HAWAJE
07:11
CHICAGO
11:11
SANTIAGO
14:11
DUBLIN
17:11
KRAKÓW
18:11
BANGKOK
00:11
MELBOURNE
04:11
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Zakaukazie » ZAK 1: W pogoni za Euro
ZAK 1: W pogoni za Euro

Krzysztof Skok


Przedstawiamy zapis zakaukaskich wojaży Krzysztofa Skoka. W 2007 roku przejechał on tysiące kilometrów w pogoni za polską reprezentacją walczącą o Euro 2008. Zwiedził szmat dawnego ZSSR, a swoją podróż relacjonuje z kronikarską dokładnością. Globtroterzy planujący podróż na Wschód znajdą w zapiskach Krzysztofa mnóstwo użytecznych informacji. Dziś prezentujemy odcinek pierwszy: "W drodze do Stambułu".




Moje wyjazdy na Wschód rozpoczęły się od odwiedzenia Wileńszczyzny prawie siedem lat temu. Potem zdążyłem poznać Kazachstan, przejechać przez Białoruś i Rosję, zwiedzić Ukrainę i Mołdawię. Wreszcie wykiełkował plan poznania wszystkich dawnych republik Związku Radzieckiego. Na wiosnę 2007 zbiegł się on z eliminacjami do piłkarskich Mistrzostw Europy i meczami Polaków z Azerbejdżanem i Armenią. Wybór był zatem prosty.
Początkowo miałem jechać sam, ale na półtora miesiąca przed wyjazdem nawiązałem kontakt z Karolem, którego poznałem w drodze na Ukrainę. Okazało się, iż jego wakacyjny plan upadł i wyraził on chęć wyjazdu razem ze mną. Mieliśmy trzy cele: dobrze się bawić, dużo zobaczyć i dotrzeć na mecze Polaków.
Sprawy wizowe poszły stosunkowo łatwo. Do Gruzji obywatele Polski wjeżdżają z samym paszportem. Obawialiśmy się, czy uda nam się uzyskać wizy Azerbejdżanu i Armenii, ponieważ państwa te są w stanie wojny. Postanowiliśmy więc wyrobić wizę azerską w Ambasadzie w Warszawie, a wizę do Armenii dopiero na granicy. Aby uzyskać wizę azerską należy przedłożyć rezerwację z hotelu (ew. voucher lub zaproszenie), w którym zamierza się zamieszkać. Podczas rozmowy telefonicznej z ambasadą, dowiedzieliśmy się, iż po wystawieniu wizy nikt nie zamierza sprawdzać, czy faktycznie tam zamieszkamy. Karol wykorzystując internet dokonał rezerwacji w hotelu w Baku i dzięki temu mogliśmy udać się do ambasady Azerbejdżanu. Na miejscu wypełniliśmy wnioski (należało dołączyć zdjęcie), a w pobliskim banku uiściliśmy opłatę za wizę w wysokości 46 USD (!) od osoby. Po pięciu dniach Karol odebrał nasze paszporty i odwołał poczynione wcześniej rezerwacje w hotelu. Z przeprowadzonej wcześniej rozmowy dowiedziałem się, iż szczepienia nie są obowiązkowe, a jedynie zaleca się zaszczepić przeciwko żółtaczce, durowi brzusznemu i tężcowi z błonnicą. Tak też zrobiliśmy.
Problem sprawiło nam wytyczenie interesującej drogi na Zakaukazie i z powrotem oraz załatwienie biletów na mecze. Pomimo, iż mogliśmy lecieć samolotem za 1 500 zł z Gdańska do Tbilisi i z powrotem, z przesiadkami w Monachium, uznaliśmy, iż drogą lądową będzie ciekawiej. Niestety została zamknięta granica pomiędzy Rosją a Gruzją, z tego też powodu nie kursowały wodoloty z Soczi do Batumi. Pozostało więc nam w obydwie strony jechać przez Ukrainę, Rumunię, Bułgarię i Turcję. Jeszcze na początku maja nikt w PZPN nie wiedział, czy bilety będą i jaka będzie ich cena. Ostatecznie wydaliśmy 50 zł za mecz z Azerbejdżanem i 35 zł za Armenią, (związek też trochę musiał zarobić), ale odebrać przed wyjazdem udało się tylko bilet na drugi mecz. Drugi miał na nas czekać w Baku.

Czwartek, 24 maja 2007

W końcu nadszedł dzień wyjazdu – 24 maja 2007 roku. Kombinowanym połączeniem, korzystając z PKP dotarłem do Warszawy, gdzie byłem umówiony z Karolem. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na Centralnym i trzeba było wsiadać do pociągu pośpiesznego, jadącego w nocy do Przemyśla, z przesiadką w Łańcucie.

Piątek, 25 maja 2007

Rano dotarliśmy do Przemyśla, skąd busem udaliśmy się na piesze przejście w Medyce. Tam czekało nas około 2 godzin stania po stronie ukraińskiej, potem kolejny bus i jeszcze przed południem dotarliśmy do Lwowa, gdzie okazało się, że mamy kilkanaście minut na kupienie biletu na pociąg do Czerniowców. Nie było już biletów na plackartę (miejsce leżące w wagonie bez przedziałów), ale kupe (miejsce w przedziale) było stosunkowo niedrogie (38 UHR), więc je kupiliśmy i poszliśmy do pociągu, oczekującego już na stacji. Prawie 6 godzin jechaliśmy pociągiem w upalny dzień, ale tylko niektóre okna otwierały się na korytarzu. Ciężko było wytrzymać, a o spaniu mogłem zapomnieć. W Czerniowcach po kilkudziesięciu minutach przyjechał bus, który nas podwiózł na skrzyżowanie odległe około 3 km od granicy. Idąc w kierunku granicy dowiedzieliśmy się, iż nie ma przejścia dla pieszych. Po chwili zatrzymał się koło nas ukraiński bus, którym jechali ludzie "żyjący" z handlu z zagranicą. Bardzo chętnie nas zabrali, gdy dowiedzieli się, że nie mamy papierosów. Przejście zajęło nam około 30 minut, ponieważ rumuńscy celnicy dokładnie sprawdzali zawartości bagażu naszych ukraińskich towarzyszy (smakowali słodycze, które przewozili!). W końcu ruszyliśmy w dalszą drogę naszym autostopem do rumuńskiego miasteczka Siret, położonego nieopodal granicy. Gdy wjeżdżaliśmy do miasteczka zastał nas zmierzch i siąpił deszcz. Para Ukraińców wysiadła, a druga jechała dalej w kierunku Suczawy, dokąd my zmierzaliśmy, więc zaproponowali, że nas podwiozą. W połowie drogi Ukraińcy zjechali z głównej drogi do gospodarstwa na skraju wsi, gdzie wyładowali towar. W trakcie rozmowy z miejscowymi okazało się, że jeden z miejscowych może nas za 15 USD za dwie osoby przenocować i o 5.30 rano zawieść do Suczawy (słyszeliśmy, że pomiędzy 6 a 8 rano może być autobus do Stambułu). Przystaliśmy na tą propozycję. Pojechaliśmy do nowego domku na obrzeżach wsi, gdzie wskazano nam pokój i przyniesiono miskę wody do mycia. Właściciel domu poinformował nas, iż w przedpokoju będzie spał jego ojciec, a on po nas rano przyjedzie. Zmęczenie spowodowało, iż nie mogliśmy zasnąć.

Sobota, 26 maja 2007

Pobudka była o 5 rano, szybka toaleta i zgodnie z obietnicą zawieziono nas do Suczawy. Na miejscu dowiedzieliśmy się, iż o 7 rano mamy autobus do Stambułu za 65 USD. Mieliśmy trochę czasu, więc zrobiliśmy sobie krótki spacer po całkiem ładnym mieście. Przed samym wejściem do autobusu poznaliśmy Cezarego, artystę z Lublina jadącego do Gruzji i Armenii. Okazał się bardzo dobrym kompanem w podróży. Autobus, którym jechaliśmy należał do firmy "Toros". Pilotka przez całą drogę serwowała herbatę i kawę oraz prowadziła konwersacje z Karolem, który okazał się prawdziwym poliglotą. Droga mijała nam szybko i wesoło. Późnym popołudniem przekroczyliśmy granicę rumuńsko - bułgarską, a zachód słońca podziwialiśmy wspinając się przez prawie godzinę po górskiej serpentynie. Następnie był gwałtowny zjazd i odczuliśmy niesamowity "szum" w uszach. Około 1 w nocy przekroczyliśmy granicę bułgarsko - turecką, na której wykupiliśmy wizę turecką za 12 EUR (formalności załatwiła pilotka). Okazało się, iż wiza jest wielokrotna i jest ważna 30 dni. Tuż za przejściem wjechaliśmy na autostradę do Stambułu i prawie jednocześnie wszyscy zasnęli, więc i ja wpadłem w objęcia Morfeusza.

Już wkrótce portal SwiatPodrozy.pl będzie relacjonował nową eskapadę Krzysztofa Skoka - tym razem rowerową podróż do Pekinu. Zapraszamy!

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Zakaukazie
WARTO ZOBACZYĆ

Europejskie zakątki
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

@dC 6: Krzysztof jedzie dalej!
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl