HAWAJE
17:06
CHICAGO
21:06
SANTIAGO
00:06
DUBLIN
03:06
KRAKÓW
04:06
BANGKOK
10:06
MELBOURNE
14:06
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » @ do Chin » @dC 17: Milicjanci i mnisi
@dC 17: Milicjanci i mnisi

Krzysztof Skok


O tym, że Chiny to państwo policyjne (a właściwie milicyjne) Krzysztof Skok przekonał się na własnej skórze. W dzisiejszym odcinku opowieści o jego długiej drodze do Pekinu na dwóch kołach dowiemy się między innymi jak dyskretnie pozbyć się dziwnego przybysza z ulicy oraz w jakim języku powinni mówić Polacy. Nie zabraknie jednak też kolejnej dawki dowodów na to, że podróżnikom sprzyja nie tylko szczęście, ale też napotkani ludzie.




27.07.2008, niedziela, 111 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Długa droga na szczyt
O 4.42 obudziło mnie pukanie do drzwi - to jedna z córek przyszła mnie obudzić. Po chwili znowu pukanie - tym razem matka. O 5.10 byłem już w drodze. Pomimo tak wczesnej pory, ruch w miasteczku i na wyjeździe był niemały. Celem dnia było dotarcie do szczytów Wutai Shan. Na początek miałem 34 km podjazdu do granic parku. Dotarłem tam ok. 10-tej. Wspinaczka momentami była niesamowicie ciężka, ale i widoki zapierały dech w piersiach (przez cały dzień była bardzo dobra widocznosc). Tam odpocząłem, zjadłem i ruszyłem dalej w kierunku Szczytu Północnego - 3058 m.n.p.m. Niby tylko 10 km, z czego 4 km praktycznie płaskie. Ale pozostałe 6 km to mordercza wspinaczka. Powietrza brakowało. Bywało, że schodziłem z roweru i trochę go pchałem, aby znowu wsiąść i próbować jechać. Ale Szczyt to wszystko wynagrodził. Ładna słoneczna pogoda (tylko zimny wiatr) pozwoliła na podziwianie wspaniałych widoków na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów. Tam też usytuowana jest jedna z ładniejszych Świątyń, Lingying Si. Po zwiedzaniu poszedłem poprosić mieszkających tam mnichów o wodę (moje zapasy mocno się skurczyły, a sklepów nie było). Dostałem nie tylko wodę, ale i jedzenie - obiad. Ze Szczytu Północnego ruszyłem szlakiem pasterskim do Szczytu Środkowego i Świątyni Yanjiao Si. Kamienie podczas 4 km zjazdu były tak duże, że momentami musiałem schodzić z roweru i go prowadzić. "Na dole" była mała Świątynia (nawet nie udało mi się ustalić jej nazwy), a następnie 6 km wspinaczki polną (kamienistą) drogą. I wreszcie Szczyt. Padałem ze zmęczenia. Zwiedziłem Świątynię, napiłem się wody u mnichów i ruszyłem w drogę do Szczytu Zachodniego i Świątyni Falei Si. 3 km w dół i tyle samo wspinaczki polną drogą. Tam dłużej odpocząłem, a mniszki po zwiedzaniu zaprosiły mnie na posiłek i dały jeszcze 8 boazi na drogę! I na tym się nie skończyło. Przywołały jednego z mnichów, coś mu powiedziały i pokazały mi, abym za nim poszedł do Świątyni. Tam był drugi mnich. Obaj chwilę porozmawiali, a następnie wręczyli mi 200Y! Nie zaakceptowali mojego "nie"!


Następnie miałem 16 km zjazdu wyboistą, polną drogą. Po drodze mijałem dwie świątynie - jedna z nich ma bardzo ładną, charakterystyczną wieżę. Miałem tam nawet nocować, ale gdy zaznaczyłem, że nie mam pieniędzy, temat upadł. Po 19-stej dotarłem do asfaltowej drogi i Świątyni Jinge Si. Już zamykano, ale młody mnich pozwolił jeszcze mi i grupie z busa wejść do środka. Później gdzieś znikł i nie było jak z nim zagaić tematu noclegu. A doglądający "cywil" chciał tylko pozbyć się ludzi i mieć wolne. Przed 20-stą byłem przed Świątynią, bez noclegu. Ruszyłem do stojącego w pobliżu dużego domu. Tam uzyskałem informacje dotyczące drogi do kolejnego szczytu i innych świątyń. Wg miejscowego najbliższe obiekty były oddalone o 20 km. Była 20.00 i praktycznie ciemno. Poczęstowali mnie jedzeniem, ale o noclegu nie chcieli słyszeć. A ok. 20.30 wszyscy schowali się w domu, zostawiając mnie przed nim samego. Nie wiele namyślając się, ruszyłem do bocznego wejścia do Świątyni (do głównego były długie schody). Tam po dłuższym pukaniu pojawił się ww. mnich. Bez słów wpuścił mnie do środka, zamknął rower, a mnie najpierw zaprowadził do kuchni (wędrowca trzeba nakarmić), a następnie do pokoju. Nie dał tylko jednego - wody. Ok. 22-giej kładłem się spać najedzony, ale brudny.

Dystans dnia – 78,96 km
Czas jazdy – 7:59:05 h
Średnia prędkość – 9,88 km/h

28.07.2008, poniedziałek, 112 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
W świątyni
Wstałem o 5.30. W sąsiednim pokoju znalazłem trochę wody w termosie, którą wykorzystałem do umycia się. Kiedy wychodziłem ze swojego budynku, zauważył mnie jeden z robotników i zaprowadził mnie do kuchni na śniadanie.Przed 7-mą ruszyłem w drogę. Na początek był Szczyt Południowy i Świątynia Puji Si. Pierwsze 3 km były względnie płaskie, ale później było 10 km podjazdu polną, kamienista (momentami stroma) droga. Zbaczając ok. 1 km najpierw dotarłem do małej, zaniedbanej Świątyni Gunanthay. Tam trzech mnichów zaprosiło mnie na śniadanie. Stamtąd miałem już tylko 3 km drogi do Puji Si. Tam chwile odpocząłem i trzeba było ruszać dalej. Około południa, praktycznie cały czas zjeżdżając (było chyba tylko 3 km podjazdu) dotarłem do Świątyni Longquan Si. Następnie zwiedziłem Świątynie Zhenhai Si, Puha, Nanshan Si i Shancai Si. Są one położone niedaleko od siebie (jadąc od jednej do drugiej maks. 3 km). Ale do każdej, na sam koniec, był kilkusetmetrowy, stromy podjazd. I tak dotarłem do wioski (miasteczka) Taihuai, która jest położona w dolinie otoczonej szczytami Wutai Shan. Jest tu niezliczona ilość świątyń. Ja ograniczyłem swoje zwiedzanie do Wanshai, Shuxiang Si, Tayuan Si, Xiantong Si i kilku pomniejszych. Ok. 18-stej doszedłem do wniosku, że mam już dosyć świątyń na dziś. Na dodatek musiałem znaleźć kafejkę internetową, aby zgrać zdjęcia z aparatu na pamięć. W kafejce jednak komputery nie miały wejść USB! Ale obok był zakład fotograficzny i tam już nie było problemu. O 19-stej stwierdziłem, że pora rozejrzeć się za noclegiem. Postanowiłem tą noc spędzić u mnichów w Świątyni Bishan Si, położonej 2 km za miastem w kierunku mojego ostatniego Szczytu. Kolo Świątyni spotkałem mnicha, któremu na migi pokazałem, że cały dzień jeździłem po górach i jestem wyczerpany (faktycznie tak było). Zaprosił mnie do środka (było już zamknięte) i przekazał innemu mnichowi. Ten dał ciastka do jedzenia (podobne do słodkich bułek) i herbatę. Później zaprowadził mnie do pokoju, który dzieliłem z dwoma sympatycznymi mężczyznami (jeden chyba tam pracował). Poczęstowali mnie mlekiem z kartonika i ciastkami. Korzystając z dostępu do bieżącej, ciepłej wody, wypłukałem codzienne ubranie. Jeszcze przed 22-gą poszliśmy spać.

Dystans dnia – 57,93 km
Czas jazdy – 4:55:28 h
Średnia prędkość – 11,76 km/h

29.07.2008, wtorek, 113 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Świątynia we mgle
O 5.10 była pobudka (jeden z moich kompanów wstał o 4.00 na modlitwę), aby zdążyć na śniadanie o 5.30. Wszyscy zebrali się przed stołówką przed czasem. Kiedy otworzono punktualnie drzwi, każdy zajmował miejsca wg ważności. Naprzeciwko wejścia było podwyższenie ok. 1 m, a po lewej i po prawej stronie ustawiono ławy tak, aby każdy widział "szefa". Przy głównej alejce siedzieli najważniejsi mnisi, a z tyłu robotnicy. Najpierw była modlitwa wygłoszona przez jednego z zacniejszych, a później wszyscy śpiewali. Następnie każdy ustawił swoje dwie miski równo z brzegiem stołu i cierpliwie czekał, aż kucharze do jednej nałożą kaszy jęczmiennej (gęstawa zupa), a do drugiej rożnego rodzaju surówek i sałatek oraz boazi lub mantou. Wówczas każdy jadł tak szybko jak tylko mógł. Kucharze w tym czasie chodzili i uzupełniali te miski, które były ustawione z brzegu stołu (nie musiały być puste). Kiedy najważniejszy z mnichów skończył jeść, kucharze rozpoczęli zbieranie misek. W tym czasie wszyscy śpiewali. Następnie śpiewając, wszyscy w parach udali się do Świątyni na modlitwę. Ja szybko się spakowałem i poszedłem zwiedzać z moim współlokatorem Bishan Si. O 6.45 bylem już w drodze. Miałem przed sobą 12 km wspinaczki asfaltową drogą do granic parku, a następnie jeszcze 3 km polną, kamienistą drogą na Szczyt Wschodni i do Wangai Si. Udało się. Piąty, ostatni Szczyt, został zdobyty! I to na tyle radości. Była bardzo silna mgła i strasznie zimno. Przed zjazdem do Shahe (37 km), jeden z robotników poczęstował mnie gorącą wodą i mantou. Kiedy ok. 13-stej zjechałem do Shahe, zastałem upalną, letnią pogodę. Od razu udałem się do znanego mi sklepiku i kobiet zza ściany. One też od razu zaproponowały mi nocleg oraz żebym sobie zrobił pranie w łazience. Później jeszcze musiałem zeszyć swoje sportowe buty oraz trochę wyczyścić rower. Byłem także w kafejce internetowej. A ok. 21.40 (15.40 czasu polskiego) była krótka rozmowa na antenie Polskiego Radia "Trójka". Tego dnia też ostatecznie potwierdziło się, że tylko niektóre SMSy z chińskiego nr telefonu dochodzą do Polski.

Dystans dnia – 53,08 km
Czas jazdy – 3:26:37 h
Średnia prędkość – 15,41 km/h

30.07.2008, środa, 114 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Świątynia Heng Shan
Przed 5-tą obudziły mnie gospodynie. Szybko się spakowałem i już o 5.15 bylem w drodze. Pierwsze 25 km było płaskie, a kolejne kilometry to ciężkie podjazdy (do 10 km) i miłe zjazdy. Pogoda była fatalna. Rano trochę kropiło, a przez cały dzień była mgła, przez którą próbowały się po południu przebić promienie słoneczne. Do południa właściwie tylko jechałem, jechałem i od czasu do czasu odpoczywałem. A przy okazji przyglądałem się chińskim wioskom. Są biedne i zaniedbane, ale mają "coś" w sobie. Ok. 12.30 zatrzymałem się na godzinny postój. Zrobiłem sobie solidny posiłek z witamin – szczypior, pomidor, ogórek, a do tego mantou. Na deser kupiłem sobie arbuza – jednak udało mi się zjeść tylko połowę. Reszta trafiła na bagażnik. Po przerwie ruszyłem zwiedzać. Okazało się, że tylko kilka kilometrów od mojego postoju jest wjazd na teren parku i do Świątyni Heng Shan. Dzięki legitymacji Uniwersytetu Gdańskiego za wjazd na teren parku zapłaciłem 12 Y (normalny 20Y). Po 5 km wspinaczki dotarłem na duży parking z restauracjami. Tu się okazało, że dalej mogę tylko pieszo lub kolejką linową. Początkowo nie miałem ochoty na wchodzenie, ale po godzinnym odpoczynku (odpowiedziałem na wszystkie zaległe SMSy) postanowiłem jednak wejść na górę. Był problem z pozostawieniem roweru – w barze chciano ode mnie za to 10Y. Na szczęście obok była Świątynia i tam już bez problemu koło kasy moglem go zostawić. Samo wejście, zwiedzanie Heng Shan i kilku mniejszych świątyń zajęło mi ok. 1,5h. Dzięki "plastikowej" legitymacji UG (chyba robi na miejscowych wrażenie) zapłaciłem za bilet 18Y – normalny 12Y. A po zwiedzaniu Wutai Shan doszedłem do wniosku, że jest to trochę przereklamowane miejsce, nastawione na komercję. Chociaż na pewno jest to ładne miejsce i gdyby nie mgła, mogłyby być fajne widoki. Na parkingu, jeszcze przed wejściem, poznałem grupę drogowców, w tym trzech chłopaków znających j. angielski. U góry jednak się rozłączyliśmy. Po odebraniu roweru zjadłem swojego arbuza i zjechałem do bramy parku. Tam ponownie spotkałem drogowców, którzy po chwili rozmowy zaproponowali mi, abym przenocował u nich w hotelu w Hunyuan – akurat mieli wolne łóżko. Do hotelu było 6 km zjazdu. Tam się umyłem i zjadłem solidną kolację (zostałem zaproszony do stołu szefa). Wieczorem jeszcze siedzieliśmy i rozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. To była ich ostatnia noc w hotelu – rano wszyscy się wyprowadzają. Jako prezenty od nich dostałem dwie duże paczki chińskiej herbaty oraz woskowy emblemat z Buddą. Ja im się odwdzięczyłem znaczkami "Teraz Polska".

Dystans dnia – 96,92 km
Czas jazdy – 6:05:57 h
Średnia prędkość – 15,89 km/h

31.07.2008, czwartek, 115 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Biały, który mówi w dziwnym języku. Ciekawostka!
Wstaliśmy po 5-ej. Było szybkie pakowanie się i sprzątanie pokoju, a o 6.30 śniadanie. Najedzony do syta, po 7-ej zrobiłem sobie ze wszystkimi pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem w drogę do Wiszącej Świątyni. Musiałem się wrócić prawie 5 km pod górę. Na miejscu okazało się, że studenci nie maju zniżek i muszą zapłacić 60Y. Nie warto. Świątynia bardzo ładnie i efektownie prezentuje się z zewnątrz, a w środku to nic specjalnego. Po zwiedzaniu, na parkingu spędziłem ok. godziny porządkując relacje z podroży innych ludzi (zwracałem uwagę, czy widzieli coś fajnego w okolicach Pekinu, czego nie ma w moim przewodniku).
Przed 11-stą wróciłem do Hunyuan. Chciałem udać się do kafejki internetowej, ale okazało się, że jest zamknięta na najbliższe dwa tygodnie. Zrobiłem więc zakupy i posiliłem się. Przy kupnie ciastek sprzedawca mnie oszukał – wbił podwójną cenę na wagę. Ale że wyszło raptem 1Y więcej to nie kłóciłem się, tylko przy wszystkich pokazałem mu, ze on nie jest "OK". O 12.30 ruszyłem w dalszą drogę (znowu góry). Miałem jeszcze wypisane przez Su Rui nazwy miejscowości, przez które planowałem jechać. Jednak Chińczycy nie maja wyczucia odległości (zazwyczaj zawyżają) i kiedy zacząłem się rozpytywać o kolejne miejscowości z mojej listy okazało się, że dawno przejechałem skrzyżowanie. Bardzo trudne jest ustalenie położenia, ponieważ rzadko kto zna chociaż trochę angielski, a znaki drogowe z podwójną pisownią nazw miejscowości pojawiają się tylko w miejscach turystycznych lub nowo ustawione na małych wioskach, których nie ma na mapach.


W wiosce Zhao Jiao Ping udałem się do centrum, celem ustalenia swojego dokładnego położenia (wiedziałem tylko, którą drogą jadę). Zagadnięta pierwsza z grupy osób kobieta nie chciała ze mną rozmawiać. Odesłała mnie do starca z dużą czerwoną opaską na ramieniu (było coś na niej napisane). Ten jednak tylko był w stanie pokazać, że mam się wracać, jeśli chcę dotrzeć do miejscowości z kartki. A ja nie musiałem – mogę jechać dalej prosto i odbić w innym miejscu.
Usiadłem na schodkach pierwszego domu z brzegu pokazując wszystkim (od razu zostałem otoczony przez kilkudziesięcioosobową grupę tubylców), że bolą mnie nogi i nie mam siły jechać dalej (faktycznie tak było – góry wyczerpały). Dość dobrze ubrany mężczyzna przyniósł mi ze sklepu dwie parówki (wędliny sklepowe są bardzo niedobre), 3 zupki chińskie (do zjedzenia na sucho!) i wodę mineralna. Po chwili przyprowadził także chłopaków znających trochę j. angielski. Później udostępnił mi swoje biuro do spania z łóżkiem (nie wiem co to za miejsce, ale chyba jakieś państwowe – wisiała flaga chińska i portrety przywódców). Była też woda do umycia się. Niewiele mi jednak to pomogło, ponieważ pomimo padającego deszczu było tak parno, że od razu bylem mokry od potu. Przed 20-stą została przyniesiona kolacja – znowu makaron (jem go więcej niż ryżu). Przez cały czas towarzyszyło mi 2-3 chłopaków znających trochę j. angielski. Kiedy o 21.30 kładłem się spać, zaczęli schodzić się ciekawscy miejscowi. Ale informacja, że idę spać, skutecznie ich zawróciła.
Chińczycy to bardzo ciekawski naród. Ciężko jest mi odejść na chwilę w miejscu publicznym od roweru, poniewaz wówczas już bez żadnych zahamowań muszą wszystkiego dotknąć, wszystkie guziki poprzełączać, wszędzie zajrzeć. Mój rower jest dla nich niesamowitą nowością! Kiedy jem, w odległości 2-3 m ustawia się grupa ciekawskich, która coś komentuje. Bardzo często coś do mnie mówią i nie przyjmują do wiadomości, że ich nie rozumiem. W sklepie, kiedy proszę aby cenę napisali, na kartce pojawiają się jakieś dziwne znaczki (skuteczna metoda to cena pokazana na kalkulatorze). Jednak trzeba uważać, ponieważ lubią ją zawyżać dla obcokrajowców. No i są przekonani, że jeżeli ktoś nie mówi w j. chińskim to jego ojczystym językiem jest angielski! Kiedy tłumaczę niektorym, że w Polsce się mówi po polsku to patrzą na mnie jak na wariata!

Dystans dnia – 59,90 km
Czas jazdy – 3:49:20 h
Średnia prędkość – 13,57 km/h

01.08.2008, piątek, 116 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Coraz bliżej Pekinu
Wstałem po 6-ej. Dwaj chłopcy za ścianą już nie spali. O 7-ej przyniesiono śniadanie, a pół godziny później ruszyłem w drogę. Przez pierwsze 20 km do miasteczka Guan-galing nic się nie działo. Tam zaszedłem do kafejki internetowej (3,5h – 5Y) oraz po dłuższym poszukiwaniu znalazłem chłopaka, który obok nazw miejscowości w j. angielskim zapisał je w j. chińskim. To znacznie ułatwia podróżowanie przez prowincję. Ok. 13.30 wyruszyłem w dalszą drogę. Po kilku kilometrach zatrzymała mnie milicja, ale kiedy zorientowała się, że nie znam j. chińskiego, puściła mnie dalej. Tak fajnie nie było już na 15 km przed miasteczkiem Weixian. Na granicy jego rejonu, na skrzyżowaniu, zatrzymała mnie milicja i od razu podeszła dziewczyna mówiąca po angielsku. Okazuje się, że rozpoczęła się akcja "Pekin 2008" i na granicach każdego rejonu będę kontrolowany. Zażądała mojego paszportu, spisała z niego moje dane i po chwili "głupiej gadki" puścili mnie dalej (oficjalnie zatrzymałem się dobrowolnie). Droga, która jechałem, praktycznie omija Weixian. Jednak musiałem kupić jedzenie, więc zjechałem pod koniec obwodnicy do miasteczka. Po "rozpoznaniu terenu", zatrzymałem się w cieniu nowego bloku. Stamtąd miałem kilka metrów do straganów. W pierwszym kupiłem man-tou (4 szt. – 1Y), a w drugim ciastka smażone na oleju (ciasto podobne do pączków, 1 szt. – 1Y). Zapłaciłem za dwie szt., ale dostałem 4. Sprzedawca ze stoiska obok dał mi garść śliwek, a ze stoiska gdzie kupiłem mantou, przyniesiono mi pokrojonego arbuza! Oczywiście otoczyła mnie duża grupa osób, pojawiły się nawet na chwilę dwie dziewczyny znające j. angielski. Jednak ok. 18.30 zainteresowała się moją osobą milicja. Odsunęła tłum na kilkadziesiąt metrów (ciekawskich przybyło) i to na tyle. Jeden z milicjantów znał parę słów po angielsku, ale szybko mu się wyczerpały. Nie zabrano mi dokumentów, ale nie pozwolono także jechać. Chciano mnie zmusić do zamieszkania we wskazanym przez nich hotelu. Sprowadzono osoby znające j. angielski, w tym dwie nastoletnie dziewczynki (je najlepiej rozumiałem). Kiedy odmówiłem i powiedziałem, że śpię tylko u "przyjaznej rodziny", pojawiła się dziewczyna o imieniu Arsen. Mieszkała obok i zaproponowała, że mnie przenocuje. Niestety, była to pułapka. Chciano mnie zabrać z ulicy. W mieszkaniu (korzystając z okazji wziąłem prysznic) pojawiło się trzech milicjantów ubranych po cywilnemu (wcześniej towarzyszyła nam tylko kobieta – później okazało się, że to milicjantka). Rodzice Arsen polubili mnie i chcieli mnie naprawdę przenocować. Jednak milicja nie zgodziła się na to. Nie chcąc robić im problemów, o 21.30 wyszedłem na ulicę i po kilku minutach zasiadłem przy stoliku popijającego sprzedawcy, który wcześniej obdarzył mnie arbuzem. Ok. 23.30 wewnątrz straganu zrobiono dla mnie wygodne legowisko. Zasypiając byłem pewien, że żaden złodziejaszek nie waży się tknąć mojego sprzętu – pilnowała mnie milicja w trzech samochodach!

Dystans dnia – 60,28 km
Czas jazdy – 3:49:20 h
Średnia prędkość – 13,57 km/h

Źródło: informacja własna

1


w Foto
@ do Chin
WARTO ZOBACZYĆ

Tajlandia: pływający targ
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KwA 19: Motyle dla Kingi
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl