HAWAJE
12:47
CHICAGO
16:47
SANTIAGO
19:47
DUBLIN
22:47
KRAKÓW
23:47
BANGKOK
05:47
MELBOURNE
09:47
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Sey Kraków-Pekin » Pekin „po babsku”
Pekin „po babsku”

...


Ekaterinburg - Tiumien. Rosja
„Dziewczyna? Do Pekinu? Autostopem? Szalona!” – Tak na początku reagowali znajomi i rodzina na wieść o moim udziale w Expedycji III Sey Kraków-Pekin 2008, organizowanej przez serwis www.zaile.pl – właściciela marki EVENT EXPEDYCJA.

Zaraz po takim wstępie następowały po kolei ostrzeżenia i dobre rady. Każdy ma trochę inne spojrzenie na taką podróż – miałam uważać na morderców, złodziei, mafię, zepsute jedzenie, brud, mróz, dzikie zwierzęta. Można popaść w paranoję. Ja, na szczęście, nie przejmowałam się tym zbytnio, bo miałam już spore doświadczenie z autostopem, poza tym nie jechałam przecież sama, tylko z moim narzeczonym. Poza tym miała to być przecież wielka przygoda. Bez wahania więc, 18 listopada, z Witkiem, dwoma plecakami oraz torbą podręczną z aparatem stanęłam na wylotówce z Krakowa, czekając aż porwie nas nieznane.


Łapiąc okazję

Zobacz  powiększenie!
Mróz - 25 wsiadamy do autobusu. Krasnojarsk. Rosja
Urokiem podróży autostopem jest brak planu. Ile czasu będzie się stać na drodze zanim ktoś się zatrzyma, jak daleko nas podwiezie, w którym dokładnie kierunku, ile samochodów „złapiemy” dziennie, jaki dystans uda się pokonać? W momencie gdy wychodzi się na trasę, te pytania są wielką niewiadomą. Jedynymi pewnymi momentami był czas spędzony w aucie – kiedy kierowca mówi, że może nas podrzucić do miejsca oddalonego o 2 godziny, wtedy jedynie wiem, co przez następne dwie godziny będę robić.
Podróż przez Rosję była czymś zadziwiająco spokojnym. Samochody zatrzymywały się zazwyczaj w przeciągu 15 – 30 minut, co jest tak naprawdę bardzo dobrym wynikiem. Bywały oczywiście chwile, kiedy staliśmy 2 godziny, a bywało, że pośrodku głuchego stepu, gdzie oprócz nas nie było dosłownie niczego, staliśmy nawet 4 godziny. Choć zdarzało mi się ze strachem myśleć o perspektywie spędzania nocy pod gołym niebem, za każdym razem byłam pewna, że jak już ktoś będzie tędy przejeżdżał, to się nad nami ulituje i nas zabierze. Ani razu nie było takiej sytuacji, że ktoś nas minął obojętnie i pozostawił na pastwę losu. Zwłaszcza, że temperatura przez całą podróż mroziła nam oddechy, a w plecakach nie zostawało już nic, co by można na siebie dodatkowo włożyć. To wspominam najgorzej. Kiedy 30 minut czekania dłużyło się w wieczność. Kiedy mimo sześciu warstw ciuchów pod kurtką i tak czuło się materiał przymarzający do ciała. Kiedy przez godziny jazdy z kolejnym kierowcą nie udało się rozgrzać ani rąk ani stóp. Kiedy w palcach traciłam czucie, twarz wystawiona na mróz potwornie piekła, a każdy ruch wywoływał ból. Wtedy z zazdrością spoglądałam na naturalne futra rosyjskich kobiet i dziewcząt w każdym wieku, na parę buchającą przy otwarciu drzwi do jakiegoś rozgrzanego pomieszczenia. Na szczęście Rosjanie są bardzo gościnni i serdecznie witają każdego, kto chce się ogrzać.

Podglądając życie „dzikich”

Zobacz  powiększenie!
Pożegnanie. Novosybirsk. Rosja
Legendarna jest „babska ciekawość” i ja, czyniąc zadość staropolskiemu przysłowiu, postanowiłam, że podczas naszej podróży „podglądniemy i podsłuchamy, a może nawet posmakujemy” trochę prawdziwego życia w krajach, które będziemy przemierzać. Najlepszym sposobem wydało mi korzystanie z cauchsurfingu – czyli znajdowania przez Internet osób, które byłyby chętne nas u siebie ugościć. O skuteczności tego sposobu niech świadczy fakt, że odpowiedzi i zaproszenia zaczęliśmy dostawać jeszcze w Polsce – zaraz po tym, jak założyłam nam profil na stronie.
Nasze „upolowane” w ten sposób noclegi dostarczały nam wiele różnych emocji. Wszystkie narody, które odwiedziliśmy okazały się bardzo gościnne. Gospodarze – studenci, „diaduszkowie” i całe rodziny, wdawali się z nami w dyskusje, pomagali w planowaniu dalszych kroków, częstowali domowym jedzeniem, oprowadzali trochę po mieście. Nie wszyscy jednak proponowali nam podobne warunki. W jednym z miejsc zastanawiałam się jakby tu wziąć prysznic niczego nie dotykając lub gratulując sobie w duchu wzięcia chusteczek nawilżonych, na widok innego znowu przechodziło nam przez myśl „a może by tak zostać dłużej?”. Pobyt w Mongolii pamiętam trochę przez pryzmat okropnego pogryzienia przez bliżej niezidentyfikowane insekty. Nie wiemy co to było - pchły, wszy czy pluskwy. Jedno jest pewne -gryzło strasznie i wszędzie, a swędzenie było tak silne, że nie mogliśmy się powstrzymać od drapania. Moje nogi i ręce wyglądały potwornie, bąble rozdrapane do krwi, przez długi czas nie miały jak się zagoić.
Nie zmienia to faktu, że wszystkich poznanych w ten sposób ludzi wspominamy bardzo pozytywnie. Mimo że w pomiędzy bogatymi i biednymi widać na wschodzie olbrzymia przepaść, to ich przyjazne nastawienie jest wszędzie takie samo. Z każdym tamtym miejscem mamy wiele wspomnień, które wracają zwłaszcza podczas oglądania zdjęć. „O popatrz, to tutaj częstowali nas tą paskudną zupą z płucek…”, „a pamiętasz ten wieczór przy shishy i whisky?”, „i ten nocleg u motocyklisty, która załatwił nam kierowca Siergiej!”.

Smakując kulturę

Zobacz  powiększenie!
Kolejne eksperymenty kulinarne. Datong. Chiny
Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, po godzinach spędzonych na czekaniu na mrozie był talerz parującego gorącego posiłku. Nigdy nie doceniałam jedzenia bardziej niż wtedy – siedząc zziębnięta i zmęczona nad jakimś egzotycznym daniem. Nie wszystkie oczywiście były jakoś szczególnie smaczne. Wspomniana już zupka z płucek nie przypadła nam do gustu, nie oczarowała nas również mongolska baranina. Raz, już w Chinach, musieliśmy nawet kelnerowi na migi wytłumaczyć, że „my tego nie tkniemy” i odesłać jakąś podejrzaną sałatkę ze świńskich ryjków z powrotem do kuchni. Mimo kilku takich przypadków, jednak większość potraw, na które się skusiliśmy podczas podróży okazywało się jadalnych, a nawet smacznych. Przez te kilkadziesiąt dni Expedycji zdążyliśmy zauważyć, że w Rosji tryumfy święcą wszelkie zupki, wywary oraz oczywiście sławne „pielmienie”, czyli małe rosyjskie pierożki z różnymi nadzieniami. Mongolia to znowu przyrządzana na wiele sposobów baranina. Chin nie da się podsumować jednym zdaniem. Jedzenia tam wszędzie pełno – począwszy od kolorowych ulic zapełnionych stoiskami z dziwnymi specjałami, poprzez małe knajpki aż po wykwintne restauracje. Do wyboru do koloru – na słono, kwaśno, ostro i słodko, na parze, z grilla, pieca i patelni, z mięsa, warzyw, ryb lub ciasta. Nam przypadły do gusty wszelkie smakołyki na patyku. Mięso kurczaka na patyku na obiad, a cukrowane jabłuszka na patyku na deser. I wszystko opisane w chińskich znaczkach. Raj dla wielbicieli nowych smaków oraz dla tych, którzy lubią smakować „w ciemno”.
W większości niestety nie mieliśmy pojęcia z czego są przygotowane zjadane przez nas dania. Zresztą odtworzone w naszej kuchni nie miałyby już tego posmaku przygody, jaki im towarzyszył na naszej trasie.

Chłonąc piękno pejzaży

Zobacz  powiększenie!
Zakazane Miasto. Pekin. Chiny
Mimo że cała nasza wyprawa to w dużej mierze czas spędzony na drogach i w samochodach, udawało się też coś zwiedzić. Staraliśmy się zobaczyć wszystkie te niesamowitości, o których słyszeliśmy albo, o których czytaliśmy w przewodnikach. Jednym z takich urzekających miejsc był Bajkał – olbrzymie jezioro, otoczone welonem połyskliwie białego śniegu, zapachem wody i rybackimi kutrami. Te kilka godzin tam spędzonych pozwoliło nam naładować baterie energią na kolejne dni podróży. Gonił nad czas i ciągle spadająca temperatura, ale mimo tego nie udało nam się powstrzymać westchnienia żalu, że musimy już to miejsce opuścić.
Najważniejszym punktem architektonicznym naszej podróży stał się za to Chiński Wielki Mur. Wszystkie zabytki Pekinu robią oczywiście duże wrażenie, odurzają przepychem i pięknem. Są jednak również bardzo męczące – zwiedzają je codziennie tłumy ludzi, pilnują przyczajeni chińscy strażnicy, a ich wielkość przyprawia nie tylko o zawrót głowy, ale i o ból nóg. Wielki Mur natomiast wydał nam się oazą spokoju – mróz odstraszył większość zwiedzających i pozwolił nam na spokojny spacer i prawdziwy zachwyt nad ciągnącym się po horyzont świadkiem chińskiej potęgi. Człowiek, stojąc na takim niekończącym się murze, czuje się naprawdę bardzo malutki i zaczyna sobie zdawać sprawę z ogromu świata. I z tego, że czasami warto przejechać kilkaset tysięcy kilometrów by zobaczyć na własne oczy coś takiego.

Przygoda ponad wszystko

Zobacz  powiększenie!
Zakazane Miasto. Pekin. Chiny
Dzięki Expedycji III Kraków-Pekin udało nam się zrealizować największą dotychczas podróż naszego życia. Wyruszyliśmy we dwójkę, wspierani przez serwis www.zaile.pl, ale zdani wyłącznie na siebie. Zgadzam się tu z powszechna opinią, że samotna podróż jest bardziej niebezpieczna, a już we trzy osoby dużo trudniej złapać okazję lub nawet dojść do porozumienia co do trasy.
Dziś już wiem, co się na takiej, jak nasza, trasie przydaje, a co nie. Sprawdziły się wszelkie podróżnicze gadżety – od ciepłych kurtek, czapek, butów, po takie drobiazgi jak chusteczki nawilżone czy mała apteczka. Tak naprawdę to nie natknęliśmy się na żaden taki problem, któremu nie można by zaradzić. Co bardziej ekstremalne warunki są dla nas teraz miłe i emocjonujące do wspominania. Przez te 12 tysięcy kilometrów zweryfikowaliśmy dokładnie powiedzenie „co nas nie zabije, to nas wzmocni”.
Autostop zawsze wiąże się z tym, że trzeba zdać się na to, co los przyniesie. Dla nas najważniejsze było by oduczyć się planowania czegokolwiek na dłuższą metę, a nauczyć się weryfikowania tego, co się dzieje dookoła. Polegać można jedynie na sobie i tej drugiej osobie, z którą się jest i na wspólnych dobrych decyzjach. Przez cały miesiąc każdy kolejny dzień, każda kolejna godzina, minuta były czymś nieznanym. Mogliśmy się spodziewać wszystkiego i tak naprawdę nie mieliśmy na to wszystko, co się dzieje, wpływu. W takich wypadkach bardzo pomaga otwartość na ludzi, bo tak naprawdę to bez ich przyjacielskości, chęci podzielenia się z nami kawałkiem swojego życia, kultury, zwyczajów oraz bezinteresownej uczynności i zaufania, nie udałoby się nam przebyć tych czterech odległych krajów.

Agata Krzemień/team Expedycji III Sey Kraków-Pekin/www.zaile.pl

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Sey Kraków-Pekin
WARTO ZOBACZYĆ

Indie: Święte miasta
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AP 7; St. Lucia NP
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl