HAWAJE
08:58
CHICAGO
12:58
SANTIAGO
15:58
DUBLIN
18:58
KRAKÓW
19:58
BANGKOK
01:58
MELBOURNE
05:58
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 15 letni kapitan » 15K I-18; To Afryka!
15K I-18; To Afryka!

Juliusz Verne


Dick zakomunikował to natychmiast staremu Tomowi.
- Słonie? Ależ słoni nie było nigdy w Ameryce!
- Wiem o tym doskonale - rozdrażnionym głosem odpowiedział Dick - lecz w takim razie myśmy nie widzieli śladów żadnych, a gałęzie tych drzew nie zostały połamane, lecz po prostu nigdy ich nie było!

Nie próbował nawet pytać Amerykanina o wytłumaczenie niezrozumiałego faktu, w jaki sposób słonie znaleźć się mogły w Ameryce Południowej? Jaką mógł otrzymać odpowiedź? Taką może, że były to strusie!

Dick już nie wątpił, iż Harris zaofiarował swe usługi w tym jedynie celu, ażeby oddalić ich od morskich wybrzeży i wciągnąć w głąb kraju. Nie pojmował jedynie, z jakiego powodu mógł to robić?
Biedny wódz wyprawy zdawał sobie doskonale sprawę, że jego odpowiedzialność wzrosła ogromnie wraz ze zwiększeniem się niebezpieczeństw. Przyrzekał sobie święcie, iż stawi czoło każdemu niebezpieczeństwu, nie chciał jednak przerażać biednej matki i postanowił nic jej nie mówić.

Toteż, gdy w pewnej chwili ujrzał gromadę olbrzymich, ciemnych zwierząt, szybko pędzących ku przepływającej rzece, w falach, której się pogrążył y, już chciał krzyknąć: hipopotamy - lecz powstrzymał się w porę i udał, że nic nie widział.
- Żyrafy, mucha tse-tse, słonie, hipopotamy... wszystko to w Ameryce! Czy ja rozum tracę? - mówił do siebie Dick, ściskając rękami głowę - Boże miej litość nade mną! - kończył błagalnym wezwaniem.

Chwilami rozwiązanie tej zagadki pojawiało się mu w głowie, niejednokrotnie na ustach miał jedno okropne słowo, którego jednak nie odważył się wymówić. Z nikim nie mógł się podzielić swymi myślami. Pani Weldon była zajęta chorym synkiem i o niczym innym wiedzieć nie chciała. Niepokój Dicka podzielał jedynie stary Tom.

Pół godziny po spotkaniu hipopotamów, Dick, idąc na czele całej karawany, ujrzał nagle jakiś przedmiot błyszczący; schylił się natychmiast i podniósł nóż niezwykłego kształtu, z zaokrąglonym ostrzem, oprawiony w kość słoniową, bardzo prymitywnej roboty. Milcząc, pokazał przedmiot ten Harrisowi i przemówił z naciskiem:
- Czyż to możliwe, aby dzicy krajowcy ośmielili się podchodzić tak blisko do farmy pańskiego brata? Amerykanin zmieszał się.
- Wie pan, nie pojmuję, jak to się mogło stać, widzę, iż zboczyłem nieco z drogi. Farma musi się znajdować gdzieś blisko, wątpię jednak, byśmy dziś zdołali dojść do niej. I myślę, że może byście się państwo tutaj gdzieś rozłożyli na nocleg, ja zaś udam się na poszukiwanie drogi?
- O nie panie Harris, lepiej będzie, byśmy się już teraz nie rozstawali - rzekł stanowczym tonem Dick Sand i niby przypadkiem oglądać zaczął swój rewolwer.
- Zatrzymamy się na nocleg w tej okolicy, pan pozostanie teraz przy karawanie - mówił dalej Dick, tonem niedopuszczającym sprzeciwu - ja zaś udam się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca.
- Herkulesie - zawołał następnie wódz wyprawy - pomożesz panu Harrisowi rozsiodłać konia - i opiekuj się nim aż do mego powrotu, bo czuje się on dziś nieco zmęczony.

Następnie, wziąwszy ze sobą Toma, chłopiec udał się w dalszą drogę z zamiarem znalezienia odpowiedniego miejsca na nocleg. Po paru minutach wyszli na małą polankę, pośrodku której wznosił się baobab potężnej wielkości.
- Otóż doskonałe miejsce - zawołał stary Tom - niech pan wraca do naszej karawany, ja zaś zajmę się rozpaleniem ognia dla biednej pani.

I z tymi słowami poczciwy Murzyn ruszył w stronę drzewa. Gdy jednak zbliżył się do niego, cofnął się nagle i krzyknął przerażony:
- O, panie Sand! Chodź, chodź tutaj prędko!
- Co się stało. Tomie drogi?! - zawołał Dick podbiegając szybko.
- Niech pan spojrzy! Krew!... Krew na ziemi i na drzewie. I to ludzka krew, bo oto tutaj leży odrąbana ręka, a tutaj topór, najwidoczniej przez oprawców zapomniany! A tutaj - łańcuch... i kajdany!
- Cicho, Tomie, na miłość Boga, cicho! Nie strasz biednej, słabej kobiety i jej chorego dziecka.
- Boże miłosierny!... jak możesz dopuszczać, by na ziemi działy się tak okropne i ohydne rzeczy? ! Pamiętam, dobrze pamiętam i przypominam sobie te narzędzia tortur, chociaż gdy je widziałem, miałem zaledwie sześć lat! Ubiegłej nocy pod tym drzewem był postój karawany handlarzy niewolników, mogę to przysiąc! Nie możemy dłużej się łudzić, panie Sand! Jesteśmy w Afryce, krainie niewolnictwa!

Dick milczał. Podniósł tylko ręce w górę gestem największej rozpaczy. Wybrali inne miejsce na odpoczynek, nieco bardziej odległe. Noon, jak zwykle, przygotowywała posiłek. Nikt się niczego nie domyślał. Jedynie Dingo wył bezustannie i nie można go było niczym uspokoić. Pani Weldon nie tknęła pożywienia, wpatrując się w swego chorego synka, rozpalonego gorączką.

Około północy w oddali dał się słyszeć potężny ryk. Dick zerwał się na nogi i wzrok jego padł na Dinga, który - tak śmiały zawsze - drżał teraz i tulił mu się do nóg.
- Co to takiego, Tomie? - zapytał chłopiec.
- To jest ryk lwa, panie!

Dickowi pociemniało w oczach, spojrzał na panią Weldon i z karabinem gotowym do strzału rzucił się naprzód. Lecz król zwierząt oddalił się widocznie, gdyż jego ryk już się więcej nie powtórzył.
Wtedy Dick, nie mogąc już dłużej zapanować nad sobą, zarzucił karabin na plecy, zza pasa wydobył rewolwer i skoczył do miejsca, na którym spoczywał Harris.

Lecz Amerykanin zniknął.

Nikczemnik osiągnął swój cel. Gromadka wędrowców została wciągnięta w głąb dziewiczego lasu, bez żadnej pomocy i bez przewodnika.


Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

<< wstecz 1 2


w Foto
15 letni kapitan
WARTO ZOBACZYĆ

Zimbabwe: Portrety mieszkańców
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

KwA 10: 03`06; Niger - Moja pierwsza żyrafa
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl