraził sobie “zaginiony świat” dinozaurów, magiczną ze względu na endemiczne gatunki zwierząt i roślin i ze względu na swój księżycowy krajobraz.


Zobacz  powiększenie!
Postój po drodze
Na Roraime można przyjechać jedynie z przewodnikiem a agencje oferują wygórowane ceny. Poszukiwanie niezależnego przewodnika nie trwało długo. Znajdujemy go w Ciudad Bolivar. Na imię ma Luis. Negocjujemy bardzo dobra cenę i dla bezpieczeństwa przed wyjazdem z Ciudad Bolivar płacimy mu jedynie za jedzenie i bilety do San Francisco. W San Francisco, które jest prawie u podnóża góry, płacimy resztę należnej sumy i startujemy. Po drodze nasza grupa powiększa się o 6 czeskich biologów. Prawdziwych pasjonatów, których zachwyca każde źdźbło trawy a nawet kleszcze i inne stworzenia które na swój własny użytek wrzucam do jednego worka z nazwą “nieprzyjazne dla człowieka”.

Zobacz  powiększenie!
Przeprawa przez rzekę Kukenan
Wynajmujemy jeepa i jedziemy do wioski Paratepuy skąd dalej prowadzi już szlak trekkingowy wśród wysuszonych traw gran sabana. Po około 3 godzinach dość szybkiego marszu docieramy do Rio Tek, które w mojej fantazji po kilkunastu godzinach podróży urosło do rozmiarów raju, w którym chciałam wreszcie położyć się w pozycji horyzontalnej i odpocząć. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Rio Tek jest może i rajem, ale dla muszek puri-puri, które atakują jak nienasycone wampiry, a są tak maleńkie, że trudno się przed nimi schować. Kiedy obudziłam się kolejnego ranka, w namiocie miałam wrażenie, że śpią obok mnie zupełnie inni ludzie, niż Ci których widziałam wieczorem. Jesteśmy tak pogryzieni przez moskity i puri-puri, że wyglądamy jak chorzy na ospę w jej bardzo ostrej fazie. Pakujemy się tak szybko jak to możliwe i “uciekamy” z Rio Tek.

Nie jadłam nawet śniadania, żeby ograniczyć ilość czasu w tym niezwykłym “raju” ;). Idziemy do Campo Base, które znajduje się prawie pod samą ściana Roraimy. Prowadzą tu około 4 godziny drogi wśród suchych o tej porze roku traw grana sabana. Gdzieniegdzie trawy są bardziej zielone i zwykle wtedy dla nas oznacza to konieczność przeprawiania przez rzekę, która mimo pory suchej ma dość wartki nurt. Wreszcie docieramy do Campo Base i tam kończą się nasze zapasy słodkiej wody. Mam mieszane uczucia kiedy Luis podaje mi neste rozpuszczoną w wodzie ze strumienia i zapewnia, że to jest bezpieczne…..pozostaje mi jednak albo umierać z pragnienia gotując każdy kubek wody albo zaufać. Zaufałam. Za każdym razem rozpuszczając aspirynę w wodzie ze strumienia ufałam, że jej zdrowotne walory będą przeważały nad ewentualnymi skutkami ubocznymi picia wody ze strumienia ;).

Zobacz  powiększenie!
Kukenan
Jesteśmy w campo base poza sezonem. To w tym czasie bardzo spokojne miejsce. Oprócz nas są tam jeszcze dwa zespoły, które zdobywają Roraime drogą wspinaczkową. W jednym z nich jest Kurt Albert, który jako pierwszy zdobył Roraimę drogą wspinaczkową od wenezuelskiej strony. Wydaje się, że teraz wspina się tu z sentymentu. Jest z wenezuelskim przewodnikiem Ivanem, z którym dość szybko się zaprzyjaźniamy.

Niestety psuje się pogoda, choć Carl i Ivan mówią, że wcale się nie psuje, tylko jest taka jak zawsze czyli PADA DESZCZ. Rano zwijamy mokry namiot i ruszamy na szczyt. Z pewną tęsknota myślę o schronisku na szczycie, o którym miejscowi mówią “refugio”.

Droga na szczyt jest urozmaicona i baaaaaaaaaaardzo ciekawa. W znacznej części szczególnie dla naszych przyjaciół z Czech, bo dla nich jungla wokół Roraimy to prawdziwy Raj. Przechodzimy wśród porośniętych mchem drzew palmowych. Dookoła soczysta w deszczu zieleń miesza się z intensywnymi barwami kwitnących kwiatów i roślin owadożernych. Choć zachwyca mnie bogactwo kolorów, to ani na chwilę nie tracę czujności, bo myśl o tym, że to, co jest na drzewach, mogłabym mieć za koszulą, przyprawia mnie o gęsią skórkę i przezornie staram się niczego nie dotykać.

Zobacz  powiększenie!
Rorarima
Wciąż pada, a my coraz bardziej zapadamy się w błocie. Jesteśmy już tak przemoczeni, że dbam już tylko o to, aby suchy był choć plecak, a w dodatku po mojej twarzy spływa niebieska pasta do zębów, którą Luis kazał mi posmarować ugryzienia po puri-puri. Z taką ilością niebieskiego koloru na twarzy mam szanse dostać się do wioski smerfów albo innych zielono-niebieskich stworów bez przepustki ;).

Myśl o REFUGIO na szczycie rozgrzewa mnie i pozwala z optymizmem iść do góry w tak intensywnym deszczu, coraz silniejszym wietrze i coraz głębiej zasysającym nas błocie.

Wreszcie wychodzimy na szczyt. Kamienne labirynty we mgle wyglądają identycznie. Czekamy na Luisa, który został w tyle z Czechami podziwiającymi endemiczne okazy żab. Jesteśmy coraz bardziej zmarznięci, ale wreszcie z mgły wyłania się Luis i przejmuje prowadzenie. Zgodnie z instrukcją Refugio powinno być kilka minut od szczytu, ale po 10 minutach zaczynam się niecierpliwić, bo dookoła nie ma nawet najmniejszych zwiastunów obiecanego schroniska. Kiedy Luis prowadzi nas na wąską, skalną półkę i mówi “Agui es refugio” spodziewam się, że to jest żart i to dość nieudany. Ale kiedy widzę, że Luis zabiera się za rozbijanie swojego namiotu wiem już, że muszę przedefiniować w swojej głowie znaczenie słowa “SCHRONISKO”.

Zobacz  powiększenie!
Dwie słoneczne godziny na szczycie Rorarimy
"Schronisko" pod wiszącą skałą staje się naszym domem na najbliższe dwa dni. Wciąż pada i pada, wciąż jest mgła i wciąż jest zimno. Dookoła kamienne labirynty, w które nie mamy ochoty się zagłębiać w takiej pogodzie. Drugiego dnia na chwilę zza mgły wyłania się słońce. Ta chwila twa krótko, ale wystarczy bo zobaczyć, że kamienne labirynty rozciągają się aż po horyzont, a z najwyższych partii Roraimy widać odległe o 25 km Paratepuy. Warto było tu wejść i to wcale nie dlatego, że to najwyższy szczyt Gujany. Warto było dla tych kilku słonecznych chwil i zapierającego dech w piersiach widoku.

Pogoda nas nie rozpieszczała, bo oprócz tych kilku słonecznych chwil na szczycie w drodze powrotnej znowu przedzieramy się nie tylko przez jungle, ale też przez mgłę. Schodzimy do campo base, gdzie zatrzymujemy się na chwilę i wymieniamy przyjacielskie uściski z Ivanem. Nie zostajemy tu na noc, bo czas karnawału przyciągnął na Roraime rzesze turystów, którzy właśnie rozpoczęli "oblężenie" campo base. Schodzimy niżej do Rio Tek. Przeprawa przez rzekę Kukenan kosztuje mnie kontuzję ręki. Po intensywnych deszczach rzeka przybrała wody i nurt stał się bardziej wartki. Na śliskich kamieniach mój ciężki plecak nie dał mi żadnych szans.

To niesamowite, że dopiero kiedy nie miałam możliwości używania prawej ręki zobaczyłam, jak bardzo jest mi potrzebna. Kłopotem było wszystko:
jedzenie, mycie, pakowanie...

Na szczęście oprócz opóźnień w pisaniu chyba nie będzie więcej konsekwencji tego mokrego upadku ;) I do Bolivara się zagoi :D

Źródło: iza@odkryte.pl

1


w Foto
Ameryka na nowo odkryta
WARTO ZOBACZYĆ

Argentyna: Cerro de San Francisco
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

PE 7; Imperialne Cusco
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl