HAWAJE
14:17
CHICAGO
18:17
SANTIAGO
21:17
DUBLIN
00:17
KRAKÓW
01:17
BANGKOK
07:17
MELBOURNE
11:17
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » ® Adriatic Express » AE 1: Pierwsza część wyprawy
AE 1: Pierwsza część wyprawy

Tomasz Szajniuk


2 sierpnia 2006 roku – ten dzień na pewno zapamiętam na długo, gdyż tego dnia ruszyłem z mojego rodzinnego miasta - Kluczborka - na drugą w moim życiu wyprawę rowerową. 70 km dalej w Krapkowicach spotkałem się z Wojtkiem i od tego miejsca kontynuowaliśmy wyprawę razem. Wyprawa rozpoczęła się mocnym akcentem, jakim było przejechanie przeze mnie w pierwszy dzień ponad 200 kilometrów. W pierwszy dzień także opuściliśmy terytorium Polski i wjechaliśmy do Czech.




Kolejnego dnia przyszedł czas na Słowację. Tego dnia także wspinaliśmy się na naszą pierwszą przełęcz położoną 750 m. n.p.m. Pomimo niewielkiej wysokości, podjazd sprawił nam wiele kłopotów, gdyż nachylenie drogi było bardzo duże.

Mało brakowało, aby na zjeździe z przełęczy zakończyła się nasza wyprawa. Gdy zjeżdżałem i na liczniku pojawiła się prędkość 60 km/h... wypięła mi się przyczepka. Kilkakrotnie przekoziołkowała i po ok. 30 m. zatrzymała się na środki drogi. Ja po awaryjnym hamowaniu wylądowałem po lewej stronie drogi. Na szczęście... przyczepka cała i zdrowa, rower cały i najważniejsze - ja cały i zdrowy. Pomimo sporej dawki adrenaliny kontynuowaliśmy jazdę.

Wieczorem dotarliśmy do miasta Prievidza, gdzie nocowaliśmy. Kolejnego dnia przekroczyliśmy granicę słowacko - węgierską i 15 km od granicy, nad Dunajem rozbiliśmy pierwszy raz namiot, który rozkładaliśmy ponad godzinę. Wcześniej 2 noce spędziliśmy pod dachem u naszych znajomych.

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Budapesztu. Po odrobinę uciążliwym dojeździe do centrum, rozpoczęliśmy zwiedzanie centrum miasta. Po drodze nie obyło się bez problemów technicznych (ja przebiłem dętkę, Wojtek musiał wymieniać szprychę). Po Budapeszcie przyszedł czas na dalszą część Węgier.

Odcinek od Budapesztu do granicy serbskiej przemierzyliśmy „nielegalnie”, poruszając się po drodze, gdzie obowiązywał zakaz poruszania się rowerów, zaś granicę węgiersko – serbską przekraczaliśmy na... autostradzie.

Pierwsze kilometry w Serbii, bardzo mnie zaskoczyły – świetna droga, zadbane domy, całkiem jak w Polsce. Dopiero w miarę oddalania się od granicy, zaczęliśmy częściej spotykać zrujnowane domy, opuszczone, urocze kościoły i cerkwie, stare cmentarze.

Siódmego dnia dotarliśmy do Bośni i Hercegowiny. Kierowcy na drogach w tym kraju, non stop trąbią. Wyprzedzanie, skręcanie na skrzyżowaniach i wszystkie inne manewry sygnalizują trąbieniem. Dla nas było to bardzo irytujące, szczególnie, gdy przejeżdżaliśmy przez tunel, a tam ktoś używał klaksonu. Pierwsze miasto w Bośni – Bijeljina - pełne życia. Dziesiątki ludzi na ulicach, w kawiarniach i restauracjach, czułem się tam całkiem jak... we Włoszech.

Poruszanie się po Bośni nie było wcale łatwe. Wszystkie nazwy miejscowości bowiem podane są w cyrylicy, której kompletnie nie rozumieliśmy. Dlatego też, co chwile musieliśmy się pytać czy w dobrym kierunku jedziemy. Miłym zaskoczeniem w Serbii oraz Bośni, było to, że wiele osób zna język angielski. Mieszkańcy tych krajów zaś, są bardzo gościnni. W Serbii skończyły się także monotonne, płaskie tereny.

Dziewiątego dnia zdobyliśmy przełęcz położoną 1057 m. n.p.m. Kolejnego dnia przemierzyliśmy aż... 4 km. Nie ze względu na zmęczenie po podjeździe, ale ze względu na nieustannie padający tego dnia deszcz. Na takie warunki niestety nie byliśmy przygotowani sprzętowo. Nasze kurtki zamiast chronić przed deszczem, wsiąkały go jak gąbka. Buty zaś po 15 minutach jazdy w deszczu były cały zamoknięte.

Kolejny dzień przyniósł poprawę pogody i możliwość kontynuowania wyprawy. Tego dnia na naszej drodze napotkaliśmy objazd. Wychodzimy jednak z założenia, że objazdy nie są dla rowerzystów. Jadąc zamkniętą trasą napotkaliśmy tunel, który był... zamknięty. Udało się nam jednak do niego dostać i go przejechać. Bardzo dziwnie na nas patrzyły wtedy osoby z ekipy remontującej ten tunel. Tego dnia także odbiliśmy w Bośni w boczną drogę prowadzącą przez góry do granicy z Czarnogórą. Przez 50 km jechaliśmy przez bardzo słabo „ucywilizowany” teren – żadnych sklepów, zakładów przemysłowych.

Źródło: www.wyprawy.ovh.org

1


w Foto
® Adriatic Express
WARTO ZOBACZYĆ

Czarnogóra od strony turkusowego morza
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

RTUSA 1: Do domu Elvisa
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl