HAWAJE
11:59
CHICAGO
15:59
SANTIAGO
18:59
DUBLIN
21:59
KRAKÓW
22:59
BANGKOK
04:59
MELBOURNE
08:59
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 39; Boliwia: Życie w boliwijskiej selwie...
AŁ 39; Boliwia: Życie w boliwijskiej selwie...

Aleksandra i Marcin Plewka


Mieszkańcy Soraydy machają nam z brzegu a my w naszym czułenku płyniemy dalej. Jest 7 rano, możemy więc spokojnie rozłożyć się na pokładzie i rozkoszować przyjemnym powiewem wiatru.

Jest to jednak niesamowite jak szybko tutaj zmienia się pogoda. Najpierw lustro wody jest prawie nieruchome, odbija się w nim poranne słońce i gałęzie monumentalnych drzew, jedyny jego ruch powodujemy my. Jednak już zaledwie w kilkanaście minut później zbierają się chmury i razem z niebem burzy się również woda. Zamienia się w bulgoczącą groźnie brązową zupę. Zaczyna lać.

Jesteśmy więc świadkami prawdziwego tropikalnego deszczu. Ktoś leje tam z góry całe wiadra wody prosto na nasze głowy. Robi się chłodno, aż miałoby się ochotę wskoczyć do cieplutkiej zupki Beni. Tyle, że tam już z ciepłym powitaniem czeka anakonda i inni jej mieszkańcy...

Nie wskakujemy więc tylko kulimy się pokornie w naszych kurtkach i płyniemy dalej. Wkrótce niebo się zmienia i przestaje padać. Odwiedzamy po drodze malutką comunidad - właściwie mieszkają tu 2 rodziny. Ziemia jest tutaj tak wilgotna, że dosłownie zapadamy się po kolana w błocie. Ostatnie ulewy były tragiczne w skutkach dla wielu mieszkańców tej części selwy. Pozmywało im domy, zniszczyło gospodarstwa. Często ludzie musieli zwijać się i szukać sobie nowego miejsca do życia, budować wszystko od nowa. W boliwijskiej dżungli jest to o tyle łatwe, że ziemi nie trzeba tutaj kupować. Wybierasz sobie po prostu miejsce, gdzie chcesz zamieszkać, wycinasz drzewa, z tychże drzew budujesz sobie dom, zagrodę dla zwierząt. Do życia też za wiele nie potrzeba. Pożywienie czeka tylko, żeby je upolować i przyrządzić - czeka w lesie, czeka w rzece. Jest to taka sfera, gdzie można praktycznie być samowystarczalnym - istnienia państwa prawie się tu nie zauważa.

Marcin powie później mieszkańcom Carmen:
-Wy to jesteście naprawdę wolni. W wasze życie nie ingeruje państwo. Nie ma tu policji. Sami sobie ustalacie prawa.
Szef comunidad odpowie mu wtedy z uśmiechem na ustach:
- Masz rację, jesteśmy wolni. A prawo wyznacza tu karabin.

Są wolni, to prawda, ale wielu z nich przeklinało i będzie jeszcze wiele razy w życiu przeklinać ta wolność. W żadnej bowiem z comunidad nie ma na przykład lekarza. Jak zachorujesz, musisz radzić sobie sam, najczęściej metodami naturalnymi. Jeśli zachorujesz ciężko, dopadnie cię żółta febra, albo inna cholera, możesz już tylko wsiąść w łódkę i wpatrując się w brązowe lustro Beni, modlić się żebyś zdążył na czas dopłynąć do oddalonych o kilka dni drogi Rurre albo Riberalty, gdzie znajduje się szpital.

Ludzie są tutaj jednak zazwyczaj pogodni, mili, spokojni. Jacyś tacy wyciszeni. Żyją bardzo prosto, w zgodzie z naturą i chyba w większości przypadków szczęśliwie. Właściwie takie społeczności w dużej mierze pokazują, jak do niewielu rzeczy potrzebne jest państwo. Ustanowili sobie swój własny porządek, bez żadnych głupich przepisów narzuconych z góry. Dzieci chodzą do szkoły, w wieku kilkunastu lat biorą ślub i zakładają rodzinę, rodzą swoje dzieci, które wychowują najlepiej jak potrafią. Na marginesie warto dodać, że te dzieci są często dużo mądrzejsze niż nasze europejskie rozwydrzone bachory, którym w życiu nie brakuje niczego. Zwierzęta pasą się w ogródku. Owoce rosną na drzewach. Mężczyźni ruszają na polowanie. Czasem jadą do Rurre albo innych miejscowości w interesach. I wszystko jakoś funkcjonuje.

Pod wieczór, już po ciemku, dopływamy do naszego miejsca przeznaczenia - Carmen, gdzie pozostaniemy do momentu, aż nie przypłynie następna łódka, która zabierze nas z powrotem.



Źródło: www.malyrycerz.com

1


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Peru: Chucuito k. Puno
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AP 2; Pretoria
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl