HAWAJE
07:34
CHICAGO
11:34
SANTIAGO
14:34
DUBLIN
17:34
KRAKÓW
18:34
BANGKOK
00:34
MELBOURNE
04:34
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Islandia » Północna Islandia – Interior
Północna Islandia – Interior

G. Gontarz, Sz. Gontarz, K. Wasilewski


Na północ prowadzi w większej mierze szutrowa droga. Wiatr trochę osłabł, ale nadal pada deszcz. Jedziemy wzdłuż rozległej rzeki Jokulsa a del, aż do "morderczego" podjazdu na przełęcz, którą trzeba przejechać by dostać się do Vopnafjordur. W kilka godzin pokonujemy kilkokilumetrowy, szutrowy, 14- to procentowy podjazd… Teraz przez chwilę z góry, bo czekają kolejne, równie ciężkie, wzniesienia.

W Północnej Islandii, mimo znacznej wysokości nad poziomem morza, panuje łagodniejszy klimat, a pogoda jest lepsza- tak opisują przewodniki tę przepiękną i dziką część Islandii. Jednak pogoda nie oszczędza nas. Nadchodzi kolejny sztorm. Dojeżdżamy do Porshofn, gdzie za zgodą miejscowych rybaków nocujemy w magazynach rybnych. Rano całkowita odmiana pogody. Wiatr już nie osiąga prędkości bliskiej 30 m/s- ledwo przekracza 15 m/s. Pokazuje się słońce, niebo prawie bezchmurne. Nie możemy uwierzyć, że dzieje się to na prawdę… Jedziemy wciąż na północ, mijamy piękne, skaliste klify. Od czasu do czasu napotykamy rybackie wioski. Półwysep Langanes to niemal kraniec świata, który swą urodą zachwyci każdego miłośnika bezdroży. Piękna pogoda nie trwa zbyt długo. Po 6-7 godzinach nadchodzą czarne, deszczowe chmury. Gdy się do nas zbliżały, jechaliśmy jak najszybciej. Podjazdy spowalniały tempo lecz na zjazdach mocno przyspieszaliśmy. Krzychu złamał dozwoloną prędkość 80km/h i tak wykręcił 81 km/h... Niestety nie udało się – znowu jedziemy w strugach deszczu. Kolejne dni nie przynoszą większej poprawy pogody. Po dniu ciszy nadchodzi kolejna sztormowa doba. Dojeżdżamy do Husavika, gdzie chcemy "zapolować" na wieloryby. Decydujemy się na kilkugodzinny rejs w pobliskim fiordzie. Na początku można tylko obserwować Orki, niebawem pojawiają się trzecie co do wielkości, dziesięciometrowe – Minke whale. Po rejsie ruszamy na południe - nad jezioro Myvatn. Jednak Myvatn to nie tylko jezioro ale również centralny punkt aktywnego wulkanicznie obszaru pól lawowych, źródeł geotermalnych, kraterów i skalistych formacji. Objeżdżamy wokół ten niesamowity akwen i kierujemy się w stronę drugiego co do wielkości miasta – Akureyri. Po drodze mijamy przepiękny wodospad Bogów – Godafoss.


Zobacz  powiększenie!
Akureyri mieści się u nasady długiego fiordu. Krajobraz zdobią ośnieżone szczyty skalistych gór. W lecie jest to jedno z najbardziej słonecznych miejsc na wyspie – to prawda, deszcz pada już tylko przelotnie co znacznie poprawia nam morale. Jest to ostatnie duże miasto, przed wjazdem w centrum Interioru, więc znowu trzeba zrobić zakupy na przynajmniej tydzień podróży. Przejeżdżamy wzdłuż pięknego i najdłuższego w Islandii fiordu – Eyjafjordur, po czym kierujemy się na "islandzki Tybet".

Zobacz  powiększenie!
Interior to jeden z największych europejskich dzikich obszarów. Może nie jest to pustynia, gdyż występują tu obfite opady atmosferyczne ale przypomina ją najbardziej ze wszystkich zakątków w Europie. Nie ma tu po prostu nic… Droga jest szutrowa, często bardzo nierówna, czasem w ogóle nie można jej znaleźć. Nie dociera tu zasięg sieci komórkowych, a gdy wydaży się coś złego, nie można liczyć na jakąkolwiek pomoc. Pierwszy dzień w Interiorze nie zapowiada dobrej pogody na najbliższy okres. Pogoda nie jest naszym jedynym zmartwieniem. W jednym z rowerów pęka opona. Jedynym rozwiązaniem jest zaszycie dość dużej dziury. Zdajemy sobie sprawę, że szwy nie wytrzymają takich naprężeń i po niedługim czasie czynności naprawcze będzie trzeba powtórzyć. To nie jest jedyna awaria z jaką musimy się uporać w szybkim czasie ze względu na nienajlepsze warunki atmosferyczne. W dwóch innych rowerach pękają bagażniki przednie. Niestety na wyprawę nie zabraliśmy ze sobą jakiejkolwiek spawarki wiec musimy spinać pęknięte złącza paskami poliuretanowymi. Dojeżdżamy do Hveravellir, gdzie wśród tryskających gejzerów i bulgoczących termalnych źródeł, bierzemy gorącą kąpiel. Nadchodzi sztorm. Tym razem nie trwa on, jak poprzednie, jeden dzień, lecz ponad dwa. W dodatku zaczyna padać śnieg i robi się bardzo zimno. Próba rozbicia namiotu nie powiodła się. Pałąki z włókna szklanego pękają… W Interiorze nie ma miejsc osłoniętych a przy takiej sile wiatru namiot nie ustoi zbyt długo. Jesteśmy już przygotowani na to, że przez całą noc będzie trzeba jechać na rowerach, by nie zamarznąć. Po kilku godzinach znajdujemy uskok w ziemi. Próbujemy rozstawić obóz. Z okolicy znosimy kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilogramów głazów, do których przywiązujemy namiot. Idziemy spać z myślą o lepszym jutrze. Niestety, wiatr jest jeszcze silniejszy. Woda w bidonach zamarzła… tuńczyk w oleju również… Tego dnia jak w każdy sztormowy dzień zaliczamy kilka mocnych upadków. Podmuchy wiatru są tak mocne, że chwila nieuwagi wiąże się z kolejnymi zadrapaniami i stłuczeniami na ciele. Po trzech ciężkich dniach docieramy do cywilizacji. Na sam początek wita nas największy wodospad Europy – Gulfoss. Niedaleko, bo zaledwie kilka kilometrów dalej, oglądamy wspaniały gejzer Strokkur, tryskający na wysokość 34 metrów.

Zobacz  powiększenie!
Zwiedziliśmy już całą Islandię, spenetrowaliśmy najbardziej dzikie tereny wyspy, przejechaliśmy łącznie około 4 000km. Nadszedł czas powrotu. Na koniec przejeżdżamy przez park Pingvellir, miejsce gdzie łączą się dwie płyty: amerykańska i euroazjatycka. Dnia 30.08.2005 kończymy przygodę z tajemniczą wyspą. Lądujemy w Berlinie. Jesteśmy cali i zdrowi, czego nie można powiedzieć o rowerach, a szczególnie o jednym, w którym koło jest mocno zmiażdżone. Po kilku godzinach prostowania doprowadzamy koło do warunkowego użytku. Spisany raport będzie podstawą do wystawienia odszkodowania. Wracamy do ojczyzny, gdzie niebawem znowu będziemy przygotowywać się do kolejnej ekspedycji.

Źródło: informacja własna

1


w Foto
® wokół Islandii
WARTO ZOBACZYĆ

Francja: Korsyka
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AUS 1: W drogę po Australii...
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl