HAWAJE
01:48
CHICAGO
05:48
SANTIAGO
08:48
DUBLIN
11:48
KRAKÓW
12:48
BANGKOK
18:48
MELBOURNE
22:48
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Autostopem w świat » AWŚ 7; 5`1999; Z Kalifornii do Stolicy
AWŚ 7; 5`1999; Z Kalifornii do Stolicy



with the low tide you could go far
5 maj 1999
W końcu. Wysłaliśmy do Polski paczki z rzeczami. Kosztowało to kupę kasy, ale cóż, jak jest się tak przywiązanym do rzeczy... Na szczęście już poszło. Z głowy. Jeszcze masę rzeczy pozałatwialiśmy w tym ostatnim dniu: resztę ciuchów oddaliśmy do "Good Will Store", umyliśmy Jasonowi samochód, (który był przecież naszym domem przez jakiś czas), zdemontowaliśmy (tzn. Chopin) ściany naszego pokoiku, sprzątnęliśmy z grubsza mieszkanko, poodpowiadaliśmy na e-maile. Jeszcze dosłownie przed samym wyjazdem wskoczyliśmy po raz pierwszy do basenu w naszym kompleksie.


Pożegnanie z mieszkankiem. Jeszcze do mnie nie dociera, ze tyle za sobą zostawiamy: kawiarenkę, moje środowe medytacje i wykłady, księgarenki, przyjaciół. Poza tym wszystkie wygody osiadłego życia: komfortowe mieszkanko, wyposażoną kuchnie, samochód, rower.
Ale nic, ruszamy.



6 maj 1999

Pojechaliśmy wczoraj z Jasonem niezłych parę godzin. Jedziemy w stronę San Diego, odwiedzić Jasona brata. Zatrzymaliśmy się dopiero około 3 w nocy, w jakimś małym miasteczku nad Oceanem. Jason nie mógł się dostukać, aby otworzyli jakiś pobliski motel, wiec - czemu nie? Plaża! Śpiwory pod palma nad szumiącym Oceanem. W miarę ciepła noc, tzn. dla mnie ciepła, bo mogłam się przytulić do Chopinka, mojego niezawodnego piecyka. Budzimy się nad ranem - nie ma Jasona. Poszedł się przejść, bo nie mógł spać - zimno, budził go jakiś pociąg (ja nie słyszałam, bo spałam), potem pies... No cóż. Ale sam przyznał: "A view like this: if you`re in it - it`s free. If there`s a wall and a window between you and it - you pay". On woli zapłacić.

Ale ruszamy dalej. Po drodze różne plaże. Przystanek na pyszne "smoothie" (moje ze świeżo wyciśniętego soku z marchewki, papai i daktyli). Kawałek dalej, patrzymy - wegańska, organiczna restauracja. Wchodzimy, okazuje się, ze otworzyła się parę lat temu jako zupełnie surowa, ale musieli jednak wprowadzić też gotowane (niewiele jeszcze ludzi poznało "pierwsze prawo natury", albo chce według niego żyć). Na tym nie koniec - miła właścicielka, okazuje się, że rozmawia z Jasonem po hebrajsku, a z nami płynnie po polsku. Co za "zbiegi okoliczności?". Wrócimy tu jeszcze na obiad.

Dalej do centrum San Diego. Bardzo wyluzowane miejsce, wszyscy jakby byli na wiecznych wakacjach, surfują, opalają się, piją piwo. Pełny relaks. Spotykamy się z Jasona bratem i jego dziewczyną, która jest jak Chopin tybetańską buddystką i wróciła niedawno z Nepalu.

7 maj 1999, Meksyk

Cud prawdziwy, że mogę znowu w tym pamiętniku pisać. Myślałam już, że rozstałam się z nim na zawsze. MEKSYK. Parogodzinna wycieczka do Tijuany. Ale w sumie to nasza wina, a właściwie moja. Że nie noszę wszystkich rzeczy przy sobie. Że zostawiłam plecaczek ze wszystkimi dokumentami i aparat na siedzeniu samochodu. Wyszliśmy tylko na trochę, kupić mango, przejść się po uliczkach. Wracamy. Rozbita szyba. Nie ma aparatu (całej torby ze wszystkimi obiektywami i całym sprzetem) i plecaczka. Plecaczka ze wszystkimi moimi dokumentami (paszport, wiza, karta z banku, wszystkie dosłownie dokumenty, poza tym notesiki z adresami wszystkich ludzi, jakich znam, w Polsce, w Europie, na świecie. Siedząc na krawężniku przy samochodzie z rozbitą szybą zaczęłam przypominać sobie wszystko, co zginęło: mój pamiętnik (!), film w aparacie do połowy wypstrykany, a ja przywiązuję się do każdego zdjęcia, jakie pstrykam, mój notesik najmniejszy z cytatami, nowo kupiona książka Susuki Roshi, szwajcarski scyzoryk, itp. Drobiazgi, ale ciężko, jak się do nich przywiązało. Różne myśli: "czy jest to dla mnie karmiczna lekcja – nie przywiązywania się tak do rzeczy, czy wszechświat próbujący udowodnić mi, że będę w stanie żyć i funkcjonować bez rzeczy, o których myślałam, że są mi niezbędne, moje, niezastąpione?" Potem wizja - nie mogę wrócić do Stanów - bez paszportu, bez wizy, nikt nie wie, że wyjechałam ze Stanów tylko na parę godzin. Co teraz?

Chopin z Jasonem poszli zatelefonować na policję. Choć co teraz można zrobić? Już po fakcie. Stało się. Przepadło. I w tym momencie stał się cud. Inaczej tego nie można nazwać. Podjeżdża policyjny samochód. I wracają chłopaki: "Hej Kinga! Znaleźli twoje rzeczy!" Rzeczywiście - mój czerwony plecaczek, moja torba fotograficzna. Na tylnym siedzeniu gościu w kajdankach. Policjant nie mówi po angielsku. Złodziej owszem. "why did you do it?" - pytam. "Why did you leave it there?"- otrzymuje odpowiedz. I przeprosiny.

Tyle z naszej wycieczki do Meksyku. Nie chcieliśmy spisywać raportu i wsadzać gościa do wiezienia. Ale i tak tam trafi, bo to nie jego pierwszy raz.

Z powrotem w Stanach. Chopin właśnie wstawia kupione nowe okno do samochodu. Sama szyba ok. 60$, wstawienie 120$!, więc wstawimy sami, tzn. Chopin wstawi, używając jedynie odzyskanego scyzoryka zamiast śrubokrętu.

8 maj 1999

Pożegnaliśmy się z Jasonem. Po pięciu miesiącach spędzonych razem. Zostawiliśmy prace, mieszkanko, samochód, rowery. Ruszamy w drogę. Zamykamy jeden rozdział naszej podroży, zaczynamy kolejny.

Jason przywiózł nas jeszcze do Eli w Los Angeles (mojej cioci), u której dziś nocujemy i która jutro wywiezie nas w dobre miejsce do złapania stopa.

9 maj 1999

"We`re all alone. My Lady and me, far away from home, and the weather don`t agree. Please, Lord, let us get to our destination" - napis czarnym flamastrem na słupie przydrożnym, właściwie na latarni, po drodze do Las Vegas, gdzieś, nie wiem nawet, jak się ta miejscowość nazywa. W każdym razie chyba utknęliśmy. A jeszcze daleko. Nie wiem, co się dzieje. Ela odwiozła nas na dobrą autostradę pędzącą prościutko do Vegas (jakieś 4 - 5 godzin drogi) i zostawiła nas tam z samego rana o ósmej. Na pierwszego stopa przyszło nam czekać ponad trzy godziny. A teraz w tym miejscu znowu. Przestałam już liczyć czas. Czyżbyśmy zapomnieli, jak się to robi? Czy może to lekcja pokory i cierpliwości? I pozbycia się wyobrażeń i oczekiwań. Myślałam, że zawitamy w Las Vegas wczesnym popołudniem. A okazuje się, że... zawitamy, jak zawitamy. Wtedy, kiedy ktoś nas stąd zabierze i tam zawiezie. Jeśli zabierze. No nie, teraz to już chyba przesądziłam, zapomniałam o odwiecznym prawie stopowania, że prędzej czy później, ale zawsze ktoś się dla ciebie zatrzyma. Jeśli będziesz mieć na tyle wytrwałości i nie zrezygnujesz. My nie mamy wyjścia.

10 maj 1999

Odwieczne prawo zadziałało. Po pięciu godzinach chyba. Zatrzymał się młody gość. I dotarliśmy do stolicy hazardu. Zostawiliśmy plecaki w "Treasure Island" (hotel i kasyno jednocześnie) i ruszyliśmy. Takiego czegoś nigdy jeszcze nie widziałam. Prześcigające się pomysłowością hotele i kasyna, olbrzymie, oszałamiające kompleksy, jeden koło drugiego, ciągnące się kilometrami. Mały Nowy Jork z oświetlona Statuą Wolności, mała Wenecja, Egipt z olbrzymim Sfinksem (hotel i kasyno w kształcie piramidy - niedawno jeszcze podobno piramida górowała w Las Vegas, teraz wydaje się mała w cieniu nowowybudowanych obok olbrzymich hoteli. I jest to ciągle rozbudowujące się, najszybciej rosnące w Ameryce miasto. Pośrodku pustyni. Mają tereny do rozbudowy. Wszystko otwarte, niezależnie od dnia tygodnia, czy pory dnia czy nocy. I wszędzie tłumy. Powłóczyliśmy się do północy, ale byliśmy zbyt padnięci, za bardzo, aby grać, czy cokolwiek robić, więc tylko poszukaliśmy kąta do przespania się, trochę poza główną ulicą, pod jakimiś autostradami w budowie (przynajmniej w miarę spokojnie)

A dziś - Las Vegas za dnia. W nocy wygląda bardziej imponująco. Znalazłam, co chciałam - tanią ruletkę. Żetony za 25 centów. Wiem, że nie mam szczęścia do gier hazardowych i wygrywania pieniędzy (czy znaczy to, że mam szczęście w miłości? Chyba tak), ale musiałam zagrać. Za 10 dolarów tylko. Przegrałam, oczywiście, ale ze dwie godziny sobie pograłam, wygrywając i przegrywając po trochu.

Czas już był iść dalej. W stronę Wielkiego Kanionu. Tylko wydostać się z miasta. Nie myśleliśmy, że tyle nam to zajmie. Wlekliśmy się z ciężkimi plecakami na autostradę i nie wiem, czy bym się dowlokła, gdyby nie wózek, który uratował mi życie. Supermarketowy, metalowy wózek znaleziony po drodze, który przejął nasze bagaże. Już po zmroku zatrzymał się dla nas gościu, który podwiózł nas nieduży kawałek, ale poza miasto - nad jezioro!

11 maj 1999

Jak cudownie? Obudzić się na końcu drewnianego pomostu nad olbrzymim jeziorem otoczonym górami. Wieczorem spokojne, a dziś rano fale. Jezioro przywitało na mokrym pocałunkiem fali o świcie. Akurat słońce wychodziło zza góry. Za chwilę ruszamy.

No to jesteśmy...

Źródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto kliknąć

1 2 3 4 dalej >>


w Foto
Autostopem w świat
WARTO ZOBACZYĆ

USA: Narty w Kolorado
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Ch 8; Kanding, Litang
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl