HAWAJE
10:32
CHICAGO
14:32
SANTIAGO
17:32
DUBLIN
20:32
KRAKÓW
21:32
BANGKOK
03:32
MELBOURNE
07:32
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Autostopem w świat » AWŚ 3; 12`1998; Kalifornia
AWŚ 3; 12`1998; Kalifornia



Already in California, heading south with our bikes
1 grudzień 1998
Grudzień. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, jak napisałam te datę. Czas jak zwykle pędzi do przodu, chociaż jak się podróżuje, to jakoś inaczej. Nie odmierza się czasu od weekendu do weekendu, czy do końca semestru, czy do świąt. Tu każdy dzień jest wolny, każdy dzień jest świętem, każdy jest inny.


Anyway. Tu ciągle pada. A my przygotowujemy się do dalszej drogi. Rowerami. Nie chcieli od nas kupić mojego starego roweru. W miejscu z używanymi rowerami piętrzą się sterty takich i przeróżnych rowerów. I nikt ich nie chce. Wszyscy chcą górskie. Nowe oczywiście. A poza tym i tak każdy ma samochód, albo dwa. Nawet nie chcieli nam zamienić tego roweru na używany bagażnik i parę błotników. Cóż...

Ale Chopin ma inny pomysł. Zamiast sakw (kosztują masę kasy) będziemy mieć przyczepkę. Z tego starego roweru. Chopin, genialny konstruktor zabrał się do roboty, porozkręcał na pojedyncze śrubki stary rower i składa właśnie jednokołową bagażową przyczepkę.
I niespodzianka, zadzwonił Mark i podwiezie nas jednak w stronę Kalifornii.



2 grudzień 1998; Kalifornia!

Tak, Mark przyjechał, tak jak obiecał i przywiózł nas do Kalifornii. Tzn. do najbliższego miasteczka za granicą Oregonu. Crescent City. Dotarliśmy tu już po zmroku, Mark zostawił nas pod daszkiem koło jakiegoś supermarketu i musiał wracać, bo pewnie żona go zabije. A my prześpimy się jakoś pod tym daszkiem, bo ciągle pada i rano ruszymy. Oby się tylko wypogodziło.

3 grudzień 1998

Nasz pierwszy, niesamowity dzień na rowerach! Wstaliśmy z rana. Zadzwoniłam do rodzinki servasowych hostów, zakupy w supermarkecie (bagle, miodzik, fasolka w puszce), śniadanko pod naszym daszkiem, zwijanko i w drogę.

Na początku jeszcze trochę pokropiło. Potem przestało. A potem - wyszło SŁOŃCE! Po raz pierwszy od kilku dni. Specjalnie dla nas. Cudowne uczucie jechać na rowerze. Na szalenie ciemno-czerwonym rowerze o nazwie FREE SPIRIT. I to przez taki krajobraz. Szybko zajechaliśmy nad Ocean. Ocean z rana. Fale, plaża, skały, przypływy, odpływy. Odloty. Bałtyk przy nim to małe niepozorne jeziorko. Ale czas dalej w drogę, bo droga długa przed nami. A do tego zaczęła się wspinać pod górę. Ale przynajmniej przez las, a raczej dżunglę z redwood trees, zapomniałam - jak to jest po polsku, ale takich olbrzymich, dzikich, wysokich drzew jeszcze nie widziałam. Krętą drogą pod górę, kilka niezłych kilometrów, chwilami trzeba było zejść i prowadzić rowery. Biedny Chopin z całym bagażem na przyczepce, ale dzielnie się trzymał. W końcu trud został wynagrodzony. Zjazd! Parę mil krętą drogą w dół. Do samego Oceanu znowu. Warto było dla tego zjazdu tu przyjechać.

Dalej droga przeszła w freeway, czyli autostradę, ale nie było wyboru. Na szczęście po jakimś czasie uratowała nas alternatywna droga przez dżunglę dla rowerów. Tylko te wzniesienia nas zabijały. Więc szliśmy sobie prowadząc rowery i zadzierając do góry głowy, usiłując dostrzec czubki drzew z tego zaczarowanego lasu. W końcu zjazd i wylądowaliśmy na polanie ze stadkiem dzikich "elków", czyli chyba jeleni, tylko jakichś innych niż w Polsce. Przerwa na kanapki z fasolką i miodem i dalej w drogę.

Chyba niezbyt dobrze zmierzyliśmy dystans, tzn. chyba nie zmierzyliśmy go wcale, tylko spojrzałam na mapę i wydawało mi się, że jest do przejechania w jeden dzień, a tu zaczęło się ściemniać, a jeszcze tyle przed nami. Nie było wyboru, trzeba pedałować dalej. Znowu wyjechaliśmy nad Ocean, przejechaliśmy koło laguny, czyli słodkowodnego jeziorka oddzielonego paskiem ziemi od Oceanu; potem znów pod górę. Zrobiło się zupełnie już ciemno. Dawno minęliśmy jakąś ostatnia wiochę ze światłami. Teraz zero świateł na drodze, a nasze rowery mają tylko odblaski.

I jak zjechałam po ciemku z góry, pędząc w mrok, zaczęło mi dziwnie klekotać koło od hamulca, tak jakby miało za chwilę odpaść, miałam już dosyć. Rozdygotana przytuliłam się do czekającego na dole Chopina i miałam tak bardzo dosyć, że nasz nieoceniony, zawsze czuwający Duch Opiekuńczy zlitował się i zesłał nam kobietę. Zatrzymała się koło nas na poboczu pustym pick-up`em i spytała: - Are you enjoying your bike ride or do you need help?" Tego nam było trzeba. Nie wiem, jak dojechalibyśmy jeszcze z ponad 20 km po całym dniu jazdy i po ciemku i pod górki i pagórki. Kobieta zawiozła nas pod drzwi naszych nowych servasowych hostów w McKinleyville.

4 grudzień 1998

Cudownie leniwy dzień w domu Lucindy, Scotta i czteroletniego, adoptowanego Conora. Dzieciak ma szczęście, że trafił do takiej rodzinki. Właśnie wrócili z kilkumiesięcznej podróży po Europie, Australii i Afryce Południowej. Poza tym jeżdżą na nartach, surfują i napisali książkę o Namibii. A my odespaliśmy sobie wczorajsze szaleństwo rowerowe. Wieczorem obiad ze znajomymi i opowieści podróżnicze, nasze i ich.

5 grudzień 1998

Kominek z cudownym ogniem. Pieczone ziemniaki i miska wegańskiej zupy z miso. Sucho i ciepło. Po mokrej, wietrznej, okropnej przejażdżce z McKinleyville. Na szczęście Scott przypedałował z nami, aby pokazać nam drogę i na szczęście nie było daleko. Jesteśmy w domu Boba i Suzan, znajomych servasowego hosta, który nie mógł nas akurat przyjąć, ale dał namiary na nich. Bob jest merem Arcaty, fajnego miasteczka, jedynego w którym większość stanowi partia zielonych.

6 grudzień 1998

Nie brak atrakcji. Przejażdżka do Eureki na targi świąteczne. A po południu Bob zabrał nas na imprezę. 15 rocznica działalności restauracyjki w Trinidad. Pyszne jedzono (najlepsza - potrawka ze słodkich ziemniaków), pełno ciekawych, odjazdowo poubieranych ludzi. A na deser - przystanek nad Oceanem na Moon Stone Beach. I jaskinia.

7 grudzień 1998

Znowu deszcz. Bob i Suzan zostawili nam kartę wstępu na basen i saunę, ale nie chciało nam się nawet wychodzić z domu. Jak dobrze sobie pospać, poczytać albo pomieszać w komputerze, jak w przypadku Chopina. Żartuję, tak naprawdę Chopin naprawia ludziom drukarki, usprawnia działanie komputerów, ściąga jakieś programy, itd.)

8 grudzień 1998

Wyszło słońce, wiec ruszyliśmy dalej. Pedałowało się znowu fantastycznie. Do czasu... do czasu jak wspaniała nasza przyczepka zaczęła się chwiać przy zjeździe z ostrej góry, zarzucać na boki i omal nie zabiła mi Chopina. Może przesadzam, ale było niebezpiecznie. Chopin wyszedł z tego cało, utrzymał równowagę. Tylko... nie mamy już przyczepki. Zniszczyła bagażnik, błotnik i trochę oponę. Trzeba było ja porzucić. I przeładować plecaki. Tylko daleko się nie ujedzie z ciężkimi plecakami na plecach. Zaczęliśmy łapać stopa. Na szczęście dużo ludzi ma tu małe trucki. Zatrzymał się jeden super gościu. Załadowaliśmy rowery i bagaże na trucka i ruszyliśmy. Zjechalismy w "Avenue of the Gianats", Aleje Olbrzymow. Gigantycznych redwood trees. Niesamowite. Tom zajmował się mierzeniem drzewa. I okazało się to najwyższe żyjące na świecie drzewo. Niestety, rok później upadło. Ale zawiózł nas i pokazał to drzewo. Tak więc chodziliśmy dziś po pniu najwyższego do niedawna drzewa na świecie. Parę innych ciekawostek, np. drzewo, przez którego dziurę w pniu da się przejechać.

A teraz jesteśmy w biurze u Derryla Cherney, servasowego hosta, bardzo aktywnego, zaangażowanego w masę ekologicznych akcji. Przygotowuje akurat miedzy innymi rocznicę wejścia na drzewo Julii Butterfly, dziewczyny, która od roku (10 grudnia minie dokładnie rok) mieszka na olbrzymim tysiącletnim drzewie, chroniąc je przed ścięciem. Ścięli już większość olbrzymich drzew dookoła, a Julia się trzyma. I wspiera ją masa ludzi. Pewnie zostaniemy do tego czasu. Poza tym Suzan dała nam pudło czekolady, aby przekazać Julii.

Źródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto kliknąć

1 2 3 4 dalej >>


w Foto
Autostopem w świat
WARTO ZOBACZYĆ

USA: NYC - Williamsburg i Brooklyn
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AwC 7: Mroczny Biały Dom... - czyli powrót do cywilizacji
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl