HAWAJE
23:19
CHICAGO
03:19
SANTIAGO
06:19
DUBLIN
09:19
KRAKÓW
10:19
BANGKOK
16:19
MELBOURNE
20:19
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Zakaukazie » ZAK 4: W stronę Azerbejdżanu
ZAK 4: W stronę Azerbejdżanu

Krzysztof Skok


Czym różnią się Polacy od Czechów? Jak nie wynajmować kwatery w Tbilisi? Gdzie można usiąść za biurkiem Józefa Stalina? Odpowiedzi na te pytania zawiera kolejny, czwarty już odcinek wspomnień Krzysztofa Skok z Zakaukazia. Wyprawa w pogoni za meczami polskiej reprezentacji dociera dziś, nie bez przygód, do Azerbejdżanu. Dzisiejszy odcinek zaczyna się jednak w mieście wykutym z całości ze skały.




Środa, 30 maja 2007

Zobacz  powiększenie!
Wardzia - kiedyś dom tysięcy żołnierzy
Skalne miasto Wardzia poszliśmy zwiedzać po 6-stej rano. Pierwszy raz trafiliśmy na zabytek dostępny całą dobę i kasy otwierane przed dziewiątą! Wardzia, to miasto wydrążone w skale na poziomie ok. 1300 m n.p.m. na przełomie XII i XIII wieku. Czas je oszczędził, więc mogliśmy podziwiać mieszkania wykute na jednym zboczu skalistej góry, w których w czasie rozkwitu stacjonowało około 6 tys. żołnierzy. Obecnie mieszka tam grupka mnichów. Podczas zwiedzania na horyzoncie pojawiło się słońce, widok niesamowity. Usiadłem na ławce i przez dłuższy czas podziwiałem krajobraz w blasku wschodu.

Niestety już po 8-ej byliśmy już w marszrutce. Jechaliśmy zobaczyć twierdzę w Akchalkalaki, która była przy drodze do Achałcyche. Nie zrobiła na nas większego wrażenia, był jednak z niej ładny widok na okolicę. Następnie udaliśmy się kolejną marszrutką do Achałcyche, a stamtąd ponownie marszrutką (jedyny szybki transport na całym Zakaukaziu) do Gori, gdzie urodził się Józef Stalin. Na miejscu byliśmy po południu. Najpierw jednak musieliśmy znaleźć kafejkę internetową, aby zdjęcia z mojego aparatu zgrać na pamięć przenośną. Poszło nam szybko i sprawnie, podobnie jak w muzeum Stalina. Skasowali nas po 10 lari, w środku zobaczyliśmy 2 sale ze zdjęciami z życia Wodza, a w trzeciej był katafalk, na którym było ustawione jego popiersie. Przed budynkiem stał wagon, którym Stalin podróżował podczas II wojny światowej. Był on jednak zamknięty. Nic wielkiego, podobnie jak usytuowana nieopodal twierdza. Było to tylko wzgórze, na wzniesieniu którego mur otaczał spory plac. Warto jeszcze wspomnieć, iż w centrum miasta był pomnik J. Stalina.

Późnym popołudniem udaliśmy się do innego skalnego miasta - Upliscyche. Jednak miasto to nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak Wardzia. Pewna pani ze straganu z tandetnymi pamiątkami, gdy nie wyraziliśmy ochoty na kupno jej towaru zapytała się, czy jesteśmy Polakami, czy Czechami. Po uzyskaniu odpowiedzi straganiarka skomentowała, iż Polacy to są "ci co nic nie kupują". Spotkaliśmy tam czterech chłopców, jeżdżących dla zabicia czasu starą ładą, którzy nas podwieźli z powrotem do Gori na dworzec kolejowy. Słuchali fajnej, miejscowej muzyki. Kiedy przed dworcem wyjąłem notes i poprosiłem o zapisanie rodzaju muzyki, kierowca wyjął z radiomagnetofonu kasetę i wręczył mi ją w prezencie!

Zobacz  powiększenie!
Przy biurku Józefa Stalina
Nieduży dworzec kolejowy, świeżo odnowiony prezentował się ładnie. Zaskoczyła nas cena biletu - 1 lari. Cena jak za kilkuminutowy przejazd tramwajem, a my jechaliśmy prawie 1,5 godziny. Elektryczka przyjechała z kilkunastominutowym opóźnieniem. Do Tbilisi dotarliśmy przed 22-gą i było już ciemno.

Jeszcze na peronie w Gori zaczepiło nas dwóch chłopaków. Jeden z nich podobno był mieszkańcem Tbilisi, a drugi był jego kolegą z Uralu. W drodze rozmawialiśmy o kraju pochodzenia, o życiu w Gruzji, Rosji i Polsce. Gdy pociąg dojeżdżał do Tbilisi zaproponowali, abyśmy zanocowali u nich. Miała być mała imprezka, a rano mieli nas odprowadzić na marszrutę jadącą do Krasnego Mostu (przejście graniczne Gruzja – Azerbejdżan). Zgodziliśmy się. Wysiedliśmy na podmiejskim dworcu w Tbilisi, wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy do nowych znajomych. Dojechaliśmy na jakieś nie oświetlone obrzeża miasta, gdzie chłopacy przez jakiś czas rozmawiali po gruzińsku przed domem z jakimś 40-letnim mężczyzną. Po chwili wrócili do taksówki i stwierdzili, że jedziemy do miasta, bo w domu nie ma warunków na urządzenie imprezy. Dojechaliśmy w okolice głównego dworca kolejowego w Tbilisi. Tam spotkali przypadkowo dwóch swoich kolegów. Zaproponowali, iż za parę lari wynajmiemy całe mieszkanie znajdujące się koło dworca, skąd będziemy mieli blisko do odjeżdżającej rano marszrutki. Od razu zaczepili stojące obok dworca kobiety, które wynajmowały kwatery i wkrótce wchodziliśmy do jednej z nich. Było to mieszkanie w bloku na III piętrze, wejście i klatka nie oświetlone. Mieszkanie było skromne, ale w zupełności wystarczało. Jednak w tym momencie zaczęły się problemy. Z panią od kwatery rozmawiał tylko jeden chłopak, po gruzińsku i bardzo cicho. To wzbudziło nasz niepokój. Gdy niby dobił targu, chłopcy wymienili kilka zdań między sobą również po gruzińsku. Następnie zwrócili się do nas, abyśmy zapłacili za nocleg, a oni o 5-tej rano oddadzą nam dług (mieliśmy informacje, że pierwsza marszruta jest o tej godzinie). Podobno jeden z nich miał je rano przywieźć z domu, a nie mógł jechać teraz, gdyż sam miał je dostać rano. Tłumaczenie było dosyć dziwne. Poczuliśmy, że nowi znajomi chcą nas wrobić. Powiedziałem, iż nie tak się umawialiśmy się i zdecydowanym krokiem wyszliśmy z mieszkania. Plan był prosty, jak najszybciej dotrzeć na dworzec kolejowy, który był nie daleko, a na "wschodnich" dworcach jest dużo milicji.

Dworzec kolejowy nie był tak okazały jak inne w państwach byłego ZSRR, a poczekalnia była pełna ludzi. Dochodziła 23.00, a my nie mieliśmy noclegu. Wpadłem na pomysł, aby spróbować pojechać na lotnisko. Chciałem sprawdzić, czy mamy jakiś tani powrót chociażby na Ukrainę, aby zaoszczędzić czas i mieć możliwość dłużej pozostać na Zakaukaziu. Obok dworca była stacja metra, które niestety już nie kursowało. Postanowiliśmy zapytać się milicjanta, czy nie słyszał o jakiejś taniej i bezpiecznej kwaterze. Gdy tylko przedstawiliśmy milicjantowi nasz problem, pojawili się nasi niedawni znajomi z panią od kwatery i zaczęli nas oskarżać, że chcieliśmy wynająć mieszkanie nie płacąc za nie. Jednak gdy milicjant usłyszał naszą wersję, powiedział tamtym, że mają wynosić się albo on będzie musiał zająć się nimi. Nam natomiast zaproponował, żebyśmy udali się do poczekalni dworca kolejowego. Tak też zrobiliśmy.
W poczekalni mieliśmy całą ławkę dla siebie. W informacji kolejowej potwierdzono moje wcześniejsze informacje, iż połączenie kolejowe nam nie pasuje. Po 23.30 zaczęło się robić pusto w poczekalni, a kilka minut później zostaliśmy my i siedmiu milicjantów. Wówczas to podszedł do nas jakiś straszy mężczyzna w mundurze. Poinformował nas, że poczekalnia jest nie czynna pomiędzy 24.00 a 06.00, a on jest od tego, aby tego dopilnować. Opowiedziałem mu o naszej przygodzie, o porannej marszrutce i zapytałem się czy wie, gdzie możemy w spokoju przeczekać noc. Poinformował nas, iż są w okolicy bary nocne, ale on zna szczegółów. Po chwili jednak kazał nam przenieść dwie ławki w osłonięty, nieoświetlony kąt i poinformował nas, iż jak nie będziemy się ruszać, to możemy przeczekać do rana. Dzięki temu mieliśmy zapewniony nocleg w poczekalni na ławkach (w śpiworach) pilnowani przez trzech ochroniarzy dworcowych!

Czwartek, 31 maja 2007

Zobacz  powiększenie!
Azerbejdżan - droga w upale
Pomimo, iż spaliśmy na twardych ławkach, wstaliśmy wypoczęci. Szybko kupiliśmy jedzenie na drogę i ruszyliśmy w drogę marszrutką sprzed dworca do Krasnego Mostu. Pieszo przekroczyliśmy granicę. Tylko celnicy azerscy pytali się po co jedziemy, ale odpowiedzieliśmy, iż jesteśmy "futbolowymi turystami".

Po stronie azerskiej był spory plac, na którym stały marszrutki, autobusy, samochody i ciężarówki, no i kręciło się sporo ludzi. Nie mieliśmy żadnego przewodnika po Azerbejdżanie, a informacje mieliśmy jedynie od osób, które już tam były przed nami oraz od Azerów poznanych w autobusie ze Stambułu. Mieliśmy przy sobie mapę i album zdjęć z Azerbejdżanu. Ponieważ do meczu pozostały dwa dni, postanowiliśmy najpierw pojechać do Szeki. Ustalenie właściwego środka transportu zajęło nam trochę czasu. W końcu Karolowi udało się dowiedzieć o marszrucie jadącej w interesującym nas kierunku. Bardzo szybko okazało się, że marszrutka kursuje tylko od granicy do najbliższego miasta (jakaś godzina drogi). Gdy na miejscu doszło do płacenia, okazało się, iż kierowca nie zna rosyjskiego i nas nie rozumie, a na pytania przytakiwał tylko kiwaniem głowy. Tak wydało się, że kierowca wcale nie dał nam upustu na przejazd, jak wcześniej sądziliśmy. Od tego zdarzenia najpierw staraliśmy się upewnić, czy nasz rozmówca aby na pewno zna rosyjski i nas rozumie. Później też się okazało, że tylko w Baku można swobodnie posługiwać się językiem rosyjskim. W pozostałych rejonach, w których byliśmy było to znacznie utrudnione.
Innym problemem był upał i brak miejsc, w którym można było się schronić. Azerbejdżan jest państwem częściowo pustynnym, a w pozostałych rejonach również było mało drzew dających cień. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, iż jest to kraj o słabym postępie cywilizacyjnym. Przy sianokosach zauważyliśmy ludzi pracujących "ręcznie", a jedynym wsparciem były osły zaprzęgnięte w jednoosiowe wozy drabiniaste. To tyle o prowincji, a na stolicę przyjdzie czas.
Sporo czasu zajęło nam znalezienie dworca autobusowego, a następnie właściwego autobus, jadącego już bezpośrednio do Szeki. Jego stan techniczny pozostawiał sporo do życzenia. Po drodze mijaliśmy pustynny krajobraz oraz niewiele miejscowości. Wszędzie było pełno pyłu. Tylko drogi były lepsze od naszych, chyba najlepsze na całym Zakaukaziu. Było późne popołudnie, gdy dotarliśmy na miejsce. Miasto z trzech stron otoczone górami, przepiękna roślinność. Jakby nie Azerbejdżan. Jadąc do Szeki, uzyskaliśmy informacje poprzez internet, iż jest tam dobra kwatera. Ustalenie na miejscu, gdzie jest poszukiwany przez nas adres i dotarcie na miejsce zajęło nam 45 minut. Okazało się, że jest to mieszkanie przerobione na pensjonat. Ceny były całkiem spore (jak na ten region świata). Zapłaciliśmy po 15 AMD za dwuosobowy pokój. Prysznic był na zewnątrz, ale z gorącą wodą! Szybko zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy na zwiedzanie miasta.

Zobaczyliśmy stare miasto i usytuowany na jego obrzeżach pałac Chana, czyli niewielki budynek z dziedzińcem i dużym ogrodem (a zanim zbocze góry), otoczony murem. Sam pałac jest bardzo ładny. Zwiedzanie nie zajęło nam dużo czasu. Zresztą spieszyliśmy się. Skończyły mi się czyste rzeczy i miałem zamiar zrobić pranie, które musiało wyschnąć w nocy, a Karol chciał pojechać 5 km za miasto, aby zobaczyć mały kościółek. Każdy udał się w swoją stronę. Kupiłem proszek i udałem się na kwaterę, gdzie pracująca tam kobieta robiła duże pranie. Gdy zapytałem się właścicielkę, czy mogę wyprać swoje rzeczy, ta kazała mi tylko je przynieść. Nie protestowałem. Sam zjadłem kolację i wziąłem prysznic. Ustaliłem też, że pierwsza marszrutka do Baku jest o 08.30. Postanowiłem położyć się spać, zanim całkowicie się ściemni. Przed zmrokiem wrócił Karol, który był zadowolony ze swojego wypadu. Szybko ustaliliśmy, iż rano pojedziemy do Baku, skąd od razu udamy się do Mardakan i Surachani.

Wkrótce będziemy na łamach portalu SwiatPodrozy.pl relacjonować samotną, rowerową podróż Krzysztofa do Chin. Pierwsze informacje o przygotowaniach zamieścił on już na stronie internetowej

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Zakaukazie
WARTO ZOBACZYĆ

Syria: Klasztor Deir Mar Musa
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Wyprawa ‘2005: Bratysława – Wiedeń - Praga
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl