HAWAJE
15:57
CHICAGO
19:57
SANTIAGO
22:57
DUBLIN
01:57
KRAKÓW
02:57
BANGKOK
08:57
MELBOURNE
12:57
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Przewodniki - Przez Świat IV » Droga do Aksaichin
Droga do Aksaichin

Darek Więczkowski


Wieczorem pociąg dojechał do Szymkientu.  Miejscowość ta na całym obszarze byłego Związku Radzieckiego słynie z produkcji piwa. Na peronie kłębi się tłum ludzi z wiadrami wypełnionymi lodem, spod którego wystają szyjki butelek. Spróbowałem. No cóż... Przypomniała mi się moja wędrówka po Ukrainie sprzed kilku lat. Wchodziło się wtedy do "mordowni", brało się słoik, z którym należało podejść pod szlauch i dokładnie go wypłukać - umyć. Z tak przygotowanym naczyniem podchodziło się następnie do kasy, w której należało uiścić stosowną opłatę, pobrać żeton, przejść kilka kroków  i zamienić tenże żeton na wlewane do słoika piwo. Nie chodzi mi tu o sam proces pozyskiwania piwa we wspomnianej knajpie, lecz o jego smak, którego chyba nigdy nie zapomnę. Pamiętam, że po wypiciu wspomnianego napoju miałem pewne wątpliwości, co do tego, czy to rzeczywiście było piwo... Podobnie było z piwem w Szymkiencie.


***

O 330 w nocy pociąg wtoczył się na stację "Biszkek". Na peronie, wydawałoby się niezwykły jak na tę porę tłum witających, handlujących i dorabiających sobie jako taksówkarze.

Dogadałem się z jakimś kierowcą, który za 25 somów miał mnie zawieźć do najtańszego ze znanych sobie hotelików. Po drodze, w jakimś czynnym całą dobę kantorze, wymieniłem pieniądze. W końcu trafiłem do "turbazy" przy Almaatyńskiej 60, gdzie po obudzeniu ciecia dostałem miejsce za 15 somów. Byłem zmęczony podróżą, więc nie przeszkadzało mi to, że poprzedniego dnia elektrownia odcięła prąd, woda była zimna, a wychodek na zewnątrz.

Po przejściu kilkuset metrów natrafiłem na ambasadę Iranu. Zamierzałem zahaczyć o Iran podczas powrotu do Europy, ale trzy miesiące czasu, jaki mam od daty wydania na wykorzystanie wizy, wydawały mi się niewystarczające.

W saloniku przyjął mnie konsul zachwycony (jak zresztą każdy Irańczyk) faktem, że cudzoziemiec niezwiązany w żaden sposób z jego krajem może nosić perskie imię. Obsługiwała nas młoda, zawinięta w kolorowy czador, kirgiska dziewczyna przynosząca nam mrożoną kawę z mlekiem i ciasteczka.

Konsul zapytał o moje plany dotyczące najbliższej wizyty w Iranie, po czym zapytał, czy aby nie mam przypadkiem swojego zdjęcia paszportowego. Owszem miałem. Ale po co?

-       Proszę przykleić to zdjęcie do wniosku, a potem go wypełnić - powiedział, a następnie, trzymając w ręce mój paszport, oddalił się.

Kiedy skończyłem  wypełnianie wniosku, drzwi się otworzyły. Konsul przejrzał wypełniony formularz, uśmiechnął się, z kieszeni wyjął mój paszport i życzył mi miłego pobytu w Iranie.

Wziąłem go do ręki i z niedowierzaniem zacząłem kartkować. Wreszcie znalazłem "cieplutką" wizę irańską.

-       Nie wiem jak panu dziękować - wyjąkałem - to jest najszybciej załatwiona wiza, z jaką miałem do czynienia - ile płacę?

-       Ależ sir, pan mnie obraża!

***

Rodzinka, jak prawie każda przeciętna "sjemja" na wschód od Bugu. Wizyta gościa rozpoczyna się tradycyjnie przeglądaniem rodzinnych albumów ze zdjęciami, przy czym najbardziej dobijające dla gościa są opowieści o tym, że ten po prawej to wujek tego po lewej, a zięć tego w środku. A ojciec tego w środku walczył w Afganistanie, tylko że jego akurat nie ma na zdjęciach, bo brat jego syna wyjechał do Europy i zabrał większość zdjęć. A tak w ogóle, to najstarszy syn gospodarza (drugi od prawej) zajmuje się sprowadzaniem samochodów z Niemiec....

Nareszcie podano do stołu. Tłuste do granic możliwości mięso i kapusta nie budziły mojego zainteresowania, lecz mój wzrok przykuł pięciolitrowy kanisterek napełniony czymś, co przypominało mleko. To był... kumys!

Ludność tej części Azji wykorzystuje mleko kobyły (oczywiście po pewnych obróbkach) jako znakomity, niskoprocentowy alkohol. Z tą niską zawartością alkoholu to też nie jest takie proste. Piłem, piłem i nic, ale kiedy wyszedłem na zewnątrz...

Wracając do centrum, pękł mi sandał. Szczęście w nieszczęściu. Na chodniku siedziało (kucało) kilku ulicznych szewców. Chwilę potem mój uszkodzony sandał był jak nowy. Mało tego, mój drugi sandał przeszedł przegląd generalny. I znowu kogoś obraziłem, pytając o cenę. Z szewcem umówiłem się tak: zrobimy sobie zdjęcie, a ja mu je wyślę....

***

Na jakąś godzinę przed końcem jazdy zacząłem usilnie studiować Lonely Planet w poszukiwaniu taniego noclegu. Znalazłem jakiś letni hotel uniwersytecki, do którego dojazd taksówką kosztował mnie 3 dolary.

Będąc jeszcze na dworcu, wykupiłem bilet autobusowy do Yiningu za 30 USD. Do odjazdu miałem dwa dni, które postanowiłem spędzić na podsumowaniu dotychczasowej części mojej podróży, no i oczywiście zobaczeniu stolicy Kazachstanu.

Następnym etapem mojej wycieczki po mieście był Park Panfiłowa, z cerkwią i olbrzymim mauzoleum wdzięczności dla Armii Czerwonej. Figura olbrzymiego żołnierza pochylającego się nad placem robi niesamowite wrażenie.

Nieopodal parku, choć jakby na peryferiach (żeby nie powiedzieć slumsach) znajduje się ambasada polska. Postanowiłem tam zajrzeć z nadzieją na udostępnienie mi internetu, a co za tym idzie, z możliwością wysłania kilku zdań do Polski. Pracownicy ambasady okazali się niezwykle przyjaźni i ... spragnieni świeżych wieści z kraju. Od jednego z nich dostałem wizytówkę, która pozwoliła mi zaoszczędzić masę nerwów i pieniędzy w drodze do chińskiej granicy. Ale o tym później.

Źródło: TravelBit

TravelBit Tekst pochodzi z książki
wydanej przez Agencję Travelland
prowadzonej przez
Centrum Globtroterów TravelBit

 warto kliknąć

<< wstecz 1 2 3 4 5 dalej >>


w Foto
Przewodniki - Przez Świat IV
WARTO ZOBACZYĆ

Mongołowie - ludzie dzikich stepów
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 9; Floreana i rekiny młoty
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl