HAWAJE
23:54
CHICAGO
03:54
SANTIAGO
06:54
DUBLIN
09:54
KRAKÓW
10:54
BANGKOK
16:54
MELBOURNE
20:54
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Szlakiem latarni morskich » SLM 2: Przez poligon do światła
SLM 2: Przez poligon do światła

Janusz Bączyński


Dziś na drodze Rowerowej Rodziny znajdzie się poligon, plaża, wydmy, a przede wszystkim dużo latarni. Morskich rzecz jasna. Kiedy je budowano, nikt raczej nie przewidział, że będą służyć nie tylko marynarzom, ale i rowerzystom. Zapraszamy na drugi odcinek relacji Bikefamily z lipcowego podboju Pomorza na dwóch kołach! Od Międzyzdrojów do Izbicy w sześć dni.




Niedziela 13.07

Zobacz  powiększenie!
Zachód słonca w Międzywodziu w objektywie Pauliny.
Międzyzdroje - Międzywodzie.Dystans 43 km.

Odżywcze nadmorskie powietrze podziałało na żonę i córki jak balsam. Dziewczyny rześko powstawały, i pomogły w zwinięciu obozu. Pożegnaliśmy przemiłych gospodarzy i ruszyliśmy w kierunku Wisełki. Malownicza, kręta i pagórkowata droga pośród lasów, rozciągnęła naszą kolumnę. Żonie jazda pod górę na obciążonym rowerze sprawiała trochę problemów, więc Ola zostawała dla towarzystwa. Za mną jak cienie podążały Paulina z Alicją. Zatrzymaliśmy się na parkingu w pobliżu wejścia na wzgórze widokowe Gosań. Zabezpieczyliśmy rowery i poszliśmy podziwiać nadmorskie widoki. Dziewczynki szalały z aparatem, robiąc w leśnej scenerii zdjęcia sobie, żonie i otaczającej nas przyrodzie. Ze wzgórza roztaczały się piękne widoki na nadmorską zieleń, klify i plaże. Kilka kilometrów dalej wjechaliśmy w las z zamiarem dotarcia do latarni Kikut. Okazało się to jednak dość trudnym wyzwaniem. Najpierw przez leśne pełne korzeni i pagórków ścieżki, przejechaliśmy ok. 1,5 km. Droga się skończyła, a szlak pieszy prowadził pod stromą górę. Zabrałem Olympusa E-300, i ruszyliśmy w długą wspinaczkę. Na szczycie wzniesienia, górowała 15 m. wieża latarni niedostępna do zwiedzania. Latarnia powstała na bazie dawnej wieży widokowej. W 1994 r. została wyposażona w urządzenia niewymagające dozorowania. Wieża wygląda na nieco zaniedbaną. Zasięg świateł latarni wynosi 29,6 km.(16 mil morskich). Wróciliśmy do głównej drogi, i zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu, by spożyć posiłek. Tu się okazało jak przebieg wyprawy wpływa na apetyt dzieciaków. Gdy posiłek dobiegł końca, żona skwitowała "dwa bochenki poszły". Po energetycznym wzmocnieniu, szybko dotarliśmy do Międzywodzia. Mała miejscowość tętniła życiem dzięki mnogości turystów. Nocleg znaleźliśmy w ośrodku "Pusih" własności Pana Piotra Madeja. Mogliśmy skorzystać z czystych sanitariatów, rozbić namioty na obszernym polu. Właściciel był tak miły, że schował nam na noc rowery.
SERDECZNIE DZIĘKUJEMY. Wieczorem poszedłem z dziewczynkami nad morze, podziwiać zachód słońca. Pociechy prześcigały się w próbach wykonania ładnych zdjęć, zwłaszcza zachodu słońca, i muszę przyznać że osiągnęły ciekawe efekty.

Poniedziałek 14.07

Zobacz  powiększenie!
Szlak do Mrzeżyna przez poligon za Pogorzelicą.
Międzyzdroje-Mżerzyno. Ruiny w Trzęsaczu, ładna latarnia i wojskowe bezdroża.
Dystans 62 km.


Po nocnym wypoczynku, ruszyliśmy dalej . Przez Dziwnówek i Pobierowo drogami pośród lasów i łąk, dotarliśmy do Trzęsacza. W tej miejscowości na krawędzi klifu, stoją ruiny gotyckiego kościoła z XV wieku. W momencie budowy, stał ok. 2 km od brzegu. Przez lata morze wdzierało się w ląd, wymyło skarpę, rujnując świątynie. Przy ruinach trwają prace zabezpieczające przed całkowitym spadkiem ruin z klifu. Pogoda i humory nam dopisywały, przejechaliśmy przez Rewal a stanęliśmy dopiero na parkingu przy latarni morskiej w Niechorzu. Po drodze widzieliśmy jedną z tutejszych atrakcji, Retro-Expres ciągnięty przez ciuchcię, to replika XIX wiecznego pociągu. Skład obwozi turystów po najładniejszych okolicach od Gryfic do Niechorza. Latarnia morska to z pewnością najpiękniejszy obiekt tego typu na polskim wybrzeżu Bałtyku, i zabytek kultury narodowej. Imponująca budowla, do której wejście znajduje się w dużym ogrodzie, była niestety nieczynna, Wieża jest wysoka na 45 m. o zasięgu światła 37 km.(20 Mm). Potwierdziliśmy odwiedziny na pocztówce, i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Pogorzelicy. Nic nie wskazywało, że przeżyjemy na dalszej trasie fantastyczne, ale i kłopotliwe przygody. Po pasie byłego lotniska wojskowego dotarliśmy do Pogorzelicy. Mieliśmy do wyboru dwie drogi w kierunku Mrzeżyna. Jedną dłuższą przez Trzebiatów, a drugą wg mapy przez lasy. Wybraliśmy tę drugą, bo po lesie wszyscy jeździć lubimy. Nie wiedzieliśmy jednak, na szlaku za lasem, spotkają nas niespodzianki w postaci terenów do niedawna zamkniętych. Szlak skończył się w lesie, i wyjechaliśmy na piaszczyste bezdroża byłego nadmorskiego poligonu wojskowego. Trzeba było przeprowadzić rowerki przez miękkie piaszczyste nieużytki do pobliskiej drogi biegnącej wzdłuż wojskowego ogrodzenia. Okazało się to trudną szkoła przetrwania. Minęliśmy kilka szkoleniowych okopów, i omijając głębokie piachy, między licznymi krzakami dotarliśmy do brukowanej drogi. Ten "spacerek" kosztował wszystkich sporo sił, więc w pierwszej kolejności łyknęliśmy po batonie chałwy i solidnej porcji soku. Z mapy i znaków szlaku, wywnioskowaliśmy, że droga ta powinna nas zaprowadzić do Mrzeżyna. Ale życie uznało, że napisze nam swój scenariusz.

Jechaliśmy przez gęsto zalesiony teren, wzdłuż wielu budynków i ogrodzonych terenów opuszczonych przez armię, które trochę szpecą te piękne dziewicze tereny. Prowadziły nas małe znaki szlaku malowane na drzewach, a to więcej niż skąpy system informacji. Na tym całkowitym bezludziu, spotkaliśmy trzech rowerzystów jadących z Dźwirzyna. Opowiedzieli nam o jeździe po plaży i wchodzeniu do lasu po wydmach. Jazda przez las za którym szumi morze, była bardzo przyjemna. I pewnie to wrażenie by nam pozostało, gdyby nie brukowana nawierzchnia drogi. Przez ponad 8 km. tak nas wytrzęsło, że ręce drżały nawet na postojach. Gdy zza kolejnego zakrętu wyłoniły się brama i wojskowe budynki, mieliśmy nadzieję, że to koniec brukowej niedogodności. Nic bardziej mylnego. Okazało się że był to koniec drogi, a nie przygód. Na wojskowy teren, likwidowanej jednostki nie wpuścił nas żołnierz. Poinformował że aby dotrzeć do Mrzeżyna, musimy wrócić ok. 800 m. do byłych garaży, i "przebić" się przez las do plaży. Wspomniał też, że będzie to wymagać zjazdu z wydm na plażę. Nie byliśmy zachwyceni taką perspektywą, bo dla nas i rowerów oznaczało to wyczyny ekstremalne i niezbyt przyjazne wobec nadmorskiej przyrody. Czy naprawdę nie można było umieścić w tym rejonie choć jednej tablicy informacyjnej, aby nikt nie musiał kluczyć po krzakach i chodzić po wydmach z ciężkimi rowerami? Ze skwaszonymi minami ruszyliśmy z powrotem. W pobliżu opuszczonych garaży dostrzegliśmy leśną przecinkę. Poszedłem na "zwiady" z Pauliną. Leśna ścieżka wiła się pośród drzew, a potem przeszła w głębokie piachy prowadząc donikąd, a pokonałem ponad kilometr. Jasne się więc stało, ze tędy przejechać się nie da. Postanowiliśmy po wydeptanej ścieżce między drzewami, przebić się z rowerami do plaży. Ale gdy już wszyscy solidnie zmęczeni przeszliśmy przez zieleń, czekało nas najtrudniejsze.

Trzeba było zepchnąć 5 obciążonych sakwami rowerów z wydmy, by dotrzeć do plaży. Ten extremalny wyczyn zajął nam sporo czasu, i kosztował mnóstwo siły. Na pustej plaży, , odżywczy wiatr i szum morza pozwoliły na krótko odetchnąć. Czekała nas dalej trudna ok. 3 km. wędrówka po piachu w okolice Mrzeżyna, i dziewczynki z żoną nie były z tej perspektywy zbyt zadowolone. Prowadząc ekipę, starałem się iść po możliwie najtwardszym podłożu. Ciężki rower i przyczepka grzęzły w piachu, zostawiając głębokie ślady. Po nich szła reszta ekipy. Parę razy morskie fale nas solidnie obmyły, mocząc nam obuwie, ale zużywając zapasy napojów, parliśmy do przodu. Idąca na końcu Paulina, pełniła funkcję foto kronikarza. W pobliżu Mrzeżyna kilku plażowiczów grających w siatkówkę, pomogło nam przenieść zapiaszczone rowery na twardą drogę. Dopiero tam odetchnęliśmy z ulgą. Dotarliśmy do miasta i zrobiliśmy zakupy. Mnie udało się znaleźć miejsce na nocleg w ośrodku Młodzieży Wiejskiej. Po przygodach dnia, przejechanej odległości, myśleliśmy tylko o odpoczynku. Po rozłożeniu namiotów i kąpieli bezszelestnie nadszedł sen, wspierany przez morskie powietrze.

Wtorek 15.07

Zobacz  powiększenie!
Szlak Kołobrzeg-Podczele. Chwila relaksu nad morzem.
Mrzeżyno-Wieniotowo. Wizyta w Kołobrzegu. Dystans 64 km.

Wyspani, niczym młodzi bogowie, ruszyliśmy po śniadaniu do Kołobrzegu. Zapiaszczone rowery przypominały nam podczas jazdy, o eskapadach dnia poprzedniego. Odcinek drogi do Dźwiżyna, Rogowa i Grzybowa prowadził przez lasy po betonowej nawierzchni. Wszędzie wspaniałe tereny, mnóstwo ptactwa nad wodą, ale dało się zauważyć również, słabe zagospodarowanie. W tutejszy krajobraz, wpisały się niszczejące ruiny opuszczonych nie tylko przez polską armię budynków. Gdy znaleźliśmy się na ulicach pełnego turystów Kołobrzegu, skierowaliśmy się na myjnię oczyścić rowery z plażowego piachu. Zrobiliśmy zakupy i wjechaliśmy do portu, przeciskając się przez tłumy ludzi. Bardzo popularna Kołobrzeska latarnia morska, przeżywała oblężenie licznych kolonii dziecięcych i turystów. Jej wieża wznosi się na wysokość 26 m, a zasięg światła wynosi 29,6 km.(16 Mm). Latarnia stanowi symbol zaciętych walk z hitlerowcami o miasto i zaślubin polskich żołnierzy z morzem w 1945 r. Kolejka chętnych po bilety, tworzyła długą wstęgę. Zrezygnowałem zatem z wejścia na wieżę, ograniczając się jedynie do uzyskania pieczątki na pocztówce. Dziewczynki i żona, obeszły latarnię dookoła, zwiedziły port przypatrując się statkom wycieczkowym i licznym straganom z pamiątkami. Z portu skierowaliśmy się na ścieżkę rowerową w kierunku Podczela. Dziewczynkom podobał się zwrócił kataryniarz w czerwonym stroju, i dźwięczna melodia z instrumentu nakręcanego korbką. Biegnącą wzdłuż morza ścieżką, dojechaliśmy do Podczela i Bagicza. Na parkingu przy szlaku dębów polskich, urządziliśmy krótki postój z posiłkiem, i przestudiowaliśmy dużą mapę okolicy wystawioną przez PTTK(świetny pomysł). Ułatwiła nam ona dalszą jazdę szlakiem rowerowym przez pobliskie lotnisko i szutrowe drogi do Ustronia Morskiego. Ciemne deszczowe chmury zrzuciły z nieba obfity deszcz, spowalniając tempo naszej jazdy i zmuszając do schronienia się w jednym z lokali. Gdy deszcz zamienił się w mżawkę wyjechaliśmy z miasta poszukując noclegu. Niestety ceny pobytu na naszych krajowych campingach, odbiegają od realizmu, i musieliśmy się trochę naszukać. Noc spędziliśmy na wiejskim gospodarstwie w Wieniotowie. Może trudno było nazwać te warunki komfortowymi, udało się podsuszyć zamokniętą odzież, i odpocząć po całym dniu wrażeń.

Środa 16.07

Zobacz  powiększenie!
Latarnia w Gąskach.
Wieniotowo-Bobolin. Pieczątki na sznurkach i dokuczliwy deszcz.
Dystans 34 km.


Kolejnym celem naszej wyprawy była latarnia w niedalekich Gąskach. Wypoczęci ruszyliśmy w drogę, z niepokojem spoglądając na ciemne chmury, podążające za nami. Szlak do latarni w Gąskach, prowadził asfaltową drogą, przez pola i leśne, piaszczyste lub szutrowe bezdroża, wyłożone betonowymi płytami. Jazda po takiej nawierzchi zbyt przyjemna nie jest, rower bardzo drży na nierównościach, wzmagając zmęczenie rąk. Podziwiając leśne krajobrazy, parliśmy naprzód. Wybudowana w roku 1878, latarnia morska w Gąskach, ma okrągły kształt, jest wysoka na 49,8 m. a zasięg jej światła wynosi 43, 5 km. Na wieży są dwa tarasy dla zwiedzających, pierwszy na wys. ok. 10 m. a drugi na szczycie wokół laterny. Aby potwierdzić nasz pobyt, kupiliśmy pocztówkę, którą Paulina z Alicją samodzielnie ostemplowały pieczątkami na sznurkach, zostawionymi na specjalnej beczce. Podczas pobytu przy latarni, rozpadał się deszcz, który "uziemił" nas pod parasolami na ponad godzinę. Po przymusowym odpoczynku, ruszyliśmy do Mielna, w którym znów dopadła nas ulewa. Na szczęście nie padało zbyt długo. Przez malowniczą mierzeję między morzem i J. Jamno dojechaliśmy do Łaz. Dalej nasza trasa przebiegała po południowej stronie J. Bukowo, przez Osieki, Więcino, Boryszewo, Dąbki, aż zatrzymaliśmy się w Bobolinie. Przepiękne widoki podziwialiśmy nad J. Bukowo w okolicach Boryszewa. Alicja dokładnie sprawdzała na postojach trasę którą jedziemy, a Paulina pstrykała zdjęcia. Przed Bobolinem, znów niebo zapłakało. W strugach deszczu, rozkładaliśmy namioty na jednym z gospodarstw agroturystycznych. Dzięki uprzejmości gospodarza, wysuszyliśmy mocno przemoczoną odzież i buty, zjedliśmy pod dachem kolację, zabezpieczyliśmy rowery i pozostał nam już tylko beztroski sen.

Czwartek 17.07

Zobacz  powiększenie!
Córki i żona w drodze do Jarosławca.
Bobolin-Przewłoka. Trzy latarnie w jeden dzień.
Dystans 66 km.


Po "wydłużonej" nocy, w pogodny poranek, zwinęliśmy obóz, i. po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku niedalekiego Darłówka. Początki latarni morskiej w Darłówku, sięgają roku 1715, kiedy po obu stronach Wieprzy, ustawiono proste światła. Od roku 1885 do 1996. datuje się rozbudowa latarni i zabezpieczanie przed skutkami mrozów i zalewania przez morską wodę. Nawet potężny falochron w pobliżu którego stoi, nie ochronił obiektu przed wielokrotnym zalaniem podczas sztormów. Aby temu zapobiec, latarnia została dodatkowo otynkowana specjalną elewacją cementowo-wapienną, pogrubiono jej zewnętrzne mury. Wysokość latarni wynosi 22 m. a zasięg świateł 27,8 km. tzn. 15 Mm. Kupiliśmy w niej, zestaw małych pocztówek ze wszystkimi latarniami na Bałtyku, na którym przystawiono nam pieczątkę. Pogoda nie pozwalała na kapiel w morzu, o której marzyły dziewczynki. Ruszyliśmy do Jarosławca, najpierw drogą do Ustki, a potem szlakiem R-10. W miejscowości Rusinowo, po skręcie na Jarosławiec czekała nas męcząca wspinaczka na wysokie wzniesienie. Tylko odpowiedniemu przełozeniu przerzutki, zawdzięczam, że mnie nie zatkało. Trek z przyczepką ważył razem ponad 50 kg. Przede mną na szczyt wzniesienia wjechała Paulina, a za mną Alicja, pokazując że wiedzą na czym polega sztuka jazdy rowerem. Ola została z żoną, której zabrakło siły. Ta rozgrzewka, przyspieszyła tempo dalszej jazdy. Wykorzystując ukształtowanie terenu, dotarliśmy do latarni w Jarosławcu. Wieża latarni ma 33,3 m. wysokości i zasięg świateł wynosi 42 km.(23Mm).

Pierwszy projekt latarni powstał w roku 1820, w odpowiedzi na liczne katastrofy statków na Bałtyku. W roku 1830 na oddalonym 400 m. od brzegów morza wzgórzu, wybudowano jednak za niską latarnię, niewidoczną z morza zza wysokich lasów. Pięć lat później zbudowano nową wieżę, adoptując stary budynek na mieszkania dla latarników. Uszkodzona poważnie w wyniku II wojny światowej latarnia, nie działała przez wiele lat. W 1975 roku wyposażono obiekt w nowoczesne oświetlenie obrotowe, wyremontowano budynek i tak funkcjonuje do chwili obecnej, będąc jednocześnie zabytkiem. Sprzyjała nam wreszcie słoneczna pogoda, więc po posiłku u podnóża latarni wyruszyliśmy w drogę do Ustki. Od południa objechaliśmy Jez. Wicko, mijając Korlino, Złakowo i Dominowo. Jechaliśmy przez pola i lasy, po asfalcie i betonowych płytach. Dookoła otaczała nas wspaniała przyroda, czasem słychać było w zaroślach, krzykliwe żurawie, a na przydrożnych słupach bocianie rodziny. Podczas krótkiego postoju dziewczynki spostrzegły w lesie pełzającego węża. Nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia, bo gad niestety uciekł. W dobrych nastrojach dojechaliśmy do portu w Ustce. Ledwo zdążyliśmy oprzeć ciężkie rowery o balustrady w porcie, z nieba lunęła ściana deszczu wymiatając wszystkich turystów. Latarnia morska stoi przy wschodnim falochronie, przy ujściu rzeki Słupi do Bałtyku. W 1831 roku, decyzje władz Słupska, z którym Ustka związana była administracyjnie, zapoczątkowały istnienie i budowę latarni dla rozwijającego się portu. Zaczęło się od masztu przy stacji pilotów na który w 1871 roku wciągnięto olejową latarnię z aparaturą Fresnela. Rozwój żeglugi sprawił, że w 1892 roku zbudowano wieżę, o wys. 17,5 m. przylegającą z zachodniej strony do budynku stacji pilotów, a w latarnię umieszczono nowocześniejsze światła oparte na soczewce. W roku 1904 zmieniono charakterystykę światła na białe, przerywane i takie pracują w latarni do czasów obecnych. Dodam jeszcze, że do 1 stycznia 1947 r. latarnia nosiła nazwę Postomino, a po tej dacie zmieniono nazwę na Ustka. Zasięg świateł latarni wynosi 33 km.(18 Mm).Gdy wchodziłem z Olą na wieżę latarni zaczynało solidnie padać. Ładny widok na port, okoliczne plaże i całe miasto, wart był wspinaczki po schodach. Zacinający deszcz, nie pozwolił na zbyt długie podziwianie widoków. Gdy wróciłem, Paulina i Alicja z żoną stały schronione pod parasolami. Deszcz przestał padać, zrobiliśmy zakupy i udaliśmy się w dalszą drogę rozglądając się jednocześnie za miejscem na nocleg. Kilka km. za Ustką, we wsi Przewłoka jest położone w pobliżu lasu, wyposażone w domki campingowe gospodarstwo agroturystyczne "Agro-grucha", prowadzone przez Marlenę i Stefana Gruszczyńskich. Pan Stefan bez wahania zgodził się rozbicie naszych namiotów za przystępną cenę, udostępnił sanitariaty, czyniąc nasz pobyt i odpoczynek bardzo przyjemnym.
SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PANIE STEFANIE.

Piątek 18.07

Zobacz  powiększenie!
Nie wszędzie dało się jechać.
Przewłoka-Izbica. Piękne krajobrazy i szlak przez bagna.
Dystans 63 km.


Mimo wcześniejszej pobudki, nie mogliśmy szybko ruszyć w dalszą drogę z powodu deszczu. Na szczęście nie padał długo, po złożeniu obozu i śniadaniu, pożegnaliśmy gościnnego gospodarza. Szosą z Przewłoki omijając od południowej strony Jez. Gardno, przez Smołdzino i Smołdziński Las, pojechaliśmy w kierunku latarni Czołpino, zbudowanej między jeziorami Gardno i Łebsko. Jazda po leśnych duktach i szutrach, kilometry po betonowych płytach przejechane w odludnych miejscach, pozwoliły nam nacieszyć się z czystego nadmorskiego powietrza w Słowińskim Parku Narodowym. Widzieliśmy wiele przepięknych krajobrazów i stada dzikich ptaków podrywające się do lotów z jeziora i mokradeł. W takich chwilach, nikt nie myślał o upływającym czasie i ilości przejechanych kilometrów. Szlak zaprowadził nas przez las, do podnóża najwyższej 55 m. wydmy na którą prowadziły leśne schody, otoczone z obu stron gęstym lasem. Z pokonania góry zrezygnowała żona, pełniąc służbę przy naszych rowerach i odpoczywając. Ja zabrałem pociechy na wspinaczkę do latarni. Na wzniesieniu góruje wysoka na 33, 4 m. ładna wieża latarni, udostępniona do zwiedzania od roku 1992. Zasięg jej świateł wynosi 43,5 km.(23,5 Mm). Z tarasu na szczycie latarni rozciąga się piękny krajobraz na niedalekie morze, wydmy, lasy, jeziora leżące na terenach Słowińskiego Parku Narodowego. Dziewczynkom bardzo się te widoki podobały. Z ciekawością oglądały również będącą w zasięgu ręki laternę. Po powrocie do rowerów, urządziliśmy sobie mały deser na łonie natury. Jako fundator niespodzianek, podarowałem ekipie batony chałwy, smakowite ciasto i sok owocowy z pomarańczy. Po takiej dawce czynnika motywacyjnego, miałem z głowy troskę o tempo dalszej jazdy. Z lasu wyjechaliśmy na drogę prowadzącą do wsi Kluki, a gdy tam dotarliśmy czekała nas trudna naturalna niespodzianka.

Międzynarodowy szlak rowerowy w kierunku Izbicy skręcił w polną zarośniętą wysokimi trawami drogę. Ciężkimi rowerami dało się przejechać ledwie kilkadziesiąt metrów. Liczne pokryte błotem nierówności zmusiły nas do prowadzenia rowerów wzdłuż otaczających drogę bagien i mokradeł. Ten teren to dziewicze środowisko naturalne mające bez wątpienia swoją urodę. Ciszę przerywały tylko rechot żab i krzykliwe ptactwo. Spacerek po tym trudnym terenie trwał przez ok. 2 km. Szlak wybraliśmy po informacjach mieszkańców wsi Kluki, którzy ocenili go jako krótszy i przejezdny. Gdy mokradła się skończyły, stanęliśmy chwilę na drewnianym mostku. Dalej szlak poprowadził na na betonową drogę i asfalt prowadzące do Izbicy. W gospodarstwie Pana Tadeusza, leżącym na skraju Jez. Łebsko, rozbiliśmy na noc nasze namioty. Miły gospodarz, przesiedział z nami cały wieczór, zaciekawiony przebiegiem wyprawy. Zapewnił nam stół na kolację i ciepłą wodę na toaletę. Rozstaliśmy się gdy zachodzące słońce oznaczało koniec bardzo ciekawego dnia.
PAMIĘTAMY I DZIĘKUJEMY PANIE TADEUSZU.

banner Bikefamily

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Szlakiem latarni morskich
WARTO ZOBACZYĆ

Podlasie
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Islandia: Syduzi 2004 # 10
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl