HAWAJE
00:03
CHICAGO
04:03
SANTIAGO
07:03
DUBLIN
10:03
KRAKÓW
11:03
BANGKOK
17:03
MELBOURNE
21:03
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Dzieci kapitana Granta » DkG 17; Pampa
DkG 17; Pampa

Juliusz Verne


Pampa argentyńska rozciąga się od trzydziestego czwartego do czterdziestego stopnia szerokości południowej. Araukański wyraz „pampa” znaczy „płaszczyzna trawiasta” i bardzo właściwie zastosowany jest do tej okolicy. Roślinność tu rozwija się w warstwie ziemi okrywającej grunt gliniasto- piaszczysty, czerwonawy lub żółty. Badanie tych gruntów, pochodzących z trzeciorzędnego okresu geologicznego, nastręczyłoby obfite źródło nauce; tam w znacznej ilości spoczywają szkielety przedpotopowe, które Indjanie przypisują olbrzymim pancernikom zaginionym; a pod prochem roślinnym zagrzebana jest cała pierwotna historja tego kraju.

Pampa amerykańska jest osobliwością geograficzną, tak samo jak sawanny, Wielkie Jeziora lub stepy Syberji. Klimat tamtejszy miewa silniejsze upały i mrozy, aniżeli prowincja Buenos- Ayres, chociaż ta jest bardziej lądową, bo, jak objaśniał Paganel, ocean w zimie bardzo powolnie zwraca ciepło, w lecie przez się pochłonięte. Stąd to właśnie pochodzi, że na wyspach jednostajniejsza jest temperatura, aniżeli na lądach. Dlatego też klimat zachodniej części pampy nie jest tak jednostajny, jak na wybrzeżach; z powodu bliskości oceanu Atlantyckiego, podlega on zbyt częstym zmianom. W jesieni tamtejszej, to jest w kwietniu i maju, deszcze są tam bardzo ulewne i częste. W tej jednakże porze powietrze było suche i gorące.

Po dokładnem oznaczeniu kierunku, ruszono w drogę równo z brzaskiem; grunt, gęsto zarosły krzakami, był dość twardy, nie napotykano już wydm piaszczystych, a przeto nie było i kurzu nieznośnego, jaki wciąż napełniał powietrze.

Konie śpiesznym postępowały krokiem wśród gęstej trawy „paja brava”, wśród której Indjanie chronią się podczas burzy. W niejakich odległościach, lecz coraz rzadszych, na wilgotniejszych nieco gruntach rosły brzozy i roślina zwana „Gynerium argentum”, krzewiąca się w bliskości wody słodkiej, którą konie piły za każdem spotkaniem, jakby dla zaopatrzenia się na przyszłość. Thalcave, zawsze na przodzie jadący, wystraszał żmije bardzo zjadliwe (cholinas), których ukąszenie zabija wołu w ciągu kwadransa. Zwinny Thaouka zręcznie przeskakiwał zarośla, dopomagając tym sposobem swemu panu do utorowania drogi dla koni za nim postępujących.




Po tych równinach prostych i gładkich podróż szła pośpiesznie i łatwo; łąka wszędzie była jednostajna - ani jednego kamyka nie było na sto mil dokoła. Żadnych krajobrazów, żadnego kaprysu przyrody. Trzeba było być chyba takim jak Paganel entuzjastą uczonym i widzieć cośkolwiek tam, gdzie inni nic nie widzieli, aby się zajmować szczegółami drogi przebieganej; dla niego dosyć było krzaczka, trawki do rozpoczęcia długiej gawędy, której Robert z prawdziwem przysłuchiwał się zajęciem.

Przez cały ten dzień (29 października) droga ciągnęła się wciąż jednostajnie. Około drugiej godziny pod kopytami końskiemi widzieć się dały na pewnej przestrzeni zbielałe kości i szkielety dużego stada wołów. Szczątki te nie były rozsypane w linji nierównej, jakby je mogły zostawić zwierzęta z sił wyczerpane i upadające jedno za drugiem po drodze. Dlatego też nikt nie umiał wytłumaczyć tego nagromadzenia szkieletów na tak małej stosunkowo przestrzeni; Paganel nawet nic powiedzieć nie umiał - zapytał więc Patagończyka, który odpowiedział mu bez namysłu.

Po otrzymaniu objaśnienia, uczony zawołał: - Czy być może! - Okrzyk ten Paganela i potwierdzający skinienie głową Thalcavea mocno zaintrygowały ich towarzyszów, to też ciekawie zapytali o objaśnienie.
- Ogień niebieski! - rzekł geograf.
- Jak to, piorun mógłby wywołać takie zniszczenie, trupem położyć przeszło pięćdziesiąt sztuk bydła! - rzekł Tomasz Austin.
- Thalcave tak utrzymuje, a Thalcave się nie myli. Wierzę zresztą temu, bo wiem, że burze w pampie odznaczają się nadzwyczajną gwałtownością. Obyśmy tylko sami nie doświadczyli tego na sobie.
- Bardzo jest parno - odezwał się Wilson.
- Zapewne termometr pokazuje w cieniu z jakie trzydzieści stopni - rzekł Paganel.
- To mnie bynajmniej nie dziwi - rzekł Glenarvan - czuję w całem ciele elektryczność; sądzę, że taka temperatura nie utrzyma się długo.
- Och! och! - odparł Paganel - nie można tak bardzo liczyć na zmianę pogody, skoro widnokręgu nie zakrywa najlżejsza chmurka.
- Tem gorzej - zauważył Glenarvan - tem gorzej, bo nasze konie bardzo są znękane upałem. A tobie, czy nie jest za gorąco, mój chłopcze? - dodał, zwracając się do Roberta.
- Nie, milordzie - odpowiedział Robert - owszem, lubię ciepło.
- Szczególniej w zimie - dorzucił poważnie major, wypuszczając kłąb dymu ze swego cygara.

Wieczorem zatrzymano się w pobliżu opuszczonej lepianki (rancho), skleconej z gałęzi spojonych rozmoczoną ziemią i przykrytych słomą; przytykała ona do ogrodzenia z pali na wpół zgniłych, które jednakże przydało się na schronienie dla koni, broniące ich od napaści lisów, nie tyle szkodzących samym zwierzętom, ile raczej ich uprzęży. O kilka kroków od lepianki był wygrzebany dół, służący za kuchnię, prawie wypełniony zastygłym popiołem. Wewnątrz szałasu znaleziono ławkę, posłanie ze skóry wołowej, kociołek, rożen i rondelek do gotowania mate, napoju powszechnie używanego w całej Ameryce Południowej. Jest to herbata Indjan, którą stanowi odwar z liści wysuszonych na ogniu; pije się go, wciągając w siebie za pomocą długich słomek. Na żądanie Paganela, Thalcave przygotował kilka filiżanek tego napoju, który po jedzeniu bardzo smakował podróżnym.

Nazajutrz, 30 - go października, słońce od samego rana piekło dokuczliwie; skwar był nieznośny, a jak na nieszczęście, po drodze nigdzie najmniejszego cienia znaleźć nie było można. Mimo to jechano wytrwale, dążąc ciągle na wschód. Kilka razy podróżni napotkali ogromne stada bydła, które, nie mogąc się paść na takim upale, leżało na ziemi wyciągnięte leniwie bez niczyjego dozoru; psy tylko (przyzwyczajone do ssania owiec, gdy im pragnienie dokucza) strzegły tych licznych stad rogacizny. Trzeba dodać, że zwierzęta te są bardzo łagodne i że nie mają owej wrodzonej odrazy do czerwonego koloru, jaka cechuje rogaciznę europejską.

Około południa znużone jednostajnością oczy podróżnych dostrzegły nareszcie pewną zmianę w krajobrazie pampy. Rośliny trawiaste stawały się coraz rzadsze; miejsce ich zajęły chude łopiany, i olbrzymie chwasty, wysokości dziewięciu blisko stóp, któremi uraczyć by się mogły osły całej kuli ziemskiej. Thalcave zwrócił uwagę podróżnych na tę nagłą zmianę i zupełną jałowość gruntu.
- Nie gniewa mnie ta zmiana - rzekł Tomasz Austin - trawa, ciągle trawa i nic więcej, jak tylko trawa, to już wreszcie nudzić zaczynało.
- Ale gdzie trawa tam i woda - odpowiedział major.
- Och! znajdziemy i tak niejedną jeszcze na drodze rzekę.

Gdyby Paganel był słyszał tę rozmowę, nieomieszkałby zapewne powiedzieć, że na przestrzeni pomiędzy Colorado a górami prowincji argentyńskiej rzek jest bardzo mało; lecz w tej chwili zajęty był objaśnieniem Glenarvanowi faktu, na który lord zwrócił jego uwagę.

Od pewnego czasu w powietrzu czuć się dawał zapach dymu, pomimo że na widnokręgu nigdzie nie było widać ognia, nic nie wskazywało pożaru oddalonego i żadna przyczyna naturalna nie usprawiedliwiała tego zjawiska. Wkrótce ten zapach jakby spalonej trawy stał się tak mocny, że począł zadziwiać i niepokoić podróżnych, oprócz Paganela i przewodnika. Uczony geograf rozumiał rzecz całą i tak ją objaśnił swym przyjaciołom:
- Nie widzimy ognia - mówił on - a czujemy dym; ale „niema dymu bez ognia”, jak mówi przysłowie tak dobre w Ameryce, jak i w Europie. Musi więc być ogień gdziekolwiek, choćby daleko. Płaszczyzny pampy, niczem nie zatrzymujące przeciągu powietrza, pozwalają czuć zapach ziół płonących w odległości może jakich siedemdziesięciu mil angielskich, albo i więcej.
- Siedemdziesięciu mil! - powtórzył major z powątpiewaniem.
- Nie inaczej, kochany majorze - odpowiedział Paganel - i dodam to tylko, że takie pożary zdarzają się tu często na ogromnych przestrzeniach.
- Któż podpala łąki? - spytał Robert.
- Czasem piorun, gdy upał zbytnio wysuszy trawy, a czasami też ręka Indjan.
- I w jakimże to celu?
- Twierdzą oni - i nie wiem już, na czem opierają to swoje twierdzenie - że po każdym takim pożarze trawy lepiej rosną. Byłby to w takim razie środek odżywiania gruntu za pomocą popiołu. Lecz ja sądzę, że pożary te służą raczej do wytępienia miljardów owadów pasorzytnych, bardzo dokuczających bydłu.
- Ależ ten tak energiczny środek - rzekł major - może zabić i bydło, pasące się na tych równinach?
- Zapewne, że ginie go pewna liczba, ale cóż to znaczy na taką masę!
- Nie chodzi mi o nie - mówił Mac Nabbs - ale o podróżnych, przebywających tę prowincję, którzy mogą niespodzianie znaleźć śmierć w płomieniach.
- A właśnie! - zawołał Paganel z wyraźną oznaką zadowolenia - i to się zdarza niekiedy - a nawet przyznam, że radbym być świadkiem podobnego widowiska.
- Ach, wyborny jest ten nasz mędrzec - rzekł Glenarvan - z zamiłowania do nauki gotów by się dać żywcem spalić!
- Nie tak bardzo, mój szanowny lordzie, Cooper bowiem w swych pismach podaje łatwy i prosty sposób uchronienia się od płomieni w takim razie, przez wyrwanie trawy na kilka sążni wokoło. Otóż wiedząc to, nie tylko że nie obawiam się pożogi, ale owszem pragnę jej z całej duszy.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
Dzieci kapitana Granta
WARTO ZOBACZYĆ

Urugwaj: Montevideo
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KwA 12: 04`06; Gambia, Senegal, Gwinea Bissau
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl