HAWAJE
13:32
CHICAGO
17:32
SANTIAGO
20:32
DUBLIN
23:32
KRAKÓW
00:32
BANGKOK
06:32
MELBOURNE
10:32
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Za Koło » Za Koło 3: Do końca
Za Koło 3: Do końca




- Zimno dzisiaj, prawda? – zagaił Kornel do naszego kierowcy. Volvo zabrało nas wśród nocnej ciszy z drogi łączącej lotnisko w Kirkenes z miastem. Podróż zaczęła się dziś w Karasjoku, od złamania naszej żelaznej zasady. Zrezygnowaliśmy ze stopa, a wzięliśmy autobus. Zasady nadwerężyło nieco kilka godzin czekania przy drodze przedzielone nocą w nienajcieplejszym domku campingowym. Wysiedliśmy na lotnisku w Kirkenes, tylko po to, by zorientować się, że jest zamykane na noc, a co za tym idzie nie jest przyjazne turystom ze śpiworami. W każdym razie to już koniec.




Zobacz  powiększenie!
Uciekł spod kół
Dotarliśmy wreszcie do celu. Każdy krok zimnym i ciemnym poboczem szosy przybliżał nas znacznie do rosyjskiej granicy. Ale nawet nie podejrzewaliśmy, że zawędrujemy wieczorem do Rosji.

Droga była długa. Kautokeino, gdzie znaleźliśmy się na widowni lapońskiego teatru opuściliśmy w mroźny poranek. Nie pamiętam, jak nazywała się Samka, która zabrała nas do Alty, ale przynajmniej zapamiętam kim była. Pochwaliliśmy się, że widzieliśmy przedstawienie o rewolcie w Kautokeino. – A pamiętacie tą kobietę, której mąż pierwszy trafił do więzienia? Pamiętaliśmy, była przecież narratorką całej sztuki. – Ta postać, to moja prababcia. W Laponii jednak oprócz relacji międzyludzkich, ważne są też stosunki ludzko-reniferze. Zwłaszcza, że tych zwierząt jest w okolicy pięć razy więcej niż ludzi. O ile o współczesnych Samach można powiedzieć, że mają dość spokojny charakter, to renifery cechuje stoicyzm absolutny. Główną atrakcją dnia jest dla nich śniadanie na szosie. Z pochylonymi łbami zlizują sól, którą posypano lód. Samochody traktują z wyniosłą obojętnością. – O, to moje stado! – ucieszyła się właścicielka auta, którym mknęliśmy przez tundrę. – Szkoda, że sypią tu solą, to niebezpieczne dla zwierząt. – Dla ludzi chyba też? – zauważyłem nieśmiało. – Dla ludzi też, ale jakoś zawsze najpierw myślę o reniferach. Zastanawialiśmy się, czy w takim razie ciężko musi jej być pozbawić renifera życia. Futrzane płaszcze nie biorą się znikąd. Ale odpowiedź przyszła sama z biegiem czasu. – My sprzedajemy tylko żywe zwierzęta. Wszystko inne należy do nabywcy. Nabywca musi wyłożyć kilka tysięcy koron. Przed maską zatańczył właśnie młody renifer niepokojony z jednej strony przez potężnego TIRa, a z drugiej przez nasze audi. Przeskoczył w końcu barierkę przy drodze, ale jego kolega leżący na poboczu dalej obserwował nas z niewzruszoną godnością. W bagażniku tłukły się nam puste kanistry na paliwo – w Alcie bywa z reguły taniej, a skoro już jedzie się do miasta, można kupić zapas dla całej rodziny. Pożegnaliśmy się na stacji benzynowej, by zmienić swoje życie na zawsze. Albo przynajmniej znaleźć się o krok od tego.

Zaczęło się od tego, że zatrzymaliśmy się u Normana. W domu Normana dwie sprawy otoczone były kultem. 1. Jego matka. 2. ACN. ACN, czyli jedyny w swoim rodzaju mariaż Telekomunikacji Polskiej i Amway. Albo inaczej – piramida zbudowana z ludzi sprzedających telefony i abonamenty. Skojarzenia z piramidką finansową niemile widziane. W każdym razie przez Normana - To się dzieje w całej Europie, odmieniamy ludzkie życia – przywitał nas w supermarkecie, ubrany w nienaganny garnitur i zaprosił do błyszczącej toyoty. Wrażenie zrobił, choć właściwie każde Coach Surfingowe spotkanie jest niespodzianką. Roztoczył wizję światowego kryzysu i pokazał drogę wyjścia zamkniętą w trzech literach. Opowiedział o trudnych początkach, kiedy pierwszy klient cisnął mu umową w twarz. Opowiedział też o wierze w siebie, wielkich pieniądzach jakie go czekają i misji, jaką jego firma ma do spełnienia. Otoczył mercedesami, jachtami i polami golfowymi z telewizyjnego ekranu. Jachty, pola i auta należały rzecz jasna do innych przedstawicieli firmy, którym już się powiodło. Nakarmił i ulokował w pokoju pełnym obrazów malowanych przez jego matkę. Ludzie z obrazów stanowili poza Normanem jedynych stałych lokatorów domu. Ogólnonorweska przypadłość. Zasnąłem chyba grubo po północy na położonym na podłodze materacu, a obudziłem się w raju.

Zobacz  powiększenie!
Marta Ardienzje - nasz dom przez jedną noc
W raju było zielono, o ile pamiętam w tle opadał ze skał wodospad. W palmowym zagajniku ludzie wszystkich ras siedzieli przy stole przy półmisku owoców. Papuga przyglądała im się ciekawie. Była namalowana delikatnymi pociągnięciami drewienka. Rajski obraz został „wystukany” zapałkami i miniaturowym pędzelkiem przez matkę Normana. – Byliśmy biedni, ale ona marzyła o raju. „From tragic to magic” – Norman przytoczył swoją firmową, ACNową sentencję. Zostawiliśmy jego magiczny świat jadąc stopem dalej, w polarną noc.

Wprost w podróżniczą czarną dziurę. Noc przyszło nam spędzić na stacji benzynowej w środku nicości, a kolejny (pięciogodzinny) dzień łapania okazji przywiódł nas do Karasjok. Duch przygody upadł w nas na tyle, że zniżyliśmy się do poszukiwań campingu. Z pierwszego zostaliśmy odesłani całkiem celnym argumentem, że to co wzięliśmy za całkiem przytulny ośrodek okazało się domem starców. W końcu przyszło nam się wspiąć na wyżyny negocjacji w motelu na drugim końcu mieściny. Wyżyny wyglądały następująco: - Mamy wam do zaoferowania dwieście koron. A wy nam? Zasypialiśmy zawinięci w śpiwory w domku campingowym „Anna”, a grzejnik olejowy zwolna przywracał w pomieszczeniu dodatnią temperaturę. Poranek zastał nas na jedynym rondzie w Karasjok, gdzie pracowicie wymachiwaliśmy uniesionym kciukiem. Rondo może nie było najlepszym miejscem dla stopowiczów, ale miało jedną, niepodważalną zaletę – tuż obok można było schronić się we w miarę ciepłym supermarkecie. Pracowaliśmy więc z Kornelem systemem zmianowym, a wokół nas co jakiś czas przemykały lapońskie sanki o wydłużonych płozach i z wysoką poręczą, które są najlepszym sposobem poruszania się na oblodzonych chodnikach. Co jakiś czas w polu widzenia pojawiała się 80-letnia na oko babcia w czerwonej, lapońskiej czapce sunąca dumnie do lub ze sklepu. My zaś nie przesuwaliśmy się nawet o kawałek, więc w końcu zapadła decyzja o pokonaniu ostatniego odcinka drogi autobusem. Tak dotarliśmy do Kirkenes.

- Zimno dziś – przyznał kierowca volvo, w odpowiedzi na pytanie Kornela. I chyba wyłapał ukrytą aluzję, bo obiecał sprawdzić, czy nie dałby rady przenocować nas w domu. Być może naprowadziło go to, że dowiedziawszy się iż jest policjantem, zapytaliśmy o nocleg „na dołku”. Tymczasem jednak wylądowaliśmy w środku miasta i pozwoliliśmy poprowadzić się instynktowi. Instynkt poprowadził nas przez opisane rosyjskim alfabetem ulice (granica tuż-tuż) do samego portu. Nad portem majaczyła nieśmiało zorza stłumiona miejskimi światłami, a przy brzegu stały jeden przy drugim rosyjskie statki. – To co, próbujemy? – zagaiłem do Kornela, a chwilę później wykładałem już kapitanowi kutra „Marta Ardienzje” naszą osobliwą sytuację. Okazał się człowiekiem niewielu słów, za to wielkiego serca. – Macie klucz od kajuty i dobrej nocy! – zarządził. Zalegliśmy więc w marynarskich kojach przy dźwiękach rosyjskiego disco, które sączyło się z odnalezionego w kajucie magnetofonu. Formalnie znaleźliśmy się właśnie w Rosji, zatem cel wyprawy osiągnięty w 110%. Od Norwegii oddzielała nas teraz zamarznięta szyba bulaja. – A ty kto? – przywitał mnie o poranku na korytarzu postawny „matros” z wiertarką w ręce. Wytłumaczyłem i dostałem komplet pościeli, mimo że już właściwie szykowaliśmy się do wyjścia. Statek opuściliśmy pożegnani serdecznym „do widzenia”. Błąkając się po Kirkenes dotarliśmy do muzeum drugiej wojny. Rosyjski myśliwiec ustawiony w głównej sali przypominał o powikłanych, wojennych losach Kirkenes. Obok gabloty wspomnień o obozach, egzekucjach i walce. Całkiem jak w Polsce. A tymczasem polski akcent jeszcze na nas czekał. Odnalazł nas pod postacią Piotra, lekarza który odnalazł nas w kirkeneskim supermarkecie. – Myślałem, że to jakieś Ruskie grzeją pizzę w mikrofalówce na sali! – przywitał nas, ucieszony ojczystą mową. Jeżeli ktoś cieszy się z dźwięku polskiego języka, oznacza to zwykle, że jest daleko do domu. I tak było. Wylądowaliśmy w końcu w domu Piotra – ostatniego ginekologa za Kołem. Daleko od rodziny, blisko pieniędzy. Tym razem tylko tych z pensji. W kraju, gdzie aborcje liczy się bez emocji. I w ogóle o emocje muszą zastąpić pieniądze – dodatek za pracę na Północy. Za pieniądze można ewentualnie kupić ekstremalnie drogą wódkę, ale jakość wytworzonych nią emocji wciąż jest w najlepszym przypadku druga.
Rano oczekiwał nas samolot do Oslo. A stamtąd długa droga stopem do akademika w Voldzie. Bardzo długa – myślałem kwitnąc na przystanku autobusowym 30 kilometrów od własnego pokoju. Tak blisko, a tak daleko – cały dzień drogi pieszo. – Nawet mnie nie denerwuj – mruknąłem pod adresem taksówkarza, który zajechał do zatoczki i wyraźnie chciał mnie zabrać. – Wsiadaj, i tak jadę w tą stronę! Los uśmiecha się w najbardziej niespodziewanym momencie.


Źródło: informacja własna

1


w Foto
Za Koło
WARTO ZOBACZYĆ

Czechy: Ołomuniec
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AwC 11: Mój czarny brat
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl