HAWAJE
13:07
CHICAGO
17:07
SANTIAGO
20:07
DUBLIN
23:07
KRAKÓW
00:07
BANGKOK
06:07
MELBOURNE
10:07
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Kaukaz: Śladami Herkulesa » KsH 8: Trzy noce pod Kazbekiem
KsH 8: Trzy noce pod Kazbekiem



Wiało nocą. Wiatr zdmuchnął Słońce za horyzont i wywiewał z nas wszystkie zapasy ciepła. Ciepło wysysały z nas też kamienie moreny, wśród których błądziliśmy od paru już chyba godzin. Zgodni co do przypuszczalnego położenia bazy, lecz chwilami z odmiennymi planami na wieczór. Rozbić namiot tu, czy napierać dalej? Rozbić? Ale na czym? Lodowcowych głazach, czy na żwirze, w którym właśnie zjechaliśmy na dno jakiegoś żlebu, czy kotła?




Noc pierwsza

Zobacz  powiększenie!
Piotrek w bazie. Północ.
Przed nami majaczył grzbiet, gdzie według ostatnich dziennych obserwacji mogłaby się znajdować baza. Brnąłem pod górę oślepiany bijącą z tyłu piekielnie mocną czołówką Maćka. Jeden krok w górę, pół kroku w dół. Przenosząc ciężar ciała na postawioną wyżej nogę czułem już, jak całe ciało zaczyna zjeżdżać. I tak do końca. Grzbiet przywitał nas wiatrem. Nie zostało mu jednak wiele do wyssania z nas. Padłem na kamienie, z ulgą powierzając im ciężar 30-kilowego wora. Podczas kiedy obiecywałem sobie, że ostatni raz w tym roku dźwigam coś takiego, Damian zniknął z pola widzenia, szukając naszej upragnionej przystani. Myślą o spędzeniu nocy (a raczej tego, co z niej pozostało) pod dachem można się może było ogrzać przez chwilę, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że na wąskiej, kamienistej grzędzie próżno szukać potężnej bazy „Meteo”. Może to jej kanciaste kontury powyżej nas wyłowił z mroku maćkowy halogen? A może światło gdzieś w dole po drugiej stronie grzbietu, to właśnie to? Światło poświeciło chwilę i zgasło. A co jeśli to tylko wędrowiec podobny do nas, który właśnie układa się do snu gdzieś na kamieniach? Zmieniam baterie w czołówce i lustruję dziwne, czarne kontury majaczące powyżej. Nie wyglądają na skały, zdecydowanie zbyt regularne. To co, napieramy? Napieramy. W dwóch różnych kierunkach. Maciek wyprzedza mnie w parciu pod górę, a Damian z Piotrkiem zsuwają się w żwirze na drugą stronę grzbietu. Kogoś czeka zimna i twarda noc. Nie mamy siły dyskutować nad podziałem grupy, jeszcze chwila i zaczniemy być naprawdę niemili. Odpoczywam w połowie drogi, niemal leżąc, oparty o potężny głaz. Stukot kamieni gdzieś w ciemności przeradza się w grzmot. Lawina poszła! – słyszę łomot, który przybliża się z każdą setną sekundy. Jestem na grzbiecie, nie zgarnie mnie, jestem na grzbiecie – powtarzam w myśli, kiedy niewidzialna nawałnica przechodzi w żlebie obok, mija mnie i pędzi dalej w dół. – Żyjecie? – syczy i trzeszczy krótkofalówka. – Żyjemy! Strach pompuje w ciało nowe siły. Podnoszę się do dalszej drogi. - Chłopaki, mamy schronisko! – słyszę z głośnika. – Co!? – Jesteśmy w bazie. – Macieeek! – wrzeszczę, przekrzykując wiatr. – Baza! Jest! Na! Dole! Są! Przy! Bazie! – Pierdolą! – odkrzykuje Maciek. – Nie pierdolicie? – rzucam w eter. – Nie! – niosą odpowiedź radiowe fale. – To poświećcie nam! W dole zapala się jasny punkt. Na oko piętnaście minut drogi. Wytyczam linię prostą do celu i ignorując zmęczenie napieram przed siebie. – Dawno nie byłem tak szczęśliwy – mamroczę, napojony herbatą, zapadając w ciepły śpiwór na drewnianej pryczy.

Noc druga

Zobacz  powiększenie!
Lodowiec
- Oddychaj powoli i głęboko – powtarzam w myśli niecałą dobę później. Dzień aklimatyzacyjny nie ze wszystkimi obszedł się łaskawie. Wyprawiliśmy się z Damianem na jeden ze szczytów masywu Ortsveri – jakieś 4100 metrów. Wróciłem z otępiającym bólem głowy, Damian już poprzedniej nocy narzekał na problemy ze snem. Teraz doświadczam ich i ja. Śpimy w namiotach, bo tak taniej. Z plecaka i foliowych worków ułożyłem ścianę, która ma mnie odgrodzić od wiatru. Kaukaski, wieczny wicher najchętniej wepchnąłby mi tropik do gardła. Kolejny raz próbuję zwolnić oddech i kolejny raz organizm daje mi do zrozumienia, że nic z tego. – Tomek! Masz apteczkę? – dobiega sprzed namiotu. Mam i wysupłuję ją z kilogramów szpeju i ciuchów. Słucham opowieści Maćka o jakiejś dziewczynie, która właśnie wróciła nieco podrapana z góry. Żałuję, że jestem zbyt leniwy, zmęczony i chory, żeby zrobić cokolwiek więcej. Zapadam w sen, podejście dwudzieste trzecie. – Tomek, a zabandażujesz ją? Uczyłeś się pierwszej pomocy! No dobrze, nie jestem aż tak leniwy.


Widok Anity i jej zdartych do mięsa rąk błyskawicznie poprawia mi samopoczucie. Bandażując ją, uświadamiam sobie, w jak komfortowej sytuacji (jeszcze) się znajduję. Rozmawiaj, rozmawiaj, rozmawiaj! – przypominam sobie jedną z głównych zasad wykładanych na błyskawicznym kursie ratownictwa. Rozmawiam i słucham opowieści o nieopatrznym wpakowaniu się na lodową ścianę oraz kilkusetmetrowym ślizgu po lodzie i kamieniach. Nasza rodaczka chyba tylko dzięki sile szoku dotarła do bazy. Sama, bo nie wiadomo co stało się z jej towarzyszem, który szedł przed nią. Z opowieści wynika, że mógł po prostu pójść dalej... Byli niezwiązani, więc Kazbek tak czy tak okazał im łaskę, nie lokując pary już na podejściu w jednej z przepastnych szczelin lodowca. – Spokojnie, skoro go tu nie ma, kibluje na pewno gdzieś pod skałą! Tak będzie najbezpieczniej – przekonuję Anitę w zapadającym zmroku. Z mglistym pojęciem o miejscu wypadku i w ciemności nawet nie ma sensu zaczynać teraz poszukiwań, zwłaszcza, że nikt z nas nie zna terenu. A jutro? Ha! Jutro tak czy tak idziemy do góry. Będziemy mieć zaginionego w pamięci. Chociaż nie rozumiemy jego historii za grosz. Dlaczego nie wrócił po Anitę, kiedy zniknęła mu z oczu? Dobrze wiem, że gdybym nie odezwał się wczoraj po przejściu kamiennej lawiny, Damian z Piotrkiem błyskawicznie ruszyliby na pomoc. Cóż, może się przekonamy o co tu chodzi.

3:00, atak szczytowy

Zobacz  powiększenie!
Podejście na Kazbek
Elektroniczne piski budzika przywracają mnie do świadomości. Z głowy ulatują resztki snu, zatem udało się zasnąć! A tu pora wstawać, bo już trzecia. Pochłaniamy liofilizat w schroniskowej kuchni i pijemy tyle słodkiej herbaty, "żeby nam się już nigdy nie chciało pić". No i oczywiście mamy nadzieję, że to ostatnie nie spełni się w formie dosłownej. Pomieszczenie wypełnia odgłos rwanej taśmy – ostatecznego zabezpieczenia butów przed śniegiem. Sam wcieram wosk w skórzane buty Piotrka, bo moje własne asolo dorobiły się sporej dziury podczas podejścia. Chwała Piotrkowi, że wziął skorupy i ma się czym podzielić. Ruszamy. Jak zawsze – na początku niemal pędem, choć rozespany organizm protestuje przeciwko takiemu wysiłkowi. Przemykamy w bezpiecznej odległości od ściany, z której raz po raz odrywają się luźne kamienie. Żeby rozpocząć podejście, trzeba najpierw okrążyć cały masyw Kazbeka i władować się na lodowiec podchodzący pod szczyt. "Okrążenie" to około siedmiu kilometrów względnie mało stromego dojścia do lodowcowego plateau. Za plecami wstaje dzień, ale umysł zaprzątają bardziej przyziemne sprawy. 1) Nie wpaść w szczelinę 2) Nie złamać nogi w kamiennym osypisku 3) Uważać na kamienne lawiny 4) Znaleźć miejsce osłonięte od wiatru. Nie przypadkiem nawet w Biblii alpinizmu "Góry: wolność i przygoda" znalazł się rozdział o defekacji w warunkach polowych...

Zobacz  powiększenie!
Zwycięstwo!
Do plateau dochodzimy przy względnie dobrej pogodzie i zarazem tu się z nią rozstajemy. Podnosi się mgła, chmury kryją szczyt. Wieje. To krótkie słowo nie oddaje pełni zjawiska. Albo może to my nadużywamy go, nazywając coś takiego jak halny „silnym wiatrem”. Wicher przepędza mgłę z miejsca na miejsce, pozwalając nam czasem dojrzeć napierającą przed nami ekipę z Czech, lub Hiszpanów z gruzińskim przewodnikiem. Jeśli wczorajszy zaginiony nie będzie w stanie zejść samodzielnie do moreny, z poszukiwań nic nie wyjdzie. Sami wiemy, że idziemy dobrą drogą tylko dzięki śladom przewodnika. Przez większość czasu nie widzimy niczego poza sobą, liną i wszechobecną bielą. 4200...4300...może już 4500? – odliczam w myśli metry pokonywane w pionie. Czasem kaprys przyrody pozwala nam przyjrzeć się pokonywanej trasie. Na przykład serakom – lodowym bryłom, które oderwały się w bliżej nieokreślonej przeszłości od pokrywy i spadając niewątpliwie przecięły naszą drogę. Złomiska wielkości lodówki, czy betoniarki leżą teraz poniżej nas i być może zbierają siły przed dalszym pędem. Im wyżej jesteśmy, tym bardziej upraszcza się nasz świat. Redukuje się do wiatru, lodu i kolejnych wbić jednego zęba czekana oraz 24 zębów raków. Nasz związany liną organizm wyraźnie słabnie, ale się nie poddaje. W lodowym kuluarze zdarza się opaść na kolana, ale grunt, że ręka zbrojna w stal wyszukuje już wtedy dogodne miejsce do wbicia ostrza. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Nie patrz w dół – jeszcze się rozczarujesz tempem. Jeszcze skończysz jak Hiszpanie, którzy zawrócili może pół godziny przed szczytem. Jakby w nagrodę wiatr wreszcie słabnie i wysiłek pięcia się na 5000 metrów staje się odrobinę lżejszy. Damian umiera na prowadzeniu, ale od umarłego odróżnia go rytmiczna praca czterech kończyn. Nad nami już tylko niebo. A nie, jednak nie. Znów zakręt trasy, znów wyżej nam trzeba. Na górze padamy w ramiona Czechów. Robimy zdjęcia białej pustce, za n-tą próbą rozpalamy triumfalnego papierosa z zapasów naszej ogólnokaukskiej „waluty”. Chcemy pokazać, że Kazbek – 5047 m.n.p.m. nas nie złamał. Krzyczymy, wariujemy i ubywa nam nieco lat. Na szczyt pakują się kolejne jednostki – Andrzej i Marcin, którzy jeszcze odegrają w tej historii swoją rolę. A tymczasem my już zbieramy się do powrotu. Trzy zespoły dotarły dziś na górę – Czesi i Polacy razy dwa. – Taka jest przyszłość alpinizmu! – śmieje się Maciek.


Łeb zaczyna boleć już na szczycie - fajka była przeciętnym pomysłem, a i wysokość robi swoje. Na plateau lodowca rozsiadamy się na plecakach i Bardzo. Powoli. Wydobywam. Z. Apteczki. Coś. Na. Głowę. Wleczemy się dalej, lustrując zbocze góry w nagłym przebłysku pogody. Robię zdjęcia całego terenu na okoliczność możliwej akcji ratunkowej. Przez całą drogę nie widzieliśmy najmniejszego śladu zaginionego człowieka. Wybieramy szybkie zejście lodowcem, zamiast kluczenia w labiryncie moreny i… kluczymy w labiryncie szczelin. W końcu odnajdujemy wyjście i zarazem znajdujemy ścieżkę, która jawi się nam jako lepsza wersja autostrady A4. Siły mam akurat tyle, żeby spytać pierwszego napotkanego przy bazie turystę o Polaka co to zaginął. Odnalazł się. Sam zszedł. No i można spokojnie uwalić się w śpiworze, gasząc iskrę energii zachowaną na poszukiwania. Byle nie na głodnego. Wyciągamy palnik, naboje, jedzenie i straszliwą wódkę Ushba. Pracowicie pokonujemy barierę językową z Czechami. Czeka nas ostatnia spokojna noc w Gruzji.

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Kaukaz: Śladami Herkulesa
WARTO ZOBACZYĆ

Izrael: Na trasie Gwiazdy Dawida
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Za Koło 3: Do końca
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl