HAWAJE
06:51
CHICAGO
10:51
SANTIAGO
13:51
DUBLIN
16:51
KRAKÓW
17:51
BANGKOK
23:51
MELBOURNE
03:51
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 47; Cztery dni niepokoju
DkG 47; Cztery dni niepokoju

Juliusz Verne


Reszta dnia minęła bez żadnego wypadku. Ukończono wszystkie przygotowania do drogi Mulradyego; dzielny majtek szczęśliwy był, mogąc swemu panu dać ten mały dowód przywiązania. Paganel odzyskał zimną krew i powrócił do zwykłego stanu. Wzrok jego objawiał jeszcze żywe zajęcie, którego jednak, jak się zdawało, postanowił nie wyjawiać. Geograf musiał mieć ważne powody do takiego postępowania, bo major podsłuchał następujące wyrazy, które wymawiał jak człowiek, toczący walkę sam ze sobą:
- Nie, nie! Oni mi nie uwierzą! A zresztą na co się to przyda? Już jest za późno!


To postanowiwszy, zajął się daniem Mulradyemu informacyj, potrzebnych w podróży do Melbourne, a na karcie rozłożonej wskazywał mu drogę, jakiej się ma trzymać. Wszystkie szlaki (tracks) prowadziły do wielkiej drogi, wiodącej do Lucknow. Dążąc prosto na południe, do wybrzeża, droga ta nagle się załamywała w kierunku Melbourne, lecz wypadało ciągle się jej pilnować i nie szukać żadnych skróceń w kraju obcym. To mając na pamięci, Mulrady nie mógł zabłądzić. Niebezpieczeństwa nie obawiał się wcale; złoczyńcy mogli się rozproszyć w obrębie kilkomilowym i czyhać z zasadzki, lecz Mulrady ufał szybkości swego konia i własnej zręczności; był przeto pewny, że wywiąże się dobrze ze swego poselstwa.

O szóstej godzinie wieczerzano wspólnie; deszcz ulewny padać począł, a gdy namiot nie osłaniał dostatecznie, każdy uciekał na wóz; było to zresztą schronienie pewne. Zagrzęzły mocno w glinie, trzymał się w niej silnie, jak twierdza jaka na swych fundamentach. Arsenał, składający się z siedmiu strzelb i tyluż rewolwerów, dozwalał wytrzymywać dość długie oblężenie, bo ani żywności, ani amunicji na pewno by nie zabrakło; spodziewać się było można, że za sześć dni Duncan stanie w zatoce Twofold i że we dwadzieścia cztery godziny później osada jego znajdzie się na drugim brzegu Snowy. Gdyby zaś przeprawa była jeszcze i wtedy niemożliwa, to i tak złoczyńcy musieliby się cofnąć przed siłą przeważającą. Lecz przede wszystkiem szło o to, aby Mulrady nie doznał przeszkody w spełnieniu swego posłannictwa.



O ósmej ściemniało się zupełnie. Była to najprzyjaźniejsza pora do wyjazdu. Przyprowadzono konia, któremu przez ostrożność obwinięto płótnem kopyta, aby nie tyle robiły hałasu. Zwierzę zdawało się być strudzone, a jednakże od siły jego i pewności nóg zależało ocalenie wszystkich. Major radził Mulradyemu oszczędzać konia skoro nie będzie mu grozić niebezpieczeństwo ze strony złoczyńców. Lepiej było spóźnić się o pół dnia, a przybyć na pewno. John Mangles dał swemu majtkowi rewolwer, starannie przez siebie nabity. W ręku odważnego człowieka była to broń straszna, bo sześć strzałów, wypadających w ciągu kilku sekund, łatwo mogły oczyścić drogę, gdyby ją zastąpili złoczyńcy. Mulrady wskoczył na siodło.
- Oto list, który oddasz Austinowi - rzekł lord Glenarvan. - Niechaj, nie tracąc ani chwili, płynie do zatoki Twofold, a jeśli nas tam nie znajdzie, bo może nie zdołamy przebyć Snowy, niechaj do nas przybywa bez najmniejszej zwłoki! Teraz, mój dzielny chłopcze, niech cię Bóg prowadzi!

Glenarvan, lady Helena i Marja Grant uścisnęli rękę poczciwe mu majtkowi. Taki wyjazd w noc ciemną i dżdżystą, po drodze najeżonej niebezpieczeństwami, przez nieznane przestrzenie ogromnej pustyni, mógłby zatrwożyć odważniejszego nawet, niż Mulrady człowieka.
- Żegnam was, milordzie - rzekł marynarz spokojnym głosem i znikł na ścieżce, ciągnącej się wzdłuż brzegu leśnego.

W tej chwili zdwoiła się gwałtowność nawałnicy. Wysokie gałęzie eukaliptusów trzeszczały głucho. Można było z daleka słyszeć, jak na grunt wilgotny spadały odłamki suchych gałęzi. Niejedno drzewo olbrzymie, pozbawione rdzenia, lecz stojące dotąd mocno, runęło podczas tej burzy gwałtownej. Świst wiatru mieszał się z trzeszczeniem drzew i z ponurym szumem Snowy. Ciężkie chmury, pędzone na wschód wiatrem, opadały aż ku ziemi, jakby łachmany pary. Posępna ciemność zwiększała jeszcze okropność nocy.

Po odjeździe Mulradyego podróżni ukryli się na wozie. Lady Helena, Marja Grant, Glenarvan i Paganel zajęli pierwszy przedział szczelnie zamknięty. W drugim pomieścili się wygodnie Olbinett, Wilson i Robert. Major zaś i John Mangles pozostali zewnątrz na straży. Przezorność ta była niezbędna, bo złoczyńcy mogli napaść co chwila. Dwaj strażnicy filozoficznie znosili ulewę, plwającą im w twarz. Wzrokiem usiłowali przedrzeć ciemności tak przyjazne zasadzkom, gdyż ucho nic pochwycić nie mogło wśród huku hurzy, świstu wichrów, trzeszczenia gałęzi, łamania się drzew, jęczenia fal wzburzonych i całej wrzawy zaniepokojonej przyrody. Jednakże niekiedy zdarzały się krótkie przerwy w tej wrzawie; wiatr ustawał, jakby dla nabrania tchu, i sama tylko Snowy jęczała, rozbijając swe fale o trzciny i drzewa gumowe, nieruchomie stojące. W tych krótkich przerwach milczenie jeszcze się głębszem wydawało. Major i John Mangles słuchali wtedy z uwagą natężoną - i właśnie w jednej z takich chwil doleciał do nich odgłos gwizdnięcia.

John Mangles szybko podszedł do majora.
- Czy słyszałeś pan? - zapytał.
- Tak jest - odrzekł Mac Nabbs.
- Czy to człowiek, czy zwierzę?
- Człowiek - odpowiedział Mangles.

Potem obaj słuchali. Gwizdnięcie znowu się powtórzyło, a jakby w odpowiedzi rozległ się huk podobny do wystrzału, ale tak niewyraźny i przytłumiony z powodu na nowo rozszalałej burzy, że zaledwie uchem pochwycić go było można. Mac Nabbs i John Mangles nie mogli się już porozumieć, podeszli przeto do wozu, aby się zasłonić przed wiatrem.

W tej chwili z pod skórzanej zasłony wychylił się Glenarvan i podszedł do swych towarzyszów. Również, jak oni, słyszał on gwizdnięcie owo złowróżbne i wystrzał, którego echo rozległo się pod przykrywającą wóz budą.
- Z której to strony? - zapytał Glenarvan.
- Tam - odpowiedział John, wskazując ręką w stronę, w którą odjechał Mulrady.
- W jakiej odległości?
- Wiatr unosi odgłos - zdaje się jednak, że najmniej o trzy mile (angielskie).
- Idźmy tam - rzekł Glenarvan, zarzucając strzelbę na ramię.
- Nie, nie chodźmy! - odpowiedział major. - Jest to pułapka, aby nas od wozu oddalić.
- A jeśli Mulrady padł pod strzałami tych nędzników? - rzekł szybko Glenarvan, chwytając za rękę majora.
- Dowiemy się jutro - odrzekł chłodno major, chcąc stanowczo nie dopuścić, aby Glenarvan popełnił nieroztropność zbyteczną.
- Ty, milordzie, nie możesz oddalić się od obozowiska - rzekł John - ja sam pójdę.
- Ani ty kapitanie! - z energją oparł się Mac Nabbs. - Czyż chcecie, aby nas po jednemu zabijano, abyśmy tym sposobem uszczuplili nasze siły i pozostali na łasce tych zbrodniarzy. Jeśli Mulrady padł ofiarą ich łotrostwa, to nieszczęścia tego nie trzeba zwiększać wystawianiem się na drugi podobny wypadek. Los padł na Mulradyego i on pojechał. Gdyby los był wypadł na mnie, ja byłbym tak samo pojechał, ale nie żądałbym pomocy, ani bym liczył na nią.

Major miał słuszność pod każdym względem i dobrze uczynił, zatrzymując swych towarzyszy. Puszczać się wśród ciemnej nocy i po drodze, na której z pewnością usadowili się zbójcy, było nierozsądnie i bezpożytecznie. Mały orszak Glenarvana nie mógł narażać się na nowe jeszcze straty. Glenarvan, jak się zdawało, nie miał ochoty ulec temu rozumowaniu; targał swój karabin, chodził niespokojny naokoło wozu, na najmniejszy szmer nadstawiał ucha, a wzrokiem rad był przeniknąć zdradliwą ciemność. Dręczyła go myśl, że człowiek, który się za wszystkich poświęcił, mógł być raniony śmiertelnie i na próżno oczekiwał ratunku od swoich. Mac Nabbs nie wiedział, czy zdoła powstrzymać Gienarvana, gdyby ten, słuchając tylko swego dobrego serca, zechciał bądź co bądź biec pod kule złoczyńców.
- Edwardzie - rzekł po chwili - uspokój się: usłuchaj przyjaciela. Myśl o twojej żonie, o Marji Grant i o wszystkich, którzy pozostają. Zresztą gdzie chcesz iśc? Gdzie myślisz znaleźć Mulradyego? Co najmniej o dwie mile stąd był napadnięty! Ale jaką drogą, jaką ścieżką iść ku niemu?

W tej chwili, jakby w odpowiedzi na słowa majora, rozległ się głos, wzywający pomocy.
- Słuchajcie! - zawołał Glenarvan.

Głos ten dochodził z tej właśnie strony, skąd słychać było wystrzał, i w odległości nie więcej, jak ćwierć mili. Glenarvan, odpychając majora, już biegł ku drodze, gdy już tylko o jakie sto kroków od wozu dało się słyszeć wołanie:
- Ratujcie! ratujcie!

Na to żałosne i rozpaczliwe wołanie John Mangles i major pobiegli co prędzej i spostrzegli niedaleko w zaroślach wlokącego się człowieka, który jęczał okrutnie. Był to Mulrady raniony, może umierający, a gdy go towarzysze podnieśli, uczuli krew na swych rękach. Zdwoiła się właśnie gwałtowność deszczu i wiatr dął wściekle pomiędzy zaroślami; wśród największej nawałnicy Glenarvan, major i John Mangles przenosili biednego majtka. Przybycie ich poruszyło wszystkich. Paganel, Robert, Wilson i Olbinett zeszli z wozu, a lady Helena ustąpiła swego przedziału rannemu. Major zdjął mu kamizelkę, przesiąkniętą krwią i wodą deszczową. Znalazł ranę: nieszczęśliwy dostał pchnięcie sztyletu w bok prawy.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Papua NG: Ludzie Sepiku
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

CA 3; Copan Ruinas - Klejnot Hondurasu
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl