HAWAJE
18:56
CHICAGO
22:56
SANTIAGO
01:56
DUBLIN
04:56
KRAKÓW
05:56
BANGKOK
11:56
MELBOURNE
15:56
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Autostopem w świat » AWŚ 2; 11`1998; USA - Kanada - USA
AWŚ 2; 11`1998; USA - Kanada - USA



Enough of Alaska - we`re going back. Temperature near 0
1 listopad 1998
Obudziłam się ze wspaniałym pomysłem. Mięliśmy jechać z Wojtkiem na północ do Prince Rupert, Wojtek w interesach, my na przyczepkę, ale nie wyszło. Więc... pojedźmy sami. Też na północ, tylko jeszcze dalej. Mamy adres servasowy kobiety w Whitehorse w Yukon. Pojedźmy...


Pierwszy dzień naszej wyprawy. Wiem, jesteśmy szaleni, o tej porze roku... Ale to nic. Dojechaliśmy przepiękną, kretą drogą za Whistler, gdzie już wieczorem myślałam, że zatrzęsę się z zimna na śmierć, czekając bezskutecznie na stopa (co będzie później, dalej na północy?). W końcu zatrzymał się chłopak i podwiózł do małego osamotnionego sklepiku. Napiliśmy się cieplej herbaty i ruszyliśmy dalej. Pieszo. Pusta droga przed siebie. I tylko księżyc w pełni.

I nic już nie jedzie, a my sobie idziemy. Cudownie. I nawet ciepło się zrobiło. Mogłabym tak iść i iść, a przynajmniej tak mi się wydaje, ale trafiliśmy w końcu na opuszczony budynek, chyba dawną szkółkę. Zagracona, bez niektórych okien, ale jest dach nad głową. Rozkładamy śpiwory. Wyczerpuje mi się latarka, tak że kończę na dziś pisanie.



Tutaj już pełno śniegu. Chopin w swoim żywiole. A ja nie lubię zimy, pięciu warstw ciuchów, szalików, czapek, zimnego nosa, krótkich dni, szarości. Chciałabym, jak te niedźwiedzie, o których tyle słyszymy, a których jeszcze nie mięliśmy okazji oglądać, obudzić się na wiosnę, kiedy świat ożywa i można boso chodzić po trawie.

Ale przyznam, że chwilami jest pięknie. Jak idziemy pustą drogą. Alaska Highway. Po obu stronach tylko ośnieżony, niezmierzony las. Do najbliższej osady sto kilkadziesiąt kilometrów. Warto było po to przyjechać. I taka niesamowita cisza, jak zatrzymamy się na chwilę... Bo normalnie to ciągłe szuranie butów o śnieg, szelest kurtki. I raz na jakiś czas z daleka odgłos nadjeżdżającego samochodu, częściej ciężarówki. Zatrzyma się, czy przejedzie? Już po zmroku zatrzymał się młody chłopak ze słowami: " You guys are crazy". Wiemy.

3 listopad 1998

Wieczór. Namiot w lesie. I nasze pierwsze podczas tej podróży ognisko. W okolicy William`s Lake. Kanada jest cudowna. Chociaż obaliła dzisiaj moje dwa silne mity autostopowiczowe. Pierwszy, że jak jest droga, to musza być i samochody. Drugi, że jak droga jest tak nieuczęszczana, że jedzie tylko z rzadka jakiś samochód, to na pewno się zatrzyma. No cóż... Rano, aby nie zamarznąć, zaczęliśmy iść. Pustą drogą do przodu. Już dawno tak nie szliśmy sobie. To znaczy wczoraj w nocy, ale poza tym to dawno. Niesamowite widoki. Góry, skały, ośnieżone szczyty, jeziora. Zaczęło się pod górę. I coraz cieplej. Zdjęłam gorące rękawiczki i czapkę. Potem polar i bluzę, a jak się zatrzymaliśmy, aby odpocząć w przydrożnych skałkach, Chopin zdjął całą mokrą koszulkę. Po dwóch godzinach marszu zatrzymał się jeden osiadły w Kanadzie Niemiec. A potem kierowca wspaniałego, olbrzymiego tira, który wybiera się do Polski na poszukiwanie żony.

4 listopad 1998

Los poddaje nas próbom, ale w końcu wynagradza za wytrwałość, a raczej za upartość. Śpimy dziś u Mike`a, który zabrał nas z Quinsel do Fort St. John, kilkaset kilometrów. Po ponad dwóch godzinach czekania w kapiącym deszczu i zimnie przy drodze. I po obudzeniu się w mokrym namiocie. Wilgotne śpiwory, mokre plecaki, przemoczony doszczętnie namiot. A większość zdrowych, normalnych ludzi jedzie w przeciwnym kierunku, tzn. na południe. Chopin pytał się kilka razy, czy na pewno nie chcę wrócić.

5 listopad 1998

Tylko my możemy mieć takie szczęście. Gościu, który zabrał nas znowu po dwóch godzinach powolnego umierania z zimna przy drodze, powiedział nam, że w Fort Nelson jest darmowe schronisko. I oto jesteśmy. Schronisko okazało się być "Men`s Hostel", dla kanadyjskich facetów podążających na północ w poszukiwaniu pracy przy rurociągach. Ale oczywiście nie pozwoliliby nam spać na dworze, tak więc dostaliśmy prywatny, przytulny pokoik i kupony na posiłki w restauracji. Lepiej być nie może.

Tutaj już pełno śniegu. Chopin w swoim żywiole. A ja nie lubię zimy, pięciu warstw ciuchów, szalików, czapek, zimnego nosa, krótkich dni, szarości. Chciałabym, jak te niedźwiedzie, o których tyle słyszymy, a których jeszcze nie mięliśmy okazji oglądać, obudzić się na wiosnę, kiedy świat ożywa i można boso chodzić po trawie.

Ale przyznam, że chwilami jest pięknie. Jak idziemy pustą drogą. Alaska Highway. Po obu stronach tylko ośnieżony, niezmierzony las. Do najbliższej osady sto kilkadziesiąt kilometrów. Warto było po to przyjechać. I taka niesamowita cisza, jak zatrzymamy się na chwilę... Bo normalnie to ciągłe szuranie butów o śnieg, szelest kurtki. I raz na jakiś czas z daleka odgłos nadjeżdżającego samochodu, częściej ciężarówki. Zatrzyma się, czy przejedzie? Już po zmroku zatrzymał się młody chłopak ze słowami: "You guys are crazy". Wiemy.

6 listopad 1998

Trzysta któraś tam mila Alaska Highway. Pobijamy nowe rekordy. Gdyby ktoś mi powiedział, że będziemy czekać na stopa pięć godzin, nigdy bym nie uwierzyła. Tu, na takim mrozie. Nie da się stać, bo by się zamarzło. Wiec szliśmy. We mgle. Na północ. Od tego marszu nawet zrobiło się ciepło, tylko plecaki zrobiły się jakieś cięższe. Stanęliśmy. Usiedliśmy na plecakach przy drodze. Fajnie, tylko po chwili zimno. I coraz zimniej. Chopin wyjął kocyk i otulił mnie szczelnie. Teraz już bym się stad nie ruszyła. Jednak zimno przedarło się też przez kocyk. I mój genialny Chopinek wpadł w związku z tym na najcudowniejszy pomysł. Ognisko. Ciepło, gorąco... Po obu stronach drogi las, drewna starczy nie tylko do wieczora, ale i na najbliższy miesiąc. Nie wiem, czy to pocieszające. Nieważne, ważne że jest ciepło, że zrobiliśmy sobie tosta na ognisku i nawet ogrzały mi się ręce, na tyle, że mogę pisać. Tylko czy ktoś się w ogóle zatrzyma?

Noc. Wygląda na to, że chyba się tu osiedlamy. To znaczy już ze trzydzieści kilometrów dalej, przy drugim ognisku, gdzie od Alaska Highway odbija droga w stronę Northwest Territories. Czyli nawet nie mamy szans wrócić do miasteczka. Chopin znalazł wodę. Ugotowaliśmy ryż, zrobiliśmy herbatę. Przydaje się wojskowa menażka kupiona na targu w Szwajcarii. Chopin poszedł po spotkanego rano Indianina, który tez czekał na stopa, tylko kawałek dalej. Chcieliśmy zaprosić go na posiłek. Już go nie było. A my jesteśmy.
Cały dzień szaro i mgliście, a koło piątej chyba zapadła niepostrzeżenie ciemność zupełna. Świeci tylko nasze podtrzymywane z czułością ognisko. Z zapadnięciem zmroku przestało cokolwiek jeździć. Czasem tylko przemknie jakiś zbłąkany szaleniec, ale nie szalony na tyle, aby zatrzymać się pośrodku ciemności, w środku lasu dla jakichś podróżujących maniaków. Cóż, pozostaje nam tylko podtrzymywać ogień i przetrwać do rana. Czeka nas długa noc. Przywlekliśmy zapas drzewa i stwierdziliśmy, że razem tyle nie wyrobimy, więc będziemy spać na zmianę. Rozłożyliśmy izomaty i śpiwory i pierwszy śpi Chopin. Mówi, że cieplutko. Ja jestem stróżem ogniska. Uwielbiam patrzeć w ogień.

7 listopad 1998

A jednak! Nasz Duch Opiekuńczy nas nie opuścił. Wiedział na co kazał nam czekać. A czekanie było magiczne. Wydaje mi się, jakby wszystko było snem. Patrzenie w ogień tak mnie pochłonęło, że ponad pięć godzin minęło niepostrzeżenie. Około drugiej nadszedł czas, by się zmienić. Powlokłam się jeszcze z Chopinem po drzewo, aby starczyło do rana. Wyjęłam swój śpiwór, włożyłam jeden w drugi, wgramoliłam się do środka, buźki na dobranoc i odlot. Nie wiem, jak długo spałam, ale spałam tak mocno, że jak Chopin mnie obudził: "Wstawaj, mamy stopa na Alaskę!", nie wiedziałam, o co chodzi. A jak już do mnie dotarło, to myślałam, że głupio żartuje. Ale patrzę, nie - stoi van, a Chopin pospiesznie zbiera nasze rzeczy. Tak więc jedziemy.

Colon jedzie aż do Anchorage na Alasce. Będzie przejeżdżał przez Whitehorse w Yukon, tam dokąd my jedziemy. Ale nie wiem, czy wysiądziemy. Chopin mówi, że jestem szalona. Ale ja wiem, że to znak. Nie zatrzymał się bez powodu.

Kolejna rzecz jak ze snu. Ciągle ta sama noc. Śpię na łóżku, w ciepłym, przestronnym vanie. Włączone na full ogrzewanie, wydaje mi się, że to ognisko, ciągle czuję zapach ognia. Dym. Odlatuję. Budzi mnie Chopin: "Kinga, zobacz! Zorza Polarna!". Northern lights. Zatrzymujemy się, wychodzimy na zewnątrz. Czyste, gwiaździste niebo i przedziwne, zmieniające się smugi światła. Zielone. I żółtawe. Jedziemy dalej i za chwile powoli, przechodzi nam przez drogę los. Potem drugi. Czy ja na pewno nie śnię? To w nocy, a przed chwilą zrobiłam zdjęcie stadku reniferów.

8 listopad 1998 - Alaska

Tak, JESTEŚMY NA ALASCE! Ciągle nie mogę uwierzyć. Przejechaliśmy z Colonem około dwóch tysięcy kilometrów, prowadziliśmy wszyscy, na zmianę. W Whitehorse, tam gdzie mięliśmy jechać, zatrzymaliśmy się tylko na lunch. I jesteśmy już w Anchorage, największym mieście Alaski, ok. 250 tys. ludzi, czyli więcej, niż w całej reszcie Alaski.

W takim miejscu jeszcze nie spaliśmy. Brother Francis Shelter, czyli schronisko dla bezdomnych. Tłum dziwnych, ciekawych ludzi. Dziwnie na nas patrzą, pytają, czy na pewno wiemy, że to nie schronisko młodzieżowe. Ale jest w porządku. Ciepło, dach nad głową, materace, czysta pościel. Tylko oddzielnie kobiety, oddzielnie mężczyźni. Cóż... A w sali telewizyjnej serwują posiłek, ryż z jakimś gulaszem mięsnym. Bierzemy tylko ryż. I tak jest dobrze. Tylko o siódmej rano trzeba się stad wynieść. Z bagażami. I o piątej po południu można przyjść z powrotem. Ale to jutro.

9 listopad 1998

Nie mogę uwierzyć, że marzenia aż tak się spełniają. Tak po prostu. Wystarczy pomyśleć. Już wczoraj, jak wjeżdżaliśmy do Anchorage i widzieliśmy lotnisko z małymi, prywatnymi samolotami, miałam krótką wizję. Polećmy! I dziś z rana, po śniadaniu w przytułkowej stołówce nie mieliśmy pomysłu, co dalej robić. Ja wiedziałam. Chodźmy na lotnisko. Mało prawdopodobne, ale można spróbować. Oczywiście, można sobie wykupić flying tour za kilkaset dolarów dla turystów, ale to nas mało interesowało.

Łazimy wiec wśród oszronionych dwu lub czteroosobowych awionetek i zastanawiamy się, czy ktoś w ogóle będzie gdzieś dziś leciał i jeśli tak, czy nas zabierze. Ogólnie jest pusto, samoloty drzemią jeden obok drugiego zimowym snem. Ale... coś słyszymy, jakby odgłos silnika. Idziemy w jego stronę. Człowiek w małym, żółtym samolociku, gotowy do startu. Wystawiamy kciuki, tak jak zawsze gdy łapiemy stopa. Samolot podjeżdża. Rozmawiamy z mężczyzną: Dokąd chcecie lecieć? Dokądkolwiek? To świetnie. Let`s play. Może zabrać tylko jedną osobę. Lecę pierwsza. Polatamy przez półtorej godziny, potem zmiana.

Aparat. Słuchawki na uszy. Pas. Wzbijamy się. Marzenia się spełniają. Zostawiamy za sobą Anchorage. Lecimy w stronę pobliskich gór. - Chcesz pokierować? Trzymaj stery. Tylko nie zderz się z tą górą. I tak oto pierwszy raz w życiu prowadzę samolot. Na Alasce! Widoki zbyt niesamowite, aby je opisać. Super pogoda, zero wiatru, niebieskie niebo, wschodzące zza gór słońce. Skaliste, ośnieżone góry. Oszronione doliny. I lodowiec. Lądujemy na chwilę w dolinie pomiędzy górami. Potem lecimy nisko, nad samą wodą jakiejś rzeki, a z prawej strony wyrasta wielka, popękana ściana lodowca. I powrót ponad górami. Robimy trzy kółka w powietrzu, aby wzbić się wystarczająco wysoko, aby nie zderzyć się z górą. W samochodzie na lotnisku czeka Chopin. Dolewka paliwa w skrzydła samolotu. I zmiana. Teraz Chopin ogląda Alaskę z góry, a ja siedzę sobie w ciepłym samochodzie Roberta i piszę. Czy to naprawdę się wydarzyło? I co się jeszcze wydarzy? Wiem już, że wystarczy pomarzyć. Ale o czym tu jeszcze marzyć? Nie wiem, czy mam wystarczająco bujną wyobraźnię.

Wieczór. Z powrotem w schronisku. Wszędzie, gdzie spędzam więcej niż jedną noc, czuję się jak w domu. Znajome twarze. Wszyscy nas witają, pytają, jak minął dzień. A dzień minął ciekawie. Robili zakłady, większość obstawiała, że już tu, tzn. do schroniska nie wrócimy.

Źródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto kliknąć

1 2 3 dalej >>


w Foto
Autostopem w świat
WARTO ZOBACZYĆ

USA, Alaska: Grzyby
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

MX 2; Acapulco - wieczór iguany
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl