HAWAJE
06:21
CHICAGO
10:21
SANTIAGO
13:21
DUBLIN
16:21
KRAKÓW
17:21
BANGKOK
23:21
MELBOURNE
03:21
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Ameryka Łacińska » AŁ 37; Boliwia: Popijając matę na Isla del Sol i...
AŁ 37; Boliwia: Popijając matę na Isla del Sol i...

Aleksandra i Marcin Plewka


Schodzimy do Argentyńczyków. Ci oczywiście częstują nas mate. Trochę gadamy o podróżach i generalnie o wszystkim. Zapraszają nas żebyśmy wieczorem przyszli, bo przygotują dużą kolację.

Razem z poznanymi na barce Chilijczykami idziemy na spacer po wyspie. Po jakichś 40 minutach marszu po przepiekanych górach dochodzimy do ruin. Tutaj rozkładamy się na trawie i wpatrujemy w wodę migoczącą w promieniach słońca.

Wracamy do wioski, jemy coś i wyruszamy na poszukiwanie alkoholu. Chcemy zakupić jakiś trunek na wieczór, ale znalezienie tutaj czegoś takiego graniczy z niemożliwością. W końcu pod wieczór Bernardino wysyła jedno ze swoich dzieci żeby nabyło dla nas butelkę wódki (za około 3 złote). Co bardzo nas dziwi, żaden z ponad 10 Argentyńczyków nie chce partycypować w zakupie. Chilijczycy boją się deszczu i również rezygnują z konsumpcji (idą do swojego hostalu). W rezultacie zostajemy sami, biedni - ja i mój nieodłączny brat z półlitrową butelką wódki... 96 - procentowej. Na całe szczęście pomaga nam trochę jeden z Argentyńczyków, Maxi. Reszta jego rodaków jara jointy.

Kultura palenia trawy wśród Chilijczyków i Argentyńczyków musi być chyba strasznie silna. Jarają oni dosłownie wszędzie, na ulicy, w knajpie, na łódce, zupełnie się nie przejmując tym, że jest to zabronione, czy że ktoś mógłby krzywo się na nich spojrzeć. Zawsze, jak ktoś jeden zrobi skręta, zapala go i podaje do skosztowania wszystkim zainteresowanym, nawet całkiem nieznajomym. To trochę tak, jak z podawaniem tykiewki z matę...

Cóż, my nie palimy, ale przystępujemy do radosnej konsumpcji naszego trunku. Rozpoczyna się wielka dyskusja polityczna. Taki pewien standard - Ameryka Łacińska contra Europa Wschodnia. Oni wychwalają komunizm, my go opluwamy. Oni na kapitalizmie wieszają najgorsze psy, my staramy się stawać w jego obronie. A właściwie to tłumaczyć im, że według nas to prawdziwy kapitalizm nigdy nie istniał i nie istnieje w żadnym z krajów Ameryki Łacińskiej, a tak naprawdę to w czystej formie, tak jak byśmy chcieli, nie odnajdziesz go nigdzie na świecie. Że tylko Pinochet jeszcze przeprowadził prawdziwe wolnorynkowe reformy, a zdecydowana większość rządów pod przykrywką liberalnych reform po prostu rabowała i bogaciła się kosztem ludności.

Nie jest to łatwa batalia, przekonać do swojego zdania 10 Argentyńczyków. Szczególnie, kiedy 96 procent coraz mocniej uderza do głowy... Ale coś tam chyba wygraliśmy. Tak naprawdę jednak największym zwycięzcą tego wieczoru była wódka, która nie wiem dokładnie kiedy, ale jakoś pewnie po północy zwaliła nas całkowicie z nóg. Argentyńczycy jeszcze cały następny ranek będą się z tego śmiali.

Noc u rybaka Bernardino mimo wszystko należała do jednej z najlepszych w całej naszej podróży.

Rano nasi przyjaciele postanawiają przygotować coś dobrego do jedzenia. Składają się po 10 bolivianos i proszą rybaka żeby zabił barana. Żona Bernardino prowadzi na skazanie dwa - białego i czarnego. Też byśmy chętnie wzięli udział w uczcie, ale nie mamy już czasu. Za parę godzin odpływa bowiem nasza łódka z południa wyspy. Czeka więc nas dosyć długi marsz. Pijemy z Argentyńczykami po raz ostatni mate. Wymieniamy się adresami i ruszamy.

Następnym razem zobaczymy się w Buenos Aires. Być może.


Źródło: www.malyrycerz.com

<< wstecz 1 2


w Foto
Ameryka Łacińska
WARTO ZOBACZYĆ

Brazylia: Ludzie z Arpoador
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Ch 6; Chiny, Pekin
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl