HAWAJE
05:01
CHICAGO
09:01
SANTIAGO
12:01
DUBLIN
15:01
KRAKÓW
16:01
BANGKOK
22:01
MELBOURNE
02:01
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » 5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką » 5TPBA Rozdział XXXVIII
5TPBA Rozdział XXXVIII

Juliusz Verne


Szybkość "Victoryi" wciąż wzrastała. Niestety balon skierował się więcej na południe i po kilku chwilach przekroczył jezioro Debo. Fergusson poszukiwał w różnych strefach innego prądu atmosferycznego, ale daremnie. Wreszcie zaniechał tych poszukiwań ze względu na utratę gazu. Doktór milczał, ale był bardzo zaniepokojony.

Uparty wiatr, który koniecznie chciał zagnać balon na południe Afryki, psuł mu wszelkie rachunki; nie wiedział już teraz na kogo, lub na co ma liczyć. Co się z nimi stanie, gdy dostaną się na wybrzeża Gwinei? Jak długo przyszłoby im tam czekać na okręt, któryby ich do Anglii zawiózł? Obecny prąd gnał balon do królestwa Dahomeyu i najdzikszych plemion, których król podczas publicznych uroczystości każe mordować tysiące ofiar.
Chwilami doktór miał nadzieję, że prąd ulegnie zmianie.
Nagle Joe zawołał:
- Patrzcie, chmura!
Doktór, spojrzawszy przez lunetę, zawołał:
- To nie chmura!
- Cóż więc takiego? - pytał zdziwiony Joe.
- Szarańcza, przeciągająca jak chmura.
- To ma być szarańcza?
- Biada tej okolicy, na którą się spuści, staje się ona pustynią, w 10 minut chmura ta nas dosięgnie.
Fergusson miał słuszność; gęsty, ciemny obłok, mający kilka mil długości, nadciągał z ogłuszającym szumem, rzucając potężny cień na powierzchnię ziemi i olbrzymia masa szarańczy rozłożyła się na zielonej łące, około 100 kroków od "Victoryi".
Po kwadransie masa ta pofrunęła dalej, a podróżni ujrzeli drzewa ogołocone z liści, łąkę zaś doszczętnie pozbawioną trawy.
- Jest to straszny deszcz, o wiele więcej szkodliwy, niż największy grad - zauważył Kennedy.
- Przytem niema na szarańczę żadnego środka - dodał Fergusson - za zniszczenie, jakie wyrządza, daje jednak do pewnego stopnia wynagrodzenie, gdyż tuziemcy zbierają w znacznej ilości te owady, służące im za smaczną potrawę.
Pod wieczór okolica stawała się błotnistą, lasy nikły, ustępując miejsce pojedynczym drzewom; na brzegach rzeki ukazywały się plantacye tytoniu i różne rośliny pastewne. Na jednej z wysp podróżni ujrzeli miasto Dschena, prowadzące znaczny handel.
- Gdyby nie zwłoka w podróży - rzekł doktór - możnaby w tem mieście wysiąść, przebywa tu niewątpliwie niejeden Arab, który był we Francyi lub Anglii i któremu nasz sposób podróżowania nie byłby obcy.
- Odłóżmy tę wizytę do czasu przyszłej wyprawy - śmiejąc się, zauważył Joe.
- Jeżeli się nie mylę, moi przyjaciele, wiatr zaczyna dąć ze wschodu, ze sposobności tej powinniśmy korzystać.
Doktór wyrzucił parę niepotrzebnych przedmiotów i udało mu się utrzymać "Victorię" w prądzie dlań pomyślnym. O godzinie 4-tej zrana pierwsze promienie słońca oświetliły Sego, stolicę Bambarra, miasto odznaczające się tem, że składa się z czterech oddzielnych miast. Podróżni mogli tylko w przelocie widzieć meczety i ruchliwą ludność, dążącą z jednego miasta do drugiego.
Wiatr południowo-wschodni gnał ich za szybko, aby mogli bliżej przypatrzeć się tej stolicy, nie widzieli więc i nie byli widziani.
- Jeśli przez dwa dni następne tak szybko będziemy się posuwali, dotrzemy do Senegalu.
- Wówczas znajdziemy się w krajach zaprzyjaźnionych? - zapytał Kennedy.
- Jeszcze nie zupełnie, ach, gdyby "Victoria" mogła jeszcze przebyć paręset mil, przybylibyśmy bez zmęczenia aż do wybrzeża zachodniego.
- I wówczas podróż nasza będzie skończoną - rzekł Joe. - Gdyby nie chodziło o przyjemność opowiadania szczegółów z naszej podróży, nie wysiadałbym nigdy na ląd. Jak pan sądzisz, panie doktorze, czy nam uwierzą?
- Kto wie, kochany Joe, zaprzeczyć wszakże jednemu faktowi nikt nie będzie mógł, bo przecież mieliśmy tysiące świadków, że wyruszyliśmy z tamtej, a powracamy z tej strony Afryki.

Źródło: Wyd. I Internetowe, tł. NN
Tekst powieści pochodzi z pierwszego polskiego wydania książkowego (1873 r.)
bazującego na przedruku z wydania gazetowego jaki publikowany był w odcinkach
w "Gazecie Polskiej" już w 1863 r.

1


w Foto
5 Tygodniowa Podróż Balonem nad Afryką
WARTO ZOBACZYĆ

Zimbabwe: Niepowtarzalna roślinność
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Ch 6; Chiny, Pekin
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl