HAWAJE
10:32
CHICAGO
14:32
SANTIAGO
17:32
DUBLIN
20:32
KRAKÓW
21:32
BANGKOK
03:32
MELBOURNE
07:32
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 40; Boliwia: Polscy misjonarze i ślady Cejrowskiego
AŁ 40; Boliwia: Polscy misjonarze i ślady Cejrowskiego

Aleksandra i Marcin Plewka


Od paru osób w Carmen słyszeliśmy, że do comunidades na rzece Beni przypływają od czasu do czasu polscy misjonarze. Ojciec Pedro i Mario. Ale akurat są w Rurre. Jaka szkoda - myślimy. W czasie naszej drogi powrotnej w Soraydzie napotkaliśmy na zakotwiczony statek polskich misjonarzy, bez misjonarzy niestety, ale z załogą Caritasu. Tutaj również otrzymaliśmy wiadomość, że naszych rodaków spotkać możemy w Rurre. Od razu więc po przybyciu do Rurre ruszyliśmy w stronę kościoła.

I rzeczywiście słowa mieszkańców Carmen i pracowników Caritasu ciałem się stały, bo przywitał nas tam ojciec Pedro, czyli Piotrek. Po krótkiej wymianie zdań zapytaliśmy się z Marcinem czy nie moglibyśmy u nich przenocować. Mieliśmy adres rodziny el flaco razem z jego listem polecającym, z noclegiem więc i tak nie mielibyśmy problemu, ale spytaliśmy ot tak, żeby móc spędzić z polskimi księżmi trochę więcej czasu. Piotrek powiedział, że gdyby to zależało od niego, to jasne, ale są tu Szwajcarzy, którzy patrzą im na ręce i że może on nam dać trochę forsy na nocleg. Uśmiechnęliśmy się i podziękowaliśmy serdecznie, ale on powtórzył tę propozycje jeszcze dwukrotnie. Patrząc później na siebie w lustrze w łazience zastanawiałam się czy był to tylko bardzo miły gest czy rzeczywiście wyglądam (-y) aż tak marnie. Doszłam do wniosku, że może rzeczywiście nie wyglądam najlepiej. Parę dni marynarskiego życia zrobiło chyba swoje.

Umawiamy się z Piotrkiem na wieczór (tzn. za 2 godziny, bo i tak już późno). Mówi, że ma „Misia”, moglibyśmy obejrzeć. Co za abstrakcja! Oglądać Misia w boliwijskiej dżungli. Bardzo cieszymy się na ten wieczór.

Tymczasem jednak podążamy do snack baru, gdzie pracuje siostra żony Rafaela. Pokazujemy list polecający nieco zdziwionej naszym przybyciem kobiecie. Jej twarz zmienia się z każdą chwilą zagłębiania się w treść listu. Jest to strasznie zabawne. Czyta na głos co ważniejsze informacje, intonując odpowiednio: moi dobrzy przyjaciele ALEKSANDRA i MARCIN... DAĆ NOCLEG... Szczególnie przy tym ostatnim wybucha śmiechem i pyta się na głos:
- Zaraz, a gdzie my ich umieścimy?

Kręci głową rozbawiona, jakby chciała powiedzieć „Co ten zwariowany el flaco znowu wymyślił”... Ale już po chwili jedziemy taksówką w stronę jej domu. Ponieważ ma ona więcej miejsca niż żona Rafaela lokujemy się u niej. Jesteśmy zszokowani. Spodziewaliśmy się jakiejś biednej chatki, a znajdujemy się w ładnie urządzonym, dużym domu. Dostajemy pokój z dwoma łóżkami! Po prostu luksus!

Głupio nam, że już po półtorej godzinie musimy wychodzić. Na spotkanie z misjonarzami. Piotrek i Mariusz przygotowali najpyszniejszą i najbardziej z klimatycznych potraw, jaką można by sobie w tym momencie wyobrazić. Kiełbasę z cebulą! Aż zapachniało Polską, chociaż kiełbasa była brazylijska... Piotrek zaserwował nam jeszcze pysznego brazylijskiego drinka Carpirynie.

Rozmowa nasza właściwie już w pierwszych 5 minutach zeszła na Cejrowskiego. To my jakoś rzuciliśmy jego nazwisko.
- Cejrowski? - uśmiechnął się Mariusz - to mój przyjaciel.
- Jak to?
- No tak to. Przyjeżdża tutaj do Rurre, żeby stąd ruszać w dół rzeki na poszukiwanie dzikich plemion. Ostatni raz był we wrześniu. Pomogliśmy mu znaleźć przewodników, ale nie udało im się dotrzeć do Indian, bo przejście było zalane wodą. Następnym razem ma tu przyjechać w kwietniu, obecnie jest w Peru (więc wcale nie tak daleko od nas).

Zabawne! Zawsze się zastanawialiśmy JAK ON TO ROBI?! Skąd rusza i jak się organizuje. Teraz całkiem przez przypadek uchyliliśmy rąbka tajemnicy mistrza. Samych nas łechtało jeszcze w Carmen żeby tak ruszyć w stronę Madidi... Wiadomo jednak, że taka decyzja to nie żadne hop siup, takie wyprawy należą do najniebezpieczniejszych na świecie. Może więc kiedyś, innym razem... Mamy tylko nadzieję, że Cejrowski coś dla nas zostawi... Ale cieszy nas strasznie, że natrafiliśmy na trop tego zwariowanego polskiego podróżnika. Mariusz i Piotrek opowiadają nam o nim jeszcze parę zabawnych historii.



Źródło: www.malyrycerz.com

1 2 dalej >>


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Chile: San Pedro i okolice
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Nepal i już: Sir Everest
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl