HAWAJE
12:47
CHICAGO
16:47
SANTIAGO
19:47
DUBLIN
22:47
KRAKÓW
23:47
BANGKOK
05:47
MELBOURNE
09:47
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Kaukaz: Śladami Herkulesa » KsH 9: Ewakuacja
KsH 9: Ewakuacja



Świat, który zastaliśmy po przebudzeniu niezbyt przypominał ten, w którym układaliśmy się do snu. Poetycko mówiąc, Kaukaz wstrzymał oddech. Nie wiało. Po kilkudziesięciu godzinach nieprzerwanego wichru wywoływało to poczucie osobliwego braku. W dodatku wessało gdzieś chmury i oto nad namiotem masyw Kazbeka rysował się teraz w całej swej okazałości. Wpatrywaliśmy się weń z zachwytem.




Zobacz  powiększenie!
Kazbek o poranku
"Niemym zachwytem" chciało by się napisać, lecz nie powstrzymaliśmy się od kilku uwag na temat perfidii losu, który kazał nam pakować się na szczyt wczoraj, w znacznie bardziej kaukaskiej pogodzie. Dzięki niej zyskaliśmy jednak kilka tematów na beskidzkie opowieści w ciepłym schronisku, więc bilans strat i zysków można uznać za wyrównany. Teraz zaś przed nami rysował się tydzień wypełniony piwem, arbuzami i chaczapuri. Był 7. sierpnia, a samolot z Tbilisi zarezerwowaliśmy dopiero na 14. Nie mieliśmy dotąd okazji do zmierzenia się z tak poważną ilością wolnego czasu. Na szczęście w kalendarzu wciąż rysowało się kilka pozycji do wypełnienia. Gdyby w ogóle istniał jakiś terminarz wyprawy, wyglądałby zapewne tak:


- 8. sierpnia – urodziny Piotrka. Dwudzieste dziewiąte. Postarać się.
- Dowolny dzień sierpnia – pojechać do Sary. Spotkanej na szlaku wolontariuszce z Czech obiecaliśmy zorganizować slajdowisko o Kaukazie dla jej podopiecznych - dzieci z ośrodka pod Tbilisi.
- Jeszcze bardziej dowolny dzień sierpnia – Gori? Wardzia? Byle dalej!

Zobacz  powiększenie!
Lodowcowa plaża
Cóż zatem robić? Alleluja, wór na plecy i do przodu! A właściwie do hostelu. Ruszyliśmy w dół lodowcem przyprószonym skalnymi odłamkami. Morenowego piasku było tak wiele, że chwilami czułem się jak na plaży schowanej wśród gór. Nad brzegiem lodowcowej rzeki zastaliśmy przeprawiającą się grupę wraz z koniem. Ekipę prowadził Gruzin z bazy alpinistycznej. Konia dosiadała, a właściwie zawisała na nim Anita, obok szedł jej zaginiony i samoodnaleziony towarzysz. W zdecydowanie lepszym stanie niż ona. Jednocześnie im współczułem i byłem zły na nich. Właściwie złość nie powinna dotyczyć konkretnie ich, ale całej ludzkiej, głupiej rasy łącznie ze mną, która nie uczy się absolutnie niczego na cudzych błędach. Można być całe życie inteligentnym, czarującym i bystrym człowiekiem, ale kończy się je nader często w tym jedynym momencie, kiedy okazało się być skrajnym idiotą. Tak jak nasi rodacy, którzy wpakowali się bez żadnej asekuracji na lodowiec i „dzikie” podejście na Kazbek. O tym, że ludzka rasa nie uczy się niczego może świadczyć fakt, że wystarczyło mi kilka tygodni, by samemu zaplątać się w skalny teren bez liny i uprzęży. To jednak zupełnie inna historia, zaś my mieliśmy jeszcze na Kaukazie sporo szczęścia do ludzkiej głupoty w to sierpniowe popołudnie. Głupota polityki dała znać o sobie wraz z dzwonkiem SMSa. Z Polski. "Rosja twierdzi że Gruzja zbombardowała Osetię, chociaż Gruzja zaprzecza." – przeczytałem na głos ekipie wiadomość od Marty, naszej znajomej z Polski. I dalszą część całej naszej historii można by opowiedzieć SMSami

Zobacz  powiększenie!
Urodzinowy tort Piotrka
Na przykład tym: "Trudno stwierdzić, jak poważna jest sprawa, rano słyszałam w TV o jakichś nalotach, chyba ktoś przegiął, PAP wspomina o strzelaninie na granicy w wyniku której zginęło kilka osób. Strona gruzińska twierdzi, że tylko odpowiedziała na atak." – to jeszcze Marta, która trwała dla nas na posterunku przed depeszami. Zbliżał się wieczór, więc nie przerwaliśmy nawet rozstawiania namiotów na tyłach hostelu w Kazbegi. Zwłaszcza, że zbliżała się już północ, a więc 8. sierpnia. A skoro ósmy sierpnia, to... - Wszystkiego najlepszego! – uśmiechnął się Maciek wręczając Piotrkowi wspinaczkowego frienda (koszmarnie drogi przyrząd asekuracyjny mówiąc ludzkim językiem) całego wykonanego ze… słodyczy. Nie bez przyczyny Maciek zniknął gdzieś w ciemnych uliczkach Kazbegi dwie godziny temu. Teraz Piotrkowi świeciły się oczy na widok misternie połączonych wykałaczek i doskonałych krzywek pracowicie wygryzionych w… sezamkach. Noc toczyła się dalej. "Odebrano 1 nową wiadomość". 10:21. "Tomek chyba jednak lepiej będzie jak się stamtąd wyniesiecie. Rosyjskie wojska zaczęły bombardować Osetię, pojawiły się czołgi, z Osetii Północnej i Abchazji nadciągają ochotnicy do walki z wojskiem gruzińskim" – to znów Marta. Ale ja już wszystko wiem, rano odebrałem telefon z domu, a na drzwiach hostelu co godzinę wisi nowa depesza, prosto z drukarki. A tak naprawdę nie wiemy nic. Siedzimy w południe na rynku w Kazbegi oczekując na busa do Tbilisi – cokolwiek będzie się działo, tam chyba najbezpieczniej. Ekipa powiększyła się do siedmiu osób – podróżujemy teraz razem z Andrzejem, Marcinem i Karoliną poznanymi pod Kazbekiem. W miasteczku pojawili się żołnierze, ale widać po nich, że to chyba weterani wyciągnięci co dopiero z rezerwy. Na razie są przede wszystkim obiektem zainteresowania młodych Gruzinów. Bus bez przeszkód rusza do stolicy. Po drodze mijamy czołg, który jedzie na lawecie w przeciwną stronę – do Kazbegi. "Odebrano 1 nową wiadomość" Z domu pomagają mi jak mogą - "Ambasada – Tel. 995 3292 0398" – pisze Ojciec. I wiem, że tam w Krakowie czują się teraz znacznie gorzej niż ja. Bo nam właściwie nic się nie dzieje. Nie jesteśmy skazani na bezustanną mękę domysłów i czytania prasowych doniesień. Po prostu jedziemy do Tbilisi. Dekujemy się w znajomym już nam hostelu "U Iriny". Włóczymy się po mieście, z ambasady wychodzimy z informacją, że nic się nie dzieje, ale lepiej nie oddalać się zanadto od stolicy. I że nadciągające od strony Federacji Rosyjskiej oddziały to nic innego jak "dzicz z północy".

Zobacz  powiększenie!
Ostateczna wyprzedaż - czarny humor Tbilisi czasu wojny
"Odebrano 4 nowe wiadomości" "Hej, Prawdziwi Mężczyźni, co z tą wojną i z Wami? Przykre – oczy całego świata zwrócone na olimpiadę..." – Ania, znajoma z gór. "Tomek co z tobą? Wiesz, że sytuacja w Gruzji się komplikuje i nawet w Tbilisi nie jest bezpiecznie. Daj znak jakiś." – Przemek, przyjaciel z liceum. "U nas wiadomości tragiczne. Pozdrawiamy i czekamy." – Rodzice. "Nie mogę się dodzwonić – proszę o kontakt telefoniczny z Ambasadą" – konsul. Faktycznie, połączenia telefoniczne rwą się teraz bez przerwy. Dodzwaniam się w końcu do ambasady i zostaje nam zadane sakramentalne pytanie. – Rzeczpospolita Polska rozważa zorganizowanie dla Państwa transportu do Warszawy przez terytorium kraju ościennego. Czy są Państwo zainteresowani? Jesteśmy zainteresowani, bo skoro martwią się o nas dyplomaci, nie może być dobrze. Czekamy więc na sygnał do odlotu. Wojna dotyka nas jednak teraz za pośrednictwem mediów. Wędrując po Tbilisi spokojnie zaszywamy się w cienistych zaułkach, tanich knajpach, spotykamy ludzi, po których niemal nie znać napięcia. Może mieszkańcy stolicy, którą kilkadziesiąt razy zrównano z ziemią nie boją się już niczego? Wystarczy jednak usiąść w kafejce internetowej, by niemal poczuć sufit walący się na głowę. Serwisy informacyjne podgrzewają atmosferę jak mogą. "Odebrano 1 wiadomość".10.08, 5:10. "Daj znać, wiemy o bombardowaniu lotniska" – Rodzice. "Lotnisko w Tbilisi zbombardowane" – donosi Onet. Potem poprawi się informację, że wcale nie w Tbilisi, tylko w pobliżu i nie port cywilny, tylko baza wojskowa. To potem. Na razie zła wiadomość, to dobra wiadomość. Z lektury depesz nie wynika nic, poza tym, że jest źle. Czyli dobrze.

Zobacz  powiększenie!
Oczekiwanie na wizę
W końcu wyruszamy z Tbilisi. Ambasada jakimś cudem załatwia siedem miejskich autobusów od tbiliskiego MPK i wysyła nas do Armenii. Jesteśmy pod wrażeniem – wszystko z uśmiechem na ustach, konsul błyskawicznie rozładowuje wszystkie napięcia, mimo że jest na nogach już drugą dobę. Nasz „załadunek” filmuje telewizja. Chcą jakiejś wypowiedzi. – O czym mam ci opowiedzieć? – pytam starszego reportera z wąsem. – Ty wiesz, że Ruscy są źli, prawda? – odpowiada pytaniem po rosyjsku. Ano wiem i nie wiem. Nie mam pojęcia kto jest zły, a kto dobry, kto kogo zamordował, kto atakował, a kto się tylko bronił. I długo się tego nie dowiem. Wiem, że dobrzy są ludzie, którzy nas przyjęli pod dach. Dobry jest Aksenty, Zwijadi, ciocia Dali, Teo i jego żona, Berdia, który tak bardzo chciał, żebyśmy nocowali u niego w domu. I wielu innych, których nie znam z imienia, albo w ogóle nie miałem okazji poznać. Wydobywam w końcu z siebie parę zdań o tym, że wojna to beznadziejna sprawa i pakuję się do żółtego autobusu marki "Bogdan". W parę godzin przejeżdżamy niemal cały kraj, do granicy z Armenią. Po drugiej stronie szlabanu wysypujemy się z busów i rozglądamy za w miarę wygodnym miejscem na asfaltowym parkingu. Próbuję skontaktować się ze znajomym, o którym pamiętam, że pracuje w Onecie. Wyjechał z Polski, ale podsyła mój numer komuś z pracy. Opowiadam chwilę przez telefon, że wszystko jest w porządku i że ewakuacja poszła sprawnie. Dobry news trafia na stronę. Czekamy na wizy. Sześć godzin. Nasze rodziny się niepokoją. Onet właśnie rzucił newsa "Ewakuowani Polacy zatrzymani na granicy". Zatrzymani na przejściu? Ha! Jak nic, są teraz zakładnikami. Całkiem rozsądny wydaje się pomysł, by wstać i nakłaść po mordzie komuś za biurkiem, kto jednym kliknięciem właśnie wystawił setki rodzin na kolejną próbę. To nie korespondenci nadają wojnie sztuczne, jaskrawe kolory. Najczęściej to już ktoś w redakcji, kto głowi się jak atrakcyjnie opakować szaroburą wiadomość o wydaniu ormiańskich wiz uciekinierom.

Paszporty w końcu wracają do naszych rąk, a my składamy karty, dopalamy straszliwe gruzińskie fajki i ruszamy w dalszą drogę. Kierowcy nie tracą ducha i ścigają się dla zabawy autobusami na zakrętach górskiej drogi. Lądujemy na końcu stawki więc obawiamy się, że pasażerowie ostatniej maszyny w Erewaniu myją szyby wszystkim pozostałym. Wykpiwanie groteskowej rzeczywistości utrzymywało nas w jako-takim stanie przez ostatnie dni, więc dlaczego ma nie pomóc i teraz? Do Erewania i wynajętego przez ambasadę hotelu Shirak docieramy nocą. Czuję się jak po drugiej stronie barykady. – Całe szczęście, że Putin zrobi wreszcie porządek! – cieszy się taksówkarz, który za skromne pieniądze zgodził się zawieźć mnie do centrum. – Putin to dobry prezydent. Jelcyn zdrajca, Polskę sprzedał, Niemcy sprzedał! A Putin nie da cierpieć Osetii i Abchazji! Oni teraz znowu będą wolni! – No a jeśli to Putin wyzwoli Abchazję, to będzie Abchazja, czy Rosja? – pytam z ciekawości. – Abchazja będzie wolna!


Samolot odlatuje następnej nocy. Wzbijamy się w powietrze rządowym TU-154 i w ciągu trzech godzin jesteśmy w Warszawie. Zaczyna się czas opowiadania. I czekania na wiadomość od tych, co zostali.

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Kaukaz: Śladami Herkulesa
WARTO ZOBACZYĆ

Laos: zabytki kultury
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AUS 5: ...i koniec autralijskiej przygody...
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl