HAWAJE
22:10
CHICAGO
02:10
SANTIAGO
05:10
DUBLIN
08:10
KRAKÓW
09:10
BANGKOK
15:10
MELBOURNE
19:10
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » @ do Chin » @dC 16: Chińskie problemy
@dC 16: Chińskie problemy

Krzysztof Skok


Krzysztof zaczął podróż po Chinach nieco pechowo. Opowiedział już o problemach na granicy, a w tym odcinku zmierzy się z chińską milicją. Nie jako zatrzymany jednak, a nawet wręcz odwrotnie. Milicja ma jednak to do siebie, że trudno wyczuć po której jest się stronie. Oprócz tego, czeka nas dziś kilka specjałów kuchni chińskiej i jeden ukraińskiej. Zapraszamy do lektury i smacznego!




17.07.2008, 101 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
I kto tu jest egzotyczny?
Przebudziłem się przed 6-tą i po chwili leżakowania wstałem i zająłem się czyszczeniem roweru. Akurat przy wejściu do hoteliku stała miska wody, więc postanowiłem ją zagospodarować. Przy okazji pojawiły się usterki do naprawy – guma w przednim kole (nie do załatania zwykłą łatką, ponieważ dziura jest przy samej nalewce od wentyla, ale wystarczy dopompowywać powietrze co godzinę), pękł spaw w tylnym bagażniku przy środkowym słupku oraz zauważyłem duży luz w tylnym kole. Usterek nie udało się naprawić na miejscu. Dlatego też po śniadaniu (herbata z mlekiem i dwie białe bułeczki – są tutaj wszędzie), przed 11-stą, ruszyłem w drogę z postanowieniem szybkiej naprawy usterek. Po 2 km zauważyłem plac ze sprzętem, więc ruszyłem w poszukiwaniu spawarki. Robotnicy nie mieli jej, chcieli związać miejsce usterki grubym drutem, co i tak nie dałoby wymaganego efektu. Ale kawałek dalej była jakaś budowa (chyba lotniska). Tam jednak spawacz był kiepski, ale spaw chyba wytrzyma (przy okazji zrobił dziurę w bagażniku w miejscu, gdzie jest uchwyt sakwy). Kiedy chciałem ruszać, była akurat 12.00, czyli przerwa na obiad i drzemkę. Skorzystałem z okazji i udałem się do polowej kuchni po przegotowaną wodę. Udało się, a na dodatek zaopiekował się mną sam szef – zaprosił do siebie na solidny obiad, później udostępnił prysznic, a na koniec zaproponował, żebym sobie też trochę pospał. Ja jednak wiedziałem, ze za ok. 30 km będzie jakaś miejscowość, więc może i jakiś solidny wulkanizator się znajdzie, więc ruszyłem w drogę. Zamiast zakładu wulkanizacyjnego zastałem raptem kilkanaście budynków (w tym milicyjny) i grupę budowlaną. Trzy razy budowlańcy kleili latkami "na zimno", jednak bezskutecznie. Natomiast nakarmili mnie tak solidnie, że do końca dnia nie chciało mi się jeść. Również namawiali mnie, abym sobie poleżał. Jednak sami ok. 16.30 ruszyli do pracy, wiec i ja ruszyłem w drogę. A że przez cały dzień miałem silny, boczny wiatr, a droga prowadziła jakby pod górę, więc się trochę napracowałem. Odwiedzając po drodze dwa sklepy, zauważyłem dość dziwne ceny. W pierwszym sklepie woda 1,5l kosztowała 8Y, a w drugim Pepsi 1,25l kosztowała 5Y. Jeszcze przed 20-stą zaszło słońce, więc kiedy kilkadziesiąt minut później dotarłem do zabudowań na horyzoncie (111 km od granicy wg słupków kilometrowych), od razu się do nich udałem. Trafiłem na nastawnię kolejową, gdzie było trzech kolejarzy w mundurach i jedna kobieta. Poczęstowali mnie woda i małym piwem (jeść nie chciałem), ale przenocować nie chcieli. Za to jeden z nich zaprowadził mnie 300 m dalej do biurowca kolejowego, gdzie była bardzo wygodna ława (szerokość karimaty) oraz sanitariaty, z których mogłem skorzystać.

Dystans dnia – 88.75 km

18.07.2008, piątek, 102 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Gdzie!?
Zamierzałem wstać o 5.00, ale wówczas wszystko było pozamykane, a w obejściu biegał niezbyt przyjaźnie nastawiony pies. Na dodatek w nocy obudziłem się z przekonaniem, ze coś złego stało się w domu (coraz częściej tęsknię). Jednak godzinę później już wstałem, wypiłem herbatę i 40 min. później bylem już w drodze. Po 15 km dotarłem do miasteczka, gdzie postanowiłem zrobić porządek z dętką. Nie było porządnego zakładu wulkanizacyjnego, a jedynie budki na chodnikach. Skończyło się na tym, że założyłem nową, trochę przymałą dętkę. Kosztowała mnie po targu 15Y. Tam tez zjadłem śniadanie, do którego jeden z miejscowych podarował mi butelkę wody 0,66l. Tradycyjnie już miałem problem z wyjazdem z miasta (nie podaje nazw miejscowości, poniewaz znaki drogowe są w j. chińskim, a miejscowi też nie rozumieją mnie o co chodzi, kiedy pytam się o nazwy miejscowości, a mapy dwóch wydawnictw, które posiadam, są zbyt niedokładne). Później przez ponad 40 km jechałem tylko przez pustynię. Niestety, autostrada się skończyła i jadę teraz po zwykłej drodze z wydzielonym poboczem. Raz podjechałem do gospodarstwa, które było przy drodze, aby skorzystać z toalety. Gospodyni wysłała mnie jednak po prostu "w pole", a później poczęstowała herbatą z mlekiem i białymi bułeczkami. Przed 13-stą dotarłem do małego miasteczka. Tam spędziłem ponad 3 godziny. Na początek trafiłem na kilka straganów ulicznych, gdzie jeden ze sprzedawców poczęstował mnie dużym pomidorem, a drugi – nie mniejszą brzoskwinia. Znalazłem też kafejkę internetową. Niestety komputery pracowały w j. chińskim, a nikt nie znał angielskiego i nie rozumiał moich tłumaczeń, że potrzebuję zmiany języka w systemie. Poczytałem sobie trochę przewodnik, a na koniec zostałem zaproszony przez jednego z miejscowych na obiad do restauracji – dostałem dużą miskę makaronu z sosem i kawałkami mięsa oraz surówkę ze świeżej kapusty.
Po 16-stej ruszyłem w dalszą drogę i do ok. 19.00 zrobiłem jeszcze 35 km, zbliżając się na odległość ok. 12 km do kolejnego miasta. Wówczas zauważyłem budynki gospodarcze, ok. 1 km od drogi. Tam też się udałem w poszukiwaniu noclegu. Przyjęła mnie starsza kobieta, która poczęstowała mnie gorącą wodą i ciastkami. Później pojawiła się córka, która przygotowała pyszną kolację (domowy makaron z zapiekanym mięsem i sosem). Jedliśmy ją o 21.00. Później jeszcze dostałem dużą miskę wody, z którą wyszedłem na dwór i dokładnie się umyłem. Akurat do tej czynności podczas mojej podroży jakoś nikt nie przywiązuje większej wagi i muszę zazwyczaj się dopominać o wodę do mycia.

Dystans dnia – 101,95 km
Czas jazdy – 5:40:22 h
Średnia prędkość – 17,97km/h

19.07.2008, sobota, 103 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Podstawowy posiłek na trasie
Przebudził mnie ruch w mieszkaniu po 5-tej rano. Chciałem się szybko spakować i ruszyć w drogę zanim słońce zacznie "przypiekać", ale starsza pani pokazała mi, że bez śniadania nie będę miał siły pedałować. Prawdą jest jednak, że trzy noce, które dotychczas przespałem w Chinach nie były najlepsze – każdej się budziłem. A do tego żołądek chyba przechodzi aklimatyzację. Śniadanie pojawiło się na stole o 6.30. Tym razem była to herbata ugotowana z mlekiem i na koniec dosypaną do niej kaszą gryczana. Jedliśmy z małych miseczek, do których łamaliśmy także kawałki domowych ciasteczek i dosypywaliśmy cukier. O 7.00 ruszyłem w drogę, która przez cały dzień była pagórkowata. Jednak chyba większą trudnością był boczny lub przedni wiatr. Po 20 km dotarłem do wioski, za którą była kolejna, itd. Skończyły się stepy. Są drzewa i pola obsadzone ziemniakami i warzywami. Po 75 km drogi dotarłem do miasteczka Oahar Youyi. Chciałem tam naprawić luz w tylnym kole, ale miejscowy mechanik chciał to zrobić nawet bez ściągania sakw nie wspominając o zdjęciu kola! Rower z przerzutkami to jednak nowość w państwie, gdzie miliony ludzi jeżdżą na rowerach, a budki z ludźmi latającymi dętki są w każdym miasteczku. Później chciałem kupić wkłady do maszynki do golenia – w żadnym sklepie nie było, natomiast towarzyszyła mi cały czas grupa ciekawskich facetów. Pozbyłem się ich dzięki młodzieńcom spotkanym na ulicy. Byli to Tiao Zhan Fei i Lu Fui. Uczą się w szkole trochę angielskiego. Po dłuższych perturbacjach i nieporozumieniach (ich angielski był naprawdę slaby) w końcu dotarliśmy do domu Tiao, gdzie wyprałem w misce swoje rzeczy. Następnie Tiao ze swoja dziewczyna i kolegami przygotował obiad. Zasiedziałem się u nich do 17.30. Planowałem jeszcze przejechać ok. 30 km, ale coraz bardziej denerwowało mnie tylne kolo, tym bardziej, że doszedłem do przekonania, że muszę gdzieś zorganizować potrzebne do tego klucze i sam to zrobić metodą "prób i błędów". I tak pod koniec dnia trafiłem do dużej wioski (ok. 302 km od granicy), gdzie zobaczyłem kilka ciężarówek stojących obok siebie. Z trudem, ale znalazły się klucze i przy pomocy jednego chłopaka (znał kilka słów po angielsku) jakoś chyba naprawiłem. Nie zdążyłem przetestować, ponieważ po naprawie udało mi się załapać na nocleg u rodziny mieszkającej parę metrów dalej. Wszystko dzięki nastoletniej córce właścicieli Zhan Tei Ping, która zaprosiła mnie na noc do domu (miałem pokój w oddzielnym budynku). Jej rodzice prowadzą przydrożną restauracje, a jej brat jest wojskowym.

Dystans dnia – 100,67 km
Czas jazdy – 6:02:32 h
Średnia prędkość – 16,66 km/h
Dystans całkowity – 9.041 km


20.07.2008, niedziela, 104 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Giant - upragniona przystań
Od rana męczył mnie żołądek, dlatego nawet ucieszyłem się, kiedy na śniadanie Zhang Tei Ping przyniosła tylko kubek herbaty i kilka kawałków ciastka. Przed 8-mą pożegnałem się i ruszyłem w drogę do Jining. Wiatr w miarę sprzyjał, więc w niespełna dwie godziny bylem w mieście, gdzie przy pomocy dwóch osób na skuterze znalazłem kafejkę internetowa. Od razu pojawił się problem angielskich liter – nikt w kafejce nie znał angielskiego i dopiero ludzie "złapani" na ulicy wytłumaczyli o co chodzi moim przewodnikom, a ci po chwili uruchomili anielskie litery. Obsługujący kafejkę człowiek nie był zainteresowany pomocą. W kafejce spędziłem 4 godziny, a następnie ponownie zająłem się luzem w tylnym kole. Spotkany chłopak stwierdził, że nie ma profesjonalnych mechaników rowerowych w mieście i zaprowadził mnie do "ulicznego". A ten zgodnie z moimi przewidywaniami pierwszy raz w życiu widział taki rower i przy pomocy mojego "znajomego" chyba jeszcze bardziej go popsuł. Wówczas pojawił się jakiś chłopak i dał namiary na profesjonalny sklep. Przewodnik cierpliwie mnie tam zaprowadził. A szczęście mi dopisało – był to sklep firmowy GIANTa. Od razu stwierdzili wadę. Nie mieli jednak szybkozamykacza, więc założyli standardowe mocowanie koła na śrubę. Za usługę zapłaciłem 20Y (ok. 3 USD). Po naprawie, kierując się ku wyjazdowi z miasta, trafiłem na szereg sklepów z jednej i drugiej strony ulicy. Wkładów do mojej maszynki do golenia nie znalazłem, więc po targach kopiłem nową, z 4 wkładami za 10Y. Tam tez kupiłem wodę i trochę zjadłem. Przed 18-stą ruszyłem w dalszą drogę. Niestety, tradycyjnie był już problem z wyjazdem z miasta. Pytani ludzie albo pokazywali, że nie wiedzą, gdzie jest droga albo tak machali ręką, ze nie wiadomo było, czy to ma być prosto czy w prawo. Jednak z miasta i tak nie wyjechałem. Wszystko to za sprawą kierowcy jednego z samochodów, który wycofując sprzed sklepu zagapił się i uderzył w moje przednie kolo. Ledwo utrzymałem równowagę, ale sakwa wylądowała na ulicy. Mi się nic nie stało – mam podrapaną lewą łydkę. Przy pomocy jednego z gapiów (był ich cały tłum) sprawca naprawił sakwę. Trzeba jednak remontować przednie koło. Początkowo wydawało się, że tylko kolo trzeba wycentrować. Później okazało się, że nie działo dynamo wbudowane w piastę przedniego koła, podczas obrotu koła w jednym punkcie coś je "trzyma". No i mocowanie błotnika zostało częściowo uszkodzone. Kierowca ani nikt z gapiów nie znał angielskiego, a ja nie zgodziłem się dać roweru do naprawy "ulicznemu" mechanikowi kawałek dalej (oni są na każdym rogu, zazwyczaj dorabiający emeryci). Gdy pokazałem na ramie napis GIANT, ten wezwał milicję. Przyjechało dwóch panów, którzy znali tylko chiński i niewiele zrobili w temacie. Nawet nie pomogli w walce z bandą gapiów, która dotykała przy rowerze i bagażu wszystkiego co się da. Odjechałem więc kawałek dalej i zadzwoniłem do Konsulatu RP w Pekinie. Odebrała Pani Konsul B. Gołębiewska i to ona przez telefon wytłumaczyła milicji, że chcę tylko, aby naprawiono mi rower. Pojechałem tam milicyjnym furgonem jednym z milicjantów (drugi przyjechał razem ze sprawcą). Byliśmy na miejscu ok. 19.30, akurat zamykano sklep. Właściciel stwierdził, że jutro w rano naprawi rower. Zresztą nim milicja wypełniła swoje papierki, jeden z pracowników wykonał część prac. Milicja zaś postarała się o tłumacza znającego angielski i rosyjski. Nie na wiele się on przydał, ponieważ kiedy jakiś milicjant w cywilu zaczął machać do mnie "blachą" i krzyczeć do mnie (domyśliłem się po chwili, ze chce mój paszport), ten akurat gdzieś sobie poszedł.

Kiedy milicja wypełniła swoje papierki i poinformowała, że przyjedzie rano mi pomóc, pojawił się problem, gdzie będę spał. Próbowano mnie wysłać do hotelu (w pobliskim noc w opcji "standard" kosztowała 168Y), ale ja odmówiłem twierdząc, że nie mam pieniędzy na noclegi w hotelu i osiadłem na schodach koło sklepów. Wówczas zaczęło być ciekawie. Do ok. 23-iej przewinęło się kilkadziesiąt rożnych osób – młodych i starych, biednych i bogatych. Każdy mi współczuł i chciał pomóc – dostałem m.in. wodę, chleb, herbatę. Nikt jednak nie odważył się zaproponować mi noclegu. Ok. 23-iej pojawiła się nastolatka, która przyniosła mi wodę i chleb. Z nią udało mi się trochę porozmawiać po angielsku (praktycznie nikt go nie znal). Towarzyszył nam wówczas jeszcze jakiś starszy pan i dwóch chłopaków. W pewnym momencie dziewczyna zaproponowała, abyśmy poszli zobaczyć "dwa tygrysy". Chłopcy nas podwieźli (nie było daleko). Kierowca pojechał, a drugi poszedł z nami. W trojkę weszliśmy na szczyt góry, gdzie stały dwa tygrysy z kamienia. Bardzo ładne miejsce i fajny punkt widokowy na miasto. Kiedy zeszliśmy, moi towarzysze postanowili komórkami zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia ze mną. Wówczas pojawił się pan, który po krótkiej wymianie zdań z moimi towarzyszami, zaproponował mi nocleg w swoim hotelu, pod którym robiliśmy sobie zdjęcia. Dostałem pokój z telewizorem, a prysznic był kolo niewielkiego basenu.

Dystans dnia – 43,23 km
Czas jazdy – 2:25:42 h
Średnia prędkość – 17,80 km/h

21.07.2008, niedziela, 105 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Jeden z dziesiątek ulicznych warsztatów
Przebudziłem się przed 7-mą, a chwilę później pojawiła się Gao Ting Thung. Zaskoczyła mnie jej obecność (byliśmy umówieni na 9-ta przed GIANTem), ale i ucieszyła. Zachowywała się dość dziwnie – chciała, abyśmy jak najszybciej opuścili hotel. Kiedy wyszliśmy, zaprowadziła mnie do baru znajdującego się za ścianą. Nim zdążyłem się zorientować zamówiła jedzenie i zapłaciła za nie na zapleczu, a następnie pożegnała się twierdząc, że musi iść (nie chciała powiedzieć gdzie). Zjadłem więc spokojnie, w samotności śniadanie i poszedłem zobaczyć co z moim rowerem. Tam się niewiele działo. Koło było prawie wycentrowane, ale dynamem i mocowaniem błotnika nikt się nie zajął. Pokazano mi, że czekają na milicję. Ta, razem ze sprawcą pojawiła się po 10-tej. Po jakimś czasie zjawiła się także tłumaczka o imieniu Larisa. Jej rosyjski pozostawiał jednak wiele do życzenia. Naprawiono wówczas rower do końca poza mocowaniem błotnika i dano mi do zrozumienia, że tego nie naprawią. Wówczas milicjant zaczął wciskać mi do reki 400Y, a tłumaczka namawiać, żebym podpisał w dwóch miejscach jakiś chiński druk urzędowy "in blanco". Kiedy odmówiłem i zażądałem rozmowy z Panią Konsul RP (tłumaczka pytała się, czy to imię, czy nazwisko i gdzie mieszka!) kazano mi się pakować do samochodu i chcieli mnie wieźć na posterunek celem wyjaśnienia. Odmówiłem dobrowolnego udania się i ponowiłem żądanie rozmowy z Konsulem RP. Wówczas już zadzwonili i po krótkiej rozmowie okazało się, że te 400Y to wymysł milicji jako rekompensata dla mnie za szkodę. Stanąłem na tym, że przyjąłem 300Y (powinno wystarczyć na nowy błotnik w Polsce). Odbiór pieniędzy pokwitowałem na czystej kartce w j. polskim. Sprawca tak się ucieszył, że ma problem z głowy, że te 100Y dał tłumaczce, aby zabrała mnie na śniadanie do porządnej restauracji. Była ona w pobliskim, trzygwiazdkowym hotelu. Tam jako obsługa hotelowa pracowała Gao Ting Thung. W restauracji spędziliśmy sporo czasu zajadając kilka chińskich potraw i deserów, a ja musiałem dodatkowo zjeść dwa barszcze ukraińskie – jeden zamówiła Larisa, a drugi to prezent od właściciela "dla gościa z Polski". Po późnym śniadaniu (a właściwie obiedzie), za które ja zapłaciłem (było to niezrozumiałe dla Larisy jak i to, dlaczego wszędzie ustępuję jej pierwszeństwa, przed 15-stą pożegnałem się z obiema dziewczynami i ruszyłem w drogę, dość pechową. Najpierw pękła mi dętka (zakleili mi budowlańcy drogowi, ale tylko na chwilę), a później dopadła mnie krótka burza. Jedynie widoki były przepiękne. Nocleg udało mi się dostać w bazie drogowców, ok. 389 km od granicy mongolskiej. Dostałem tam kolacje i pełny dostęp do sanitariatów.

Dystans dnia – 49,94 km
Czas jazdy – 2:47:31 h
Średnia prędkość – 17,89 km/h

Źródło: informacja własna

1 2 dalej >>


w Foto
@ do Chin
WARTO ZOBACZYĆ

Rosja: Kamczatka
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Rowerem nad M. Czarne i Adriatyckie 2006
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl