HAWAJE
15:58
CHICAGO
19:58
SANTIAGO
22:58
DUBLIN
01:58
KRAKÓW
02:58
BANGKOK
08:58
MELBOURNE
12:58
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodnik po procesie inicjacji » #2 Księża - Polska
#2 Księża - Polska

Edi Pyrek


To jest historia o pewnym dziwnym księdzu-mnichu, który trochę inaczej postrzega modlitwę.

Na lewo od przystanku autobusowego w Lubiniu koło Poznania stoi kościół. Idąc dalej w górę, po prawej stronie mija się klasztor Benedyktynów. Potem jest brama. Za nią ogród i szklarnie, w których mnisi hodują rośliny dla tych za bramą. Na płocie wisi kartka: "Jeśli nikogo nie ma w ogrodzie proszę zadzwonić na furtę." Na furcie wisi telefon i lista numerów - do ojca Jana trzeba wykręcić 226.


Ojciec Jan Bereza jest benedyktynem, członkiem Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi. Mówi spokojnie, nie widać jak gestykuluje. Czasami gdy chce coś podkreślić to pochyla się do rozmówcy.

- Zawsze chciałem być księdzem, ale w podjęciu tej ostatecznej decyzji to tak naprawdę pomogły mi dwie rzeczy - Zen, który przedtem praktykowałem i UB.
Dzięki Zen nie miałem problemów z wielogodzinnymi modlitwami, czy też całonocnymi czuwaniami... a z nami, benedyktynami, jest tak, jak to powiedział jeden z mnichów buddyjskich po modlitwach u nas: "Wy to jesteście długodystansowcy, kiedy my, buddyści, jesteśmy krótkodystansowi".

Dużo też zawdzięczam UB-cji, bo kiedy byłem na metafizyce na ATK (Akademia Teologii Katolickiej), to oni zaczęli mnie szantażować: "To pięć lat za te zabawy dostaniesz...chyba, że..."

Był też Pałac Mostowskich, przesłuchania, rozmowy, propozycje nie do odrzucenia. Po tym wszystkim pojechałem do Pallotynów, których już znałem, żeby pomyśleć i zastanowić się nad ewentualnym życiem w klasztorze i tam dowiedziałem się o Benedyktynach. A przedtem jeszcze, kiedy spotkałem mistrza buddyjskiego Kapleau, to on mi powiedział o buddyjskiej praktyce, którą prowadził: "To jest praca taka jak u Benedyktynów."
Zrozumiałem, że to trochę za dużo tych przypadków - miałem poczucie, że Benedyktyni za mną chodzą. Kiedy więc UB za bardzo się mną zainteresowało, to ja pomyślałem, że może powinienem pójść do tych, o których tak wiele ze wszystkich stron słyszałem. Pojechałem do Tyńca, siedziałem tam przez miesiąc i starałem się wejść we wspólnotę, a potem już zawsze kiedy miałem choć jedną wolną chwilę jechałem do nich.
A jeszcze później to przyszedł stan wojenny.

To był wtorek 15 grudnia 1981 roku, byłem w domu. Pracowałem wtedy w studenckim klubie "Remont" jako fotograf. Jeszcze poprzedniego dnia robiłem zdjęcia tego, co działo się na ulicach. Wszystkie negatywy tych zdjęć wisiały w szafie i czekały na zrobienie odbitek. Rankiem przyszedł ze sklepu ojciec i mówi, żebym wszystkiego się pozbył, bo mieszkanie obstawione. Ja nie wierzyłem, ale matka zgarnęła wszystkie materiały, które miałem - adresy, ulotki, książki... wszystko wrzuciła do kosza. A potem usiadła nad tym plastykowym, zielonym wiadrem i zaczęła obierać warzywa na obiad. Ktoś zadzwonił do drzwi, ojciec otworzył. "Czy jest obywatel Jan Bereza?", potem weszli do środka, zaczęli szukać, wywalać książki z szafy, rzeczy z bieliźniarki. Jeden z nich otworzył szafę, gdzie wisiały negatywy: "Co to jest?" Ja zacząłem tłumaczyć, że to takie fotki pamiątkowe z Tyńca, a on wtedy - odszedł nie sprawdzając. Nie szukali także pod obierkami, bo matka, kiedy oni przeszukiwali, ciągle skrobała warzywa, jakby miała wykarmić całą armię, skrobała i skrobała. Wreszcie wyszli. Za to, co ja wtedy miałem w tych obierkach i w tej szafie to dostałbym około dwóch lat, a tak obierki i Tyniec mnie uratowali. Potem pojechałem do benedyktynów do Lubinia.

A kilka miesięcy później wróciłem tam na stałe.
Ojciec Bereza milknie. Przez chwilę w powietrzu wisi cisza.
- Kościół rozpoczął swój dialog z innymi religiami po Soborze Watykańskim II, ja zrobiłem to trochę później. Może dlatego, że jestem dopiero kilkanaście lat kapłanem? Mam jednak wrażenie, że do dzisiaj te ustalenia nie dotarły do powszechnej świadomości katolików. Zbyt często zamykamy się na inne niż katolicyzm religie, jakby pycha nie pozwoliła nam uznać, że także inni ludzie mają prawo do prawdy.
Kiedy byłem w seminarium w Poznaniu, to jeden z tamtejszych księży, ojciec Jan od Krzyża, prowadził medytacje w oparciu o "Sadhane" Antonego de Mello. Wtedy w Polsce nikt jeszcze nie słyszał o łączeniu w ten sposób tradycji wschodniej, buddyjskiej i hinduskiej z chrześcijaństwem. Mieliśmy tam swoją grupę składającej się zarówno z ludzi świeckich jak i kapłanów. Średnia wieku była około 60-tki. Kiedy wróciłem tutaj, do Lubinia, część grupy przeniosła się ze mną. Zaczęliśmy prowadzić warsztaty w klasztorze. To było 10 lat temu. Potem ludzie przyjeżdżali, wyjeżdżali. Część wpadała tylko na jedne zajęcia, inni przyjeżdżali co miesiąc na weekendowe sesje. Było coraz więcej młodych ludzi, chrześcijan, buddystów, czy po prostu poszukujących. Niektórzy zdecydowali się na życie w klasztorze, inni zakładali rodziny i obiecywali, że będą mi przysyłać swoje dzieci.

* * * * *

Ludzie siadają rzędami pod ścianami. Na końcu, twarzą do ołtarza na poduszce medytacyjnej siada ojciec Jan. Bierze kilka głębokich oddechów, a potem z wyprostowanym kręgosłupem zaczyna medytację.

- Nieraz przyjeżdżają tutaj na moje zaproszenie mistrzowie duchowi związani z buddyzmem a kiedy indziej kapłani chrześcijańscy, którzy korzystają w swoich praktykach duchowych z doświadczeń religii Wschodu. Wtedy wszyscy razem, siadamy do medytacji i modlitwy. Czasami wyjeżdżam do różnych ośrodków pracy duchowej na całym świecie. W Stanach byłem w klasztorze ojca Mertona i w centrum Zen w Kalifornii. W Londynie spotkałem się na seminarium z Dalajlamą... on wtedy zajmował się komentarzami do ewangelii. Wszędzie tam okazywało się, że więcej nas, mnichów różnych wyznań, łączy, niż dzieli. Zresztą sam Dalajlama powiedział, że jest mu łatwiej dogadać się z mnichami chrześćjańskimi niż buddystami innych reguł. Ale czy podobnie nie jest z nami, kiedy nie potrafimy się dogadać z własną rodziną, a świetnie rozmawia się nam z ludźmi z pracy?

Źródło: informacja własna
1 2 3 dalej >>


w Foto
Przewodnik po procesie inicjacji
WARTO ZOBACZYĆ

Tajlandia: pływający targ
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

ZIM 6; Park Narodowy Gór Matobo (Rhodes - Matopos)
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl