HAWAJE
00:27
CHICAGO
04:27
SANTIAGO
07:27
DUBLIN
10:27
KRAKÓW
11:27
BANGKOK
17:27
MELBOURNE
21:27
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Kaukaz: Śladami Herkulesa » KsH 5: Tbilisi, 9.08., 18:26
KsH 5: Tbilisi, 9.08., 18:26



Gruziński parlament wprowadził stan wojenny na okres 15 dni. Ludzie w Tbilisi przystają przy sklepach, gdzie radia puszczone na cały regulator przekazują wiadomości z frontu. Nas jutro czeka ewakuacja. Podobno rządowym samolotem. Podobno do Polski. Podobno do Armenii. Podobno do Turcji. Podobno Rosjanie wezmą odwet za zbombardowanie stolicy Osetii Południowej. Odwet wezmą ich pokojowe siły stabilizacyjne stacjonujące w separatystycznej republice. Ironia losu.

Moja opowieść zatrzymała się w wymarłej wiosce – Tsanie. Tsana nie zaznała wojny, choć można by w niej nakręcić niejedno dramatyczne ujecie. Wypatroszona biblioteka przypomina zbombardowane budynki pokazywane w Wiadomościach. Przewrócony stół wpija bezradnie cztery nogi w powietrze. Książki zrzucone z regałów walają sie po podłodze. W moim plecaku znalazła miejsce jedna z nielicznych pozycji po rosyjsku – "Lenin i dzieci". Propagandowa książeczka całkiem nieźle nadaje się do szlifowania rosyjskiego. W centrum wsi za pieniądze jakiejś światowej organizacji powstaje dom kultury. Nie bardzo wiadomo po co, skoro Tsana liczy na razie dwoje stałych mieszkańców – Wilka i jego matkę. Kiedy tylko podnieśliśmy sie o poranku z łóżek, Wilk oznajmił nam, że przyjęcie poprzedniego dnia nie było tylko przejawem gruzińskiej gościnności. Kosztowało nas 25 lari od głowy. Płacimy bez szemrania, ale nieco zniesmaczeni partyzancką formą prowadzenia hotelarstwa. Wznosimy się ponad wieś, odwiedzając maleńki kościół na wzgórzu. Ładnie. Hana i Sara, które towarzyszyły nam w drodze poprzedniego dnia wyszły rano w kierunku Uszguli. Podążamy ich śladami powoli. Szara szutrowa szosa. Wśród deszczu.


Zobacz  powiększenie!
Okolice Uszguli
Nastrój zaczyna odczuwalnie spadać. Siedzimy pośrodku drogi, licząc na spotkanie jakiegoś kierowcy. Śpiewamy improwizowanego bluesa. "Train ain`t go south". Idziemy i przystajemy. Sporo uwagi poświęcamy zrujnowanej turbazie – żelbetowemu szkieletowi budynku wielkości polskiego schroniska na Turbaczu. Wokół niego walają się puste beczki, z których wylewa się smolista maź. Ruina, ruina, ruina. Upragnionego kierowcę spotykamy na podejściu na przełęcz odrobinę wyższą niż Rysy. Gaz 53 zatrzymuje się koło nas, a z tylnego siedzenia podnosi się ogorzały, zarośnięty mężczyzna. Zaprasza nas do środka, mimo że samochodem podróżuje już małżeństwo z dwójką dzieci. Cudem pakujemy się do wnętrza i w dziewiątkę razem ze sporym bagażem pniemy się do góry na czterech kołach. Zarośnięty Gruzin zmienia za kierownica ojca rodziny. Liczymy mu dla zabicia czasu punkty karne: prowadzenie pod wpływem alkoholu, rozmowa przez komórkę za kierownicą, przeładowanie auta. Ulubionego przez gruzińskich kierowców wyprzedzania na trzeciego brak. Nikt inny nie odważa się dziś na podróż gruntową drogą do Uszguli. Od czasu do czasu podskakujemy na wybojach pod sufit. Wydaje się jednak, że promile we krwi przekładają się bezpośrednio na umiejętności kierowcy. Droga jest nader kręta i nieraz kluczy nad przepaścią. Nasz "woditiel" pokonuje ją jednak bez problemu, nawet nie robiąc znaku krzyża przed trudnymi manewrami. (To ostatnie zaobserwowaliśmy wcześniej u spotkanego na swaneckiej drodze kierowcy potężnego ziła.) Do Uszguli docieramy pod wieczór. Droga do (podobno) najpiękniejszego miejsca w Swanecji prowadzi przez rzeczywiście piękne łąki i hale. Samo miasteczko jednak sprawia wrażenie połączenia współczesnych slumsów i średniowiecza. Nad XII-wiecznymi wieżami z łupków górują anteny satelitarne, a po wszechobecnym błocie przechadzają się świnie i kury. W środku osady wyrósł ostatnio sklep z pamiątkami, a samochody tubylców dzielą się na oszałamiające terenówki z kierownicą po "zlej" stronie (Indie?) oraz zajeżdżone Łady Niwy. Turysta nie jest tu gościem. Jest źródłem pieniędzy przy minimum własnego wkładu. Transport do Mesti? (najbliższe miasto) – 140 lari. Nocleg? 40 lari. Co z tego, ze nie ma prądu? Plac, skoro tu przyjechałeś. Rozbijamy namiot w ogrodzie starszego małżeństwa – Aksentego i jego żony. Wkrótce przekonujemy sie, że trafiliśmy najlepiej jak mogliśmy.

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Kaukaz: Śladami Herkulesa
WARTO ZOBACZYĆ

Kajakiem przez Alpy
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Nepal: Dookoła Annapurny
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl