HAWAJE
18:10
CHICAGO
22:10
SANTIAGO
01:10
DUBLIN
04:10
KRAKÓW
05:10
BANGKOK
11:10
MELBOURNE
15:10
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » @ przez Azję CE » @ ACE 3: Droga przez Pamir
@ ACE 3: Droga przez Pamir



Jadę wzdłuż granicy z Afganistanem. Rzeka Ab-i- Panj jest naturalną granicą. Po drugiej stronie słychać wybuchy. - Amerykanie drogi budują mówi brodaty mężczyzna w turbanie. Znalazłem się na drodze pomiędzy Khorg a Murghab.






Trakt po horyzont

W latach 30. ubiegłego wieku sowieccy inżynierowie wybudowali drogę - ciągnący się na 728 km Pamirski Trakt. Łączy Khorg z dużym kirgiskim miastem Osh. Góry pustynne, wypalone przez słońce. Tuż przy trakcie pasą się stada owiec, baranów i jaków. Pamir przypomina Tybet. Jadę przez płaskowyż na wysokości 3 tyś. m. Droga częściowo asfaltowa, częściowo szutrowa - zdecydowanie lepsza niż w północnym Tadżykistanie. Szosa ciągnie się prosto aż po horyzont. Wzdłuż niej stoją równiutko słupy telefoniczne.

Baraniną i mlekiem

Zobacz  powiększenie!
Jurta u podnóża gór - kuchnia, jadalnia i sypialnia w jednym
Zatrzymuję się koło jurty. Niektórzy pasterze stawiają swoje pojedyncze namioty niedaleko drogi. Prowadzą jadłodajnie dla podróżnych. Można napić się mleka jaka, zjeść tłustą baraninę. Namiot nagrzany. Dym ulatnia się przez otwór namiotu, tzw. tyndyk. Spełnia on w jurcie rolę komina. Na obiad zajadam się wędzoną rybą z pobliskiej rzeki i oczywiście tłustą baraniną. W Murghab ostatnim większym mieście w Pamirze nocuję u poznanych Pamirczyków. To już ostatnia większa osada w Pamirze. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem melduję się na milicji. Aby poruszać się po Pamirze, potrzebna jest obcokrajowcom wiza. Wyrobiłem ją sobie w ambasadzie Tadżykistanu w Berlinie.

Breżniew nie pokonał gór

W powietrzu unosi się zapach krowiego łajna, które służy tu jako materiał opałowy. Murghab jest w stadium agonii. Rozwalone domy. Podziurawione dachy. Półmrok. Chmury niemalże pełzają po ziemi. Psy trzymane na drutach, zero uśmiechów. W zimie połowa populacji wyjeżdża do kirgiskiego miasta Osh. Nie ma tutaj wystarczająco dużo energii do ogrzania domów. Brak elektryczności. Nie jest już tak gorąco jak w dolinach. Temperatura 22 stopnie Celsjusza. Czuję chłodny, rześki powiew wiatru. Pokonuję przełęcz Akbaytal Pass: 4655 metrów! To najwyżej położona przełęcz w tej podróży. Góry tutejsze nie są już tak wypalone słońcem jak przy granicy z Afganistanem. Robi się chłodno. Zakładam polar. Naciskam na pedał. Naoliwiony łańcuch z łatwością wchodzi na największą zębatkę. Podjeżdżam na kolejne wzniesienie. W górach widać coraz więcej śniegu. Zaczyna padać deszcz. To pierwszy deszcz w tej podróży! Czuję ulgę. Balsam dla ciała.
Na granicy tadżycko - kirgiskiej odprawia mnie wopista z klamrą na pasku, na której jest młot i sierp. Polacy nie potrzebują wizy do Kirgizji. Po lewej stronie widać wznoszący się w niebo siedmiotysięcznik. To Pik Lenina. Góry Pamiru są olbrzymie. Niegdyś Breżniew miał w planach aby je wysadzić. Wszystko po to, żeby z tutejszych lodowców popłynęła woda na pustynne pola bawełny. Ostatecznie wystraszono się reakcji światowej. Były też obawy, że wody z lodowców zatopią większość rejonów ZSRR.

Oko dla przyjaciela

Stepy Kirgizji wraz z górami są zielone. Czabani - pasterze przemieszczają się wraz ze swoimi domami - jurtami. Rozstawiają je zazwyczaj na granicy wysokich gór. W pobliżu rwących rzek. W sezonie, który trwa od maja do października, kilka razy zmieniają miejsca wypasu. Ich dzień pracy wyznacza Słońce - o wschodzie wypędzają bydło na stoki, o zachodzie zwierzęta same wracają do właścicieli.
Robię przerwę.
- Wejdź, zjedz - zaprasza podpity mężczyzna do środka jurty. Wnętrze tego przenośnego domu składa się z jednej izby, która jest kuchnią, jadalnią, sypialnią. Na środku stoi żelazny piecyk. Ogrzewa się nim wnętrze, można też na nim zagotować wodę. W jednej jurcie mieszka zwykle jedna rodzina. Trafiłem na ucztę. Siadam na dywanie utkanym z sierści barana. W Kirgizji piją więcej niż w Rosji. Syn wrócił z odbytej służby wojskowej. Właśnie ubito barana. Zeszli się wszyscy z pobliskich jurt rozstawionych kilkanaście kilometrów od siebie. Kirgizi nie lubią bliskich sąsiadów. Barana w Kirgizji zarzyna się w wyjątkowych okolicznościach. W czasie uczty jeden z mężczyzn podaje mi ugotowana głowę barana. Muszę zjeść mózg. Gospodarz wydłubuje oko, które jest wielkości moreli.
- Spróbuj - zachęcają wszyscy. Drugie oko zjada gość. W taki sposób zawiązuje się przyjaźń, więzy braterstwa. To stary zwyczaj tutejszych Kirgizów. Znał go również podróżnik minionej epoki, Marco Polo. Tłumaczenia, że mam problemy z żołądkiem na nic się zdają. Delikatnie przeżuwam. Przełykam. Zagryzam kawałkiem chleba, pysznej okrągłej lepioszki. Podchodzi mi to wszystko pod gardło ale daję radę. Popijam jogurtem naturalnym arian z mleka kóz.

Kirgiz zszedł z konia

Droga do Osh to kilkudniowa wędrówka. Im dalej na południe, tym mniej jurt. Ryszard Kapuścinski już znacznie wcześniej dostrzegł - "Kirgiz zszedł z konia". Współcześni nomadzi tylko latem wędrują. Przesiedli się z konia do samochodu. Barany już nie kategoryzują społeczeństwa. Kiedyś baran kosztował 160 rubli, nowy dom kosztował 16 baranów. Kto miał więcej baranów ten był zamożniejszy. Azja Centralna się zmieniła. Jedwabny Szlak przestaje być mistyczną drogą. Staje się nowoczesną betonową drogą do Europy. Sprowadza się nią między innymi luksusowe samochody.
Po przemierzeniu 2,5 tyś. km kończę swoja podróż. Zatrzymuję się na bazarze w Osh.
To właśnie z takich bazarów wyruszały karawany. Tutaj jak zawsze jest gwarno. Czas się zatrzymał.
- Co chcesz bracie kupić? Złoto, srebro? Może złote runo? Uśmiecha się sprzedający Kirgiz.
-Tylko sto dolarów.
Kiwam głowa z niedowierzaniem.

Źródło: www.gienieczko.prx.pl

1


w Foto
@ przez Azję CE
WARTO ZOBACZYĆ

Turcja: Kapadocja
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Autostopem, zimą przez Syberię na podbój Pekinu
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl