HAWAJE
02:45
CHICAGO
06:45
SANTIAGO
09:45
DUBLIN
12:45
KRAKÓW
13:45
BANGKOK
19:45
MELBOURNE
23:45
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 15 letni kapitan » 15K II-2; Harris i Negoro
15K II-2; Harris i Negoro

Juliusz Verne


Na drugi dzień po uczynionym przez naszego młodego bohatera odkryciu, w odległości trzech mil od postoju miało miejsce spotkanie dwóch ludzi. Byli to Harris i Negoro, starzy przyjaciele, którzy spotkali się niedawno na wybrzeżu najzupełniej przypadkiem. Przed laty zbliżyło ich do siebie wspólne rzemiosło - handel niewolnikami.

Spotkanie nastąpiło bardzo niedawno i para przyjaciół spoczywała teraz w cieniu olbrzymiego drzewa bananowego, nad brzegami niewielkiego strumyka, w papirusowych zaroślach, które chroniły ich przed spojrzeniami ciekawych oczu. Rozmowa toczyła się o wypadkach ostatniej nocy.
- Czyż istotnie nie mogłeś wciągnąć dalej w głąb lądu tego zarozumiałego smarkacza "kapitana Sanda", jak go nazywają te głupie czarnuchy? – mówił Negoro zaciągając się papierosem.

Harris pokręcił głową.
- Wierz mi, przyjacielu, że stało się to niemożliwe. Nie tak to znów łatwo wyprowadzić w pole tego podejrzliwego wyrostka - odpowiedział Harris.
- Mogę cię zapewnić, iż bystrymi oczyma śledzić on zaczął każdy mój krok, ważył każde moje słowo. W ostatnich czterech dniach jego domysły zaczęły się stopniowo przeradzać w pewność, tak że w końcu musiałem myśleć o własnym bezpieczeństwie. A dodać muszę, iż młokos ten dobrze włada każdą bronią i bez chwili wahania był gotów poczęstować mnie kulą z rewolweru.
- Wielka szkoda, że nie poszli choćby tylko ze sto mil dalej; wtedy mielibyśmy ich w rękach.
Duża to byłaby dla nas strata, gdyby uciekli na wybrzeże, nie mówiąc już nic o tym, że ja mam swoje prywatne z tym "kapitanem" porachunki.
- Przecież i tak wymknąć się nie zdołają - odpowiedział Harris wzruszając ramionami - i wierz, że będziesz miał jeszcze sposobność wyrównania naszych rachunków i to z procentami. Dla mnie zaś pozostawanie w pobliżu rewolweru tego nie liczącego się z niczym chłopca stawało się z każdą chwilą coraz bardziej niebezpieczne. Już ci mówiłem, jak to było z ową muchą tse-tse, z żyrafami, z hipopotamami, śladem słoni. A słoni przecież nie tak wiele spotkać można w Ameryce! Jakby na złość, ten stary Murzyn odnalazł kajdany i łańcuchy niewolników, a nawet jakąś odrąbaną rękę. A jakby tego jeszcze było mało, w gęstwinie rozległ się potężny ryk lwa. No, nic tu już teraz po mnie - powiedziałem sobie wtedy - skoczyłem chyłkiem na konia i uciekłem.
- Doskonale sobie zdaję z tego sprawę - odpowiedział Negoro - że twoje położenie było bardzo trudne. Niemniej powtarzam, bo jest to zupełnie inna sprawa, iż byłoby o wiele lepiej, gdyby ten przyszły nasz łup znajdował się jeszcze dalej od morskiego brzegu.
- Zrobiłem wszystko, co mogłem, a nawet... może więcej niż mogłem - odpowiedział Harris gniewnym już nieco tonem - mówmy teraz o czym innym. Powiem ci więc przede wszystkim, iż było to bardzo mądre z twej strony, że trzymałeś się w należytej odległości od karawany. Mimo to twą obecność wyczuło to obrzydłe psisko, które czuje specjalną jakąś do ciebie antypatię. Powiedz mi, proszę, cóż ty zrobiłeś temu psu?
- Jak dotychczas, jeszcze nic, niedługo jednak będzie on miał kulę z mego karabinu we łbie! - zasyczał Portugalczyk.

Harris roześmiał się głośno.
- W każdym razie doradzałbym ci ostrożność. Dick Sand bowiem nie będzie również ociągał się z posłaniem ci kuli. A strzela tak, że niech go diabli wezmą. W ogóle przyznać muszę, że to dzielny chłopiec. Nie należałoby go zbytnio lekceważyć.
- No, jaki on tam jest, taki jest! Drogo mi zapłaci za wszystkie zniewagi, jakie znosić musiałem od niego, gdy byłem na statku - powiedział Portugalczyk przez zęby, błysnąwszy dziko oczyma.
- Wybornie! - zawołał Harris - Widzę, że mój stary przyjaciel nic a nic się nie zmienił. Podróże po cywilizowanych krajach nie zmiękczyły ci serca, nie przeobraziły w sentymentalną babę!

Negoro przyjął w milczeniu te słowa. Harris zmienił temat.
- Powiedz mi, przyjacielu, gdzie ty się obracałeś przez ten czas? Gdym cię spotkał tak niespodziewanie przy ujściu Lungi, zaledwie miałeś tyle czasu, by mi "polecić" swych byłych towarzyszy, z prośbą, bym ich wciągnął, o ile to możliwe, jak najdalej w głąb kraju, zapewniając przy tym, że znajdują się oni w Boliwii. Nic się nie dowiedziałem wtedy o twych przygodach w czasie ostatnich dwóch lat. Dwa lata zaś w naszym pełnym przygód życiu - to szmat czasu. Pamiętam, że pewnego pięknego poranku opuściłeś nas, podjąwszy się przewodnictwa karawanie niewolników, na rachunek starego Alveza, dla którego obydwaj pracowaliśmy przez pięć lat z górą. Niespodziewanie dla wszystkich opuściłeś wtedy Cassingę, nie mówiąc nikomu słowa o swym zamiarze i odtąd wszelki słuch o tobie zaginął. Przyznaję się szczerze do obaw, żeś spotkał się z jakąś angielską fregatą, albo też, żeś miał jakieś nieprzyjemności z moimi rodakami... Słowem, bałem się, czy cię czasem - mówiąc szczerze - nie powieszono!
- Byłem tego bliski, mój drogi Harrisie, i z największym trudem udało mi się wykręcić od stryczka.
- No, moższ być spokojny, mój miły Negoro, bo przecież, jak to mówią: co się odwlecze, to nie uciecze.
- Dziękuję za życzenia i wzajemnie je składam.
- Cóż?... ja jestem zawsze na to przygotowany - z iście angielską flegmą odpowiedział Amerykanin. - Szubienica jest ryzykiem naszego zawodu, z którym trzeba się pogodzić. Ci, którzy pragną umierać w łóżku, niechaj w domu siedzą. Ale opowiedz, jak to z tobą było? Więc cię pochwycił wojenny statek?
- Zgadłeś, bracie.
- Angielski, czy francuski?
- Stokroć gorzej! Portugalski.
- Oczywiście, musiało się to stać przed wyładunkiem? - uszczypliwie zapytał Harris.
- Nie - po chwili lekkiego wahania odpowiedział Negoro - pozbyliśmy się już wtedy naszych Murzynów. Na nieszczęście i Portugalczycy już zaczynają kręcić nosem na nasze przedsiębiorstwo i troszczyć się o miano uczciwych kupców. Ani słyszeć już nie chcą o handlu, z którego ciągnęli zyski przez tyle wieków, i który był źródłem ich bogactw. Zwąchali pismo nosem, zwłaszcza, że ktoś mnie zadenuncjował, byłem śledzony już od dawna, no i skorzystali z okazji, by mnie pochwycić w swe łapy.
- I cóż? Zostałeś oddany pod sąd?
- Gdyby tylko to! Skazali mnie na dożywotnie ciężkie roboty w Luandzie!
- Niech to diabli wezmą! Surowy wyrok. Być galernikiem przykutym do kuli, dla nas, którzy do wolności jesteśmy przyzwyczajeni... to gorsze niż śmierć! Przysięgam, iż wolałbym śmierć, aniżeli dożywotnią niewolę.
- Ech, bracie! Z szubienicy się nie urwiesz, a z galer można uciec.
- Co ty uczyniłeś - domyślił się Harris.
- Jak widzisz. Byłem tam zaledwie przez dwa tygodnie. Udało mi się nie tylko wydostać na wolność, lecz jeszcze zakraść się pod pokład amerykańskiego okrętu, płynącego do Auckland w Nowej Zelandii. Wcisnąłem się na nim między beczkę wody a skrzynię sucharów; w ten sposób miałem co jeść w trakcie całej podróży. Podróżowałem, jak to już sam zauważyłeś, najzupełniej jak królowie: incognito.
- Nie płacąc nikomu za przejazd - ze śmiechem dodał Harris - no, muszę ci przyznać, iż jesteś trochę bezceremonialny, mój drogi przyjacielu. Bilet bezpłatny - zdarza się dość często, lecz zasiadać nieproszony do stołu, to już jest, wybacz...

Negoro znów się nachmurzył.
- No, co tam mówić o tych nieprzyjemnościach podróży - mówił dalej Harris, widząc niezadowolenie na twarzy przyjaciela - tak czy owak jechałeś, osiągnąłeś swój cel, jakim było wydostanie się z Luandy. Powiedz mi lepiej, co porabiałeś w Nowej Zelandii i jak porzuciłeś tę gościnną ziemię Maorysów? Czy powracałeś w ten sam sposób, jak stąd wyjechałeś?
- Tego by jeszcze brakowało! - odpowiedział z grymasem Negoro. – Każdy uczciwy człowiek kocha swój fach, więc i ja nie spałem i nie jadłem, myśląc o tym tylko, jakby się wydostać z kraju, w którym nie handluje się "hebanem". Marzeniem moim było wrócić do Afryki.
- Rozumiem cię doskonale - z ożywieniem potaknął Harris - w tym zawodzie trzyma nas zamiłowanie, a także korzyści wcale nie do pogardzenia! Twoja chęć powrotu do Afryki jest więc najzupełniej zrozumiała. Opowiadaj dalej.
- Przez półtora roku... - rozpoczął swą opowieść Negoro i nagle urwał.
- Harrisie - wyszeptał po chwili - nie słyszałeś szelestu w papirusach?
- Tak jakby... - szeptem również odpowiedział Harris, chwytając za broń.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1 2 dalej >>


w Foto
15 letni kapitan
WARTO ZOBACZYĆ

Egipt: rafa koralowa II
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Pik Korżeniewskiej zdobyty!
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl