HAWAJE
13:35
CHICAGO
17:35
SANTIAGO
20:35
DUBLIN
23:35
KRAKÓW
00:35
BANGKOK
06:35
MELBOURNE
10:35
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Austria » BAL 2: W kierunku Węgier
BAL 2: W kierunku Węgier

Marcin Ludzia


W późnych godzinach popołudniowych, po pokonaniu serii podjazdów i zjazdów o maksymalnym nachyleniu 14%, na których padł rekord prędkości wyprawy – 66 km/h docieramy do Olomuca, gdzie zjadamy obiad z deserem. Tak wzmocnieni jedziemy dalej. Postanawiamy nadrobić częściowo zaległości w jeździe z poprzednich dni, tak więc już w nocy dojeżdżamy do Hubina.




Tam gotujemy sobie na kuchence makaron i zjadamy z konserwą. W trakcie naszej biesiady w parku, przyjeżdża do nas policja zaalarmowana zapewne przez okolicznych mieszkańców. Po wytłumaczeniu co i dlaczego robimy, pokazaniu trasy jaką mamy zamiar pokonać, policja żegna nas z uśmiechem. Z pełnymi żołądkami szukamy miejsca na nocleg i zaraz za miastem rozbijamy się obok drogi.

W pogoni za motywacją

Zobacz  powiększenie!
Następnego dnia po zjedzeniu śniadania i spakowaniu się ruszyliśmy, by po przejechaniu zaledwie 4 km stanąć na stacji benzynowej. Tam skorzystaliśmy z dobrodziejstw łazienki, a że upał był ogromny postanowiliśmy pozostać do obiadu. W dalszą trasę udaliśmy się już po 14-tej. Zaraz za Starym Miastem wjechaliśmy na drogę rowerową ciągnącą się prawie do Veseli nad Moravou.

Na samym początku drogi Marcel i Kacper zauważyli piękną rowerzystkę i postanowili jechać za nią. Chcąc nie chcąc, reszta grupy musiała jechać za nimi. Wyszło na dobre, bo rowerzystka trzymała dobre tempo, jechała w dobrym kierunku, a cała ta zabawa w gonitwę wyraźnie poprawiła nam humory i zmotywowała do dalszej jazdy. Granicę czesko - słowacką przekroczyliśmy niemalże na dziko. W ruinach budynków przejścia granicznego nie było nikogo, a na drodze ustawione były tylko płyty betonowe uniemożliwiające przejazd samochodom, jednak dla nas nie były one przeszkodą.

Prosto do celu

Zobacz  powiększenie!
Na miejsce noclegu, Zlatnickiej Doliny, dotarliśmy w nocy. Rano w drogę wyruszyliśmy dopiero po 14-tej. Jechaliśmy doliną Morawy. Wybór trasy okazał się doskonały. Trasa była płaska, nie było prawie wiatru. Jedyne, co przeszkadzało to nawierzchnia, którą stanowiła smoła posypana żwirem. Ale nie można mieć wszystkiego. Wałami przeciwpowodziowymi wzdłuż Morawy przejechaliśmy około 40 kilometrów, a następnie, uciekając przed burzą, przejechaliśmy na stronę austriacką.

Jadąc na południe mijaliśmy liczne pola obsadzone zbożem, słonecznikiem, rzadziej innymi roślinami. W oddali na horyzoncie widzieliśmy ciemne chmury burzowe, przed którymi uciekliśmy. Późnym wieczorem minęliśmy elektrownię wiatrową, składającą się w 15 ogromnych wiatraków. W końcu po przejechaniu 70 kilometrów przekroczyliśmy granicę ze Słowacją, a do jej stolicy pozostało nam zaledwie kilka kilometrów. O północy stajemy przed McDonalds-em, gdzie zjedliśmy kolację i zaczynamy rozważać o możliwościach noclegu. O kempingu w centrum miasta nie ma mowy, więc po oględzinach różnych miejsc w okolicy rozłożyliśmy się na ławkach w parku za jednym z centrów handlowych.

Po dokonaniu porannej toalety i zwiedzeniu starówki, w dalszą drogę udaliśmy się wzdłuż Dunaju. Od samej Bratysławy jechaliśmy ścieżką rowerową, która jest bardzo dobra, prosta i bez zbędnych „udziwnień”. Widok na drugą, co do długości rzekę Europy robi wrażenie.

Zobacz  powiększenie!
Już po zmroku dojeżdżamy do granicy. I tu czeka na nas niespodzianka. Po raz pierwszy na trasie sprawdzają nas celnicy, a główną rzeczą, do której się przyczepiają jest osprzęt rowerowy, zbyt słabo widoczna lampka, brak dzwonka i ogólnie tego typu sprawy. Jest to dla nas ogromnym zaskoczeniem, gdyż dotychczas nie było problemu. W końcu po złożeniu obietnicy, że następnego dnia w pierwszym mieście uzupełnimy brakujący osprzęt pojechaliśmy dalej.

Nie trwało dłużej niż pięć minut, kiedy przekonaliśmy się o racji pograniczników. Pierwszym znakiem, jaki spotkaliśmy po stronie węgierskiej, był zakaz jazdy rowerem. Mimo wszystko postanowiliśmy jechać dalej. Jednak w chwilę później wyprzedziła nas z ogromną prędkością ciężarówka niezważająca na nas. Teraz już wiemy, że czepliwość strażników była tylko w trosce o nasze zdrowie. Jednak nie ma wyboru, do celu dzisiejszego dnia pozostało jedynie 20 kilometrów i nie ma innej drogi, więc jedziemy dalej, obracając się wciąż do tylu i zjeżdżając za każdym razem z drogi, gdy coś jedzie.

Źródło: informacja własna

1


w Foto
® nad Balaton
WARTO ZOBACZYĆ

Węgry: architektura Budapesztu
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

ANNO 2; Anakonda trophy
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl