HAWAJE
06:22
CHICAGO
10:22
SANTIAGO
13:22
DUBLIN
16:22
KRAKÓW
17:22
BANGKOK
23:22
MELBOURNE
03:22
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 27; 1`2001; Argentyna
AW¦ 27; 1`2001; Argentyna



1 styczen 2001
Sa sytuacje, kiedy stoisz na rozdrozu i od tego, w ktorym kierunku pojdziesz zalezy twoja przyszlosc. Nie znajac przyszlosci, kryjacej sie za kazda z drog, czasem ciezko zadecydowac samemu. Wyslalismy wiadomosc przez Chopina mame do naszej zaprzyjaznionej wrozki w Polsce, aby postawila karty i powiedziala w ktora strone... A ze nie dostalismy do wczoraj w nocy odpowiedzi, pierwszy raz, po ponad dwoch latach podrozy wydobylam z dna plecaka moja talie Tarota. Tuz przed polnoca rozlozylam karty na mapie Ameryki Poludniowej. Wskazaly - Sao Paolo w Brazylii. Wiec jedziemy. Nowy Rok. Nowe Milenium. Trzeba ruszyc w nowe miejsce.


Troche ciezko dzisiaj, bo upal straszliwy (w styczniu!), zero cienia zekajac na stopa. I dlugie czekanie. Samo wydostanie sie z ogromnego Buenos Aires, autobusem do "peaje" zajmuje nam kupe czasu. Jedziemy prowincja Entre Rios, droga nr 14 w strone Uruguayana.
Czy jesli pierwszego dnia Nowego Tysiaclecia ruszamy w podroz, to znaczy, ze tak juz nam zostanie...?

2 styczen 2001
Znowu nie doceniamy dystansu, albo przeceniamy nasze mozliwosci.
Beznadziejnie nam dzisiaj idzie. Zaczynamy sie zastanawiac, czy dobrze robimy opuszczajac Buenos Aires... Za Concordia stoimy w szalonym upale nie wiem, ile godzin, z pol dnia. Az zatrzymuja sie ludzie jadacy na druga strone rzeki - do Urugwaju. Stamtad tez jest droga do Uruguayany, pierwszego miasta w Brazylii, przez ktore mamy przejechac. Wiec - przez Urugwaj. Tam juz troche lepiej. O zmroku docieramy do granicy tuz za Bella Union. Tylko po brazylijskiej stronie nie maja pieczatek. Mowia, ze musimy pojsc do "migraciones" przy miedzynarodowym moscie w Uruguayana.
Trzy rozne kraje w jeden dzien. Znowu zmiana jezyka. Zapomnielismy juz juz troche portugalski. Z przygranicznej wioski o tej porze nic juz nie wyjezdza, wiec nocleg w ogrodku pod moskitiera u zagadnietej wieczorem rodzinki. Ruszymy dalej z rana.

3 styczen 2001
Ciezko. Dzis odplywa z portu Santos (niedaleko Sao Paolo) statek do Singapuru. Mozemy zapomniec. Ciezko bylo nawet wydostac sie z przygranicznej wiochy. W Uruguayana troche spraw - wymiana kasy, sniadanie, kupienie czapeczek (aby nie spalac sie wiecej), internet, "migraciones" - musimy przekroczyc most, na argentynska strone, aby dostac pieczatke wjazdowa do Brazylii. Bezsensy biurkracji. Teraz czekamy na stacji benzynowej, gadamy z kierowcami TIR-ow, aby ruszyc dalej.
Dlaczego ludzie nie moga powiedziec wprost, ze nie moga, lub nie chca cie zabrac? Dlaczego mowia, ze O.K., zabiora cie, tylko musza pojechac sie zaladowac i wroca za trzy godziny, i... wiecej sie nie pojawiaja. A my tracimy czas. Dlaczego setki samochodow (wiele pustych) smigaja droga i zaden sie nie zatrzyma...?
Przechodzimy trzy kilometry na inna stacje benzynowa, juz na wyjezdzie, gdzie zajezdza i nocuje przed dalsza droga wiekszosc ciezarowek. Do pozna wieczorem probujemy rozmawiac z kierowcami, ale ciezka sprawa, nie znajdujemy dzis nikogo. Jak dobrze, ze jest tu prysznic, bo upal panuje nieziemski. Przespimy sie w okolicy i bedziemy probowc dalej jutro.

4 styczen 2001
Przekleta Uruguayana. Wstajemy rano, niewyspani troche, bo komary przedostaly nam sie podstepnie pod moskitiere i nie dawaly spac. Obchodzimy cala stacje benzynowa w nadziei namowienia kierowcy jednej z ciezarowek, aby zabral nas do Porto Alegre. Nie jest latwo. Jedni jada w druga strone - do Argentyny, inni czekaja dopiero na towar, niektorzy jada we dwojke, albo z zona, inni jeszcze mowia, ze firma zbrania zabierac kogokolwiek, sa tez tacy, ktorzy moga, ale po prostu nie maja ochoty nas zabrac. Coz... nic nie poradzimy.
Wychodzimy wobec tego na droge, gdzie oprocz ciezarowek przejezdzaja tez przynajmniej od czasu do czasu osobowe samochody. Moze one... Poranne slonce wspina sie szybko po niebie i wkrotce parzacym zarem zalewa swiat. Nie ma przy drodze nic, co dawaloby choc kawalek cienia. Stoimy wiec w sloncu (jak dobrze, ze mamy czapeczki) i zatrzymujemy przejezdzajace samochody. Duzo Argentynczykow wybierajacych sie calymi rodzinami na wakacje do tanszej Brazylii. Teraz akurat pelnia sezonu, lato. Wiekszosc samochodow zaladowana, ale te puste tez sie nie zatrzymuja. Stoimy, czekamy, pot z nas scieka. Okolo poludnia nie wytrzymujemy juz upalu. Robimy przerwe na lunch w restauracji na naszej stacji benzynowej (w poblizu nie ma zadnych sklepow). Dogadujemy sie na bufet bez miesa za 5 Reali (2.5 dolara) za nas dwoje - przynajmniej taki pozytek z przyjazdu do Brazylii, w Argentynie ani w Czile ani razu nie jedlismy w restauracji. Potem znowu pytamy nowych kierowcow ciezarowek, znowu wychodzimy na droge...
Zaczynamy zastanawiac sie, czy dobrze odczytalam karty. Moze powinnismy zostac w Buenos Aires...? Wracamy na poprzednia stacje benzynowa, gdzie maja internet. E-mail od Ryana, czlowieka ze Stanow, pomagajacego nam w szukaniu statku. Na ten wlasnie e-mail czekalismy. Mowi, ze Brazylia to dobry pomysl, wiecej statkow. Ma tu poza tym przyjaciol. Wiec wybralismy dobrze - tylko wydostac sie z przekletej Uruguayany. Do konca dnia bezskutecznie probujemy. Kiedy zrezygnowani wieczorem umawiamy sie z jednym kierowca na juto (mowi, ze zabierze nas na pewno, musi tylko sie zaladowac), podchodzi pracownik stacji i mowi, ze znalazl nam kierowce. Ruszamy zaraz. Przez cala noc do Porto Alegre.

5 styczen 2001
Telepiaca sie powoli antyczna ciezarowka wleczemy sie przez cala noc i pol dnia do Porto Alegre. Udaje mi sie troche przespac. W Porto Alegre na obrzezach miasta wymieniamy kase i fundujemy sobie wspanialy bufet z owocami i nieograniczona iloscia roznych warzywek za niecalego dolara od osoby - chyba przestaniemy gotowac.
Wychodzimy na autostrade - chcemy zdazyc na 7 stycznia do portu Santos, skad odplywa statek do Singapuru. Zabiera nas ciezarowka pelna... moich ulubionych owocow - wielkich, wspanialych arbuzow. Dostajemy jednego w prezencie. Ciezarowka wiezie nas bocznymi drogami, a nie glowna autostrada, aby uniknac placenia oplaty drogowej. W ten sposob ladujemy niespodziewanie na wybrzezu w miasteczku Torres. Na szczescie pod dachem (bo rozpadalo sie nagle), w miejscu, gdzie obowiazkowo rejestruja sie wszystkie przejezdzajace ciezarowki. Tylko... ten sam problem - zadna nie chce nas zabrac. A tutejsza policja nie pozwala nam przespac sie w zadaszonym zakatku z tylu budynku. Moze to i lepiej, bo szukajac innego miejsca do spedzenia nocy zostajemy zaproszeni przez dziewczyne pracujaca w pobliskiej informacji turystycznej do jej domu.

6 styczen 2001
Nie zlapiemy odplywajacego jutro statku z Santos. Bo po calym dniu stopa ladujemy poznym wieczorem w Curitibie. Tak widocznie mialo byc. Zostajemy za to przywitani z otwartymi ramionami przez servasowych przyjaciol Cesara i Marcie, u ktorych bylismy jakies pol roku temu. Jechalismy caly dzien widokowa droga wzdluz wybrzeza przez stany Rio Grande do Sul, Santa Catarina i Paranagua. Podobno jeden z ladniejszych rejonow Brazylii, tylko nie mamy teraz czasu, aby sie w nie zaglebic.

7 styczen 2001
Dzien odpoczynku u Cesara i Marcii. Nadrabiamy zaleglosci w korespondencji, Chopin pracuje nad nasza strona (w weekendy prawie darmowy internet). Cesar nagrywa dla nas jakies spotkania z prasa.

8 styczen 2001
Cesar jest nieamowity. Cale przedpoludnie spedza dzwoniac w rozne miejsca, opowiadajac ludziom nasza historie, zbierajac informacje. Dowiadujemy sie, ze sa dwa statki w najblizszej przyszlosci - jeden 14 stycznia z portu Paranagua (niedaleko Critiby) do Singapuru. Drugi 23 stycznia, z innego portu prosto do Australii. Pytanie tylko -jak sie na nie dostac. Chodzi o to, ze trzeba sie kontaktowac nie z kapitanem, nie z firma obslugujaca statek, a z wlascicielem. Problem polega na tym, ze wlasciecielem jest czesto jakas firma w Europie, czy Azji i tylko wynajmuje statek innej firmie przewozacej towary. Wiec wszystko troche skomplikowane. Poki co korespondujemy co dzien z Ryanem, ktory pouruchamial swoje kontakty w Rio de Janeiro, Săo Paolo i okolicach. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

9 styczen 2001
Nie bardzo wiemy, co mozemy zrobic. Szukamy rzeczy na internecie, wysylamy pare e-maili. Pozostaje czekac.

10 styczen 2001
Przyszedl dzis reporter z gazety z fotografem zrobic z nami wywiad. Po portugalsku! Przypominamy sobie powoli jezyk, teraz jest juz nam znacznie latwiej niz kiedys, poprzednim razem w Brazylii. Plynniejsza znajomosc hiszpanskiego pomaga bardzo.
Chopin zrobil dzis wspanialy, pieknie podany lunch - sushi z ryzem i warzywkami.

11 styczen 2001
Wyszedl krotki artykul o nas w "Folha do Parana". Szkoda tylko, ze nie podali adresu naszej strony. A dzisiaj mamy juz nasza strone rowniez po portugalsku. Cesar pomogl nam przetlumaczyc historie naszej podrozy w skrocie. Tak wiec mamy strone w czterech jezykach!
Dzis wieczorem - rewelacja - w naszej skrzynce na "yahoo" znajdujemy byc moze rozwiazanie naszego problemu. List od Australijczyka, ktory wpadl na nasza strone przez strone "Lonely Planet". Ma przyjaciela, ktory jest wlascicielem statku, ktory 1 lutego wyplywa w rejs do Australii, tyle ze z Valparaiso w Czile. To nie problem, mozemy pojechac dokadkolwiek, tylko chcemy byc pewni, ze nas zabierze zanim wyruszymy na druga strone kontynentu.

12 styczen 2001
Nie wiemy co zrobic. Okazuje sie, ze wlasciciel tego statku z Czile jest niedostepny, w tym momencie sam bedac w jakims rejsie. Robert (nasz Australijczyk) zapewnia nas, ze jak tylko powolamy sie na niego, na pewno nas zabierze.
Jednoczesnie Ryan mowi, ze okolo 50 ludzi tutaj w Brazylii pracuje nad tym, abysmy mogli przedostac sie do Australii! Na razie nie maja jeszcze nic konkretnego, potrzeba troche czasu. Ale to potezna, pozytywna energia. Wierzymy, ze cos z tego wyjdzie.

13 styczen 2001
Niewiele juz, poza oczekiwaniem, mozemy zrobic. A ze mamy juz dosyc siedzenia w domu, komputera, telewizora - jedziemy na weekend na wyspe. Polecona nam przez Cesara Ilha do Mel - "Wyspe Miodowa".
Po drodze wstepujemy do portu w Paranagua. Stad ma odplynac jutro podobno statek do Singapuru - co nam szkodzi sprawdzic. Ale w porcie mowia, ze ani dzis, ani jutro taki statek nie przyplywa, a maja informacje o statkach tylko na najblizsze 48 godzin. Widzimy w porcie statek o imieniu "Powstaniec Styczniowy", ale nie pozwalaja nam nawet do niego podejsc - bez specjalnych pozwolen nie ma szans.
Coz... plyniemy wobec tego na wyspe. Jakies dwie godziny drogi lodka z Paranagua. Niezle widoczki po drodze.

14 styczen 2001
Przybylismy wczoraj na wyspe o zmroku, tak wiec tylko poszukalismy miejsca na rozlozenie sie - pod wydma na plazy. Tym razem nasza folia rozlozona profesjonalnie przez Chopina zdala egzamin. Przeszla w nocy burza ze straszna ulewa, ale ogluszeni woda bombardujaca nasz daszek, przytuleni do siebie, przetrwalismy sucho noc.
Dzis juz niebieskie niebo i upal. Jak przyjemnie obudzic sie przy szumie fal i wskoczyc z smego rana do wody. A potem przejsc sie po dzunglii. Wyspa jest calkiem spora, z lasem i wzgorzami po srodku, i z plazami, i turystami dookola.
Kto by pomyslal, ze na jakiejs wyspie w Brazylii bedziemy mieli okazje porozmawiac po polsku i zostaniemy poczestowani paczkami. W pierwszym z brzegu domku, gdzie pytamy, czy mozemy zostawic plecaki, aby pochodzic swobodnie po wyspie, spotykamy starszego pana, ktorego rodzice przyjechali do Brazylii w 1920 roku. Pan Ludwiek mowi plynnie po polsku, choc jego dzieci i wnuki juz nie. Rozmawiamy troche z dziadkiem po polsku i z wnuczka blondyneczka o niebieskich oczach po portugalsku. Potem idziemy odwiedzic 18-wieczny fort w jednej czesci wyspy i latrnie morska na wzgorzu w drugiej. Rozciaga sie stad widok na cala wyspe, dzungle, plaze, zatoczki, lodki. Na koniec dnia przechodzimy sie po dzungli, gdzie pokazje Chopinowi dziko rosnace ananasy, ktore znalazlam rano. Niestety, jeszcze niedojrzale.

15 styczen 2001
Jak dobrze bylo odpoczac na wyspie.
Dzis znowu "do pracy". W Paranagua odwiedzamy trzy rozne agencje morskie.
W Marsud sami nie moga nic zrobic, objecuja przeslac nam e-mailem kontakt do wlasciciela statku wyplywajacego wkrotce do Singapuru.
W Nedloyd podobna sytuacja - dostajemy numer telefonu do firmy-wlasciciela w Niemczech. Oraz namiary na trzecia agencje.
W Wilson Sons trafiamy w koncu na czlowieka, ktory autentycznie przejal sie nasza historia i bardzo chce nam pomoc. Edson wysyla e-mail do znajomego managera "Lydii Oldendorf" - statku wyplywajacego 23 stycznia prosto do Australii. Okazuje sie, ze bez osobistych kontaktow nie ma nawet co probowac.
W nocy wracamy z powrotem do Curitiby.

16 styczen 2001
Dostajemy odpowiedz od wlascicieli Lydii Olendorf - negatywna.
Nie wiemy juz co robic. Wysylamy jeszcze pare e-maili. Jutro pojedziemy chyba raz jeszcze do portu Paranagua, ma przyplynac statek plynacy do Singapuru. Jesli nie wyjdzie nic z rozmowy z kapitanem, ruszymy chyba do Valparaiso w Chile, sprobowac szczescia ze statkiem, o ktorym napisal nam Robert z Australii. Jego przyjaciel, wlasciciel statku, jest ciagle niedostepny, wiec nie mamy zadnego potwierdzenia, ale wydaje sie to najbardziej obiecujaca opcja. A zeby zdazyc przed 1 lutego, lepiej juz wyruszyc.

17 styczen 2001
Przeczytalam "Alchemika" w oryginale.
Paranagua. Postanawiamy wziac sprawy zdecydowanie w swoje rece i zobaczyc, co uda nam sie zrobic w porcie. Niestety. Nie ma najmniejszych szans, aby wpuscili nas do portu, nie mozemy wiec porozmawiac osobiscie z kapitanem. Inny problem to, ze kazdy podaje nam inne informacje i okazuje sie, ze statek "Hong Kong", majacy wyplywac dzis w nocy do Singapuru, plynie do Europy. Jest za to inny "Hong Kong" plynacy w nasza strone. W porcie dostajemy adres agencji, ktora go obsluguje. W podanej agencji "Transcar", mowia ze to nie oni, tylko "Marsud". Ale podaja nam wiecej informacji na temat statkow plynacych do Australii i Singapuru. W "Marsud", mowia ze jeden tylko z podanych statkow plynie do Singapuru - ten drugi "Hong Kong". Jest zakotwiczony dzis kolo portu. W porcie mowia, ze abysmy mogli wejsc na teren portu, musimy miec autoryzacje agencji morskiej. Agencja za to mowi, ze nie jest w stanie dac nam takiej autoryzacji... I badz tu madry... Pozwalaja nam przynajmniej skorzystac z internetu i drukarki.
Przygotowujemy troche materialow o nas i naszej podrozy i dajemy czlowiekowi, ktory bedzie jechal spotkac sie z kapitanem, bo nie ma szans zabrac sie z nim i spotkac sie z kapitanem osobiscie.
Gosc wraca o 11 w nocy z negatywna odpowiedzia. Co wiecej mozemy zrobic...?
Jedziemy jeszcze w nocy do Kiko, ktory ma firme zaopatrujaca statki i brata kapitana. Mowi, ze mozemy zapomniec. Nawet jak on chce poplynac gdzies z bratem, musi pare miesiecy wczesniej zalatwic wszystkie pozwolenia od wlascicieli statku i nie jest to latwe, nawet majac kontakty.
Mozemy w sumie jechac juz do Valparaiso, sprobowac ostatniej szansy. Pomimo tego, ze specjalny program komputerowy u Kiko, ktory jest w stanie znalezc wszystkie istniejace, zarejestrowane statki, mowi ze nie istnieje statek o nazwie "Chester". Ale coz nam pozostaje...? Tylko poczekamy moze chwile, bo zainteresowala sie nami telewizja - "O Globo", najwiekszy kanal telewizyjny w Brazylii. Korespondujemy. Zobaczymy, czy cos z tego wyjdzie.

18 styczen 2001
Szybka akcja. Kontaktuje sie z nami rano telewizja i przyjezdzaja do Paranagua. Czteroosobowa ekipa - Gabriela dziennikarka, kamerzysta, pomocnik i kierowca. Przez caly dzien nagrywamy. Duzo akcji. Filmuja nas w bramie wejsciowej portu (nawet ekipie najwiekszej brazylijskiej telewizji nie udaje sie zdobyc dla nas wejsciowek). Potem w kilku agencjach morskich, potem scenki na ulicach miasta, caly czas z plecakami. W koncu wywiad z nami nad zatoka w Paranagua. Opowiadamy nasza historie. Po portugalsku! Ukaze sie w najblizsza niedziele wieczorem w programie "Fantastico", podobno ogromnie popularnym. Fantastycznie! Teraz znowu mamy dylemat. Czy jechac do Valparaiso - jesli chcemy zdazyc, musimy wyruszyc juz. Najlepiej jutro, najpozniej pojutrze. Czy poczekac do niedzieli, do emisji programu i pare dni po i zobaczyc... wszyscy mowia nam, ze jest szansa, ze bedzie spory odzew, moze odezwie sie ktos, kto pomoze nam przedostac sie do Australii. Ale kto to wie...? Poki co jestem wykonczona dniem pelnym wrazen spedzonym przed kamera - nie jestem przyzwyczajona, poza tym nie cierpie byc filmowana. Do tego wykonczona mysleniem, co tu zrobic. Znowu trzeba wybrac. A wybierajac jedna mozliwosc, zamyka sie sobie druga. Nigdy nie wiadomo, co bedzie lepsze.

19 styczen 2001
Zadecydowalismy. Ruszamy jutro z rana do Valparaiso. Chopin raz jeszcze, sam skoczyl dzis do Paranagua, sprawdzic ostatnie kontakty podane nam przez Rayana. Ale okazuje sie, ze nie ma w najblizszym czasie perspektyw na nic konkretnego. Poza tym napisal gosc z telewizji, ze nie moga umiescic adresu naszej strony w prpgramie, pomimo ze ekipa filmujaca nas nam obiecala. Poza tym nie jest jeszcze pewny, czy pokaza nas w najblizsza, czy w nastepna niedziele. Tak wiec nie mamy na co czekac.
Jestesmy dzis u rodziny znajomego Marcii w Curitibie. Rodzinki - pol polskiej - pol japonskiej. Z babcia, ktorej diadkowie przybyli do Brazylii w polowie ubieglego wieku, rozmawiamy po polsku. Jakas jedna czwarta Curitiby jest polskiego pochodzenia.

20 styczen 2001
Leonardo z ojcem z naszej japonsko-polskiej rodzinki odwoza nas poza Curitibe. Nie wiemy, czy lepiej jechac przez Porto Alegre, mniej wiecej tak jak przyjechalismy, czy inna droga, wygladajaca z mapy na troche krotsza, ale bardziej podrzedna. Dajemy wybrac losowi, czyli naszemu pierwszemu stopowi. Pierwszy samochod skreca w te druga droge. Fajnie, zobaczymy inny kawalek Brazylii. Tylko musimy sie spieszyc, nie mozemy spoznic sie na statek, a przed nami nie wiemy ile, ze trzy, moze cztery tysiace kilometrow. Jedziemy wobec tego caly dzien. Powoli, wijaca sie po zielonych pagorkach droga. Przejezdzamy przez nagla, ogromna ulewe i wysadzeni przy budce policji drogowej podziwiamy wspaniala tecze - zawsze dla nas dobry znak. Policjanci czestuja nas jablkami oraz zatrzymuja nam stopa. Ze zlapana przez nich ciezarowka jedziemy do polnocy, do Erechim, gdzie nocujemy na stacji benzynowej, aby z samego rana ruszyc dalej.

21 styczen 2001
Jeden z tych dni, kiedy wszystko sie uklada. Pierwszy kierowca ciezarowki nie moze uwierzyc, ze jedziemy stopem dookola swiata i powtarza tylko "jestescie szaleni". Drugi stop zawozi nas do Passo Fundo. Wjezdzamy do centrum miasta, bo chcemy znalezc internet i cos do jedzenia. Tylko dzis niedziela, wszystko pozamykane. Wszystko, oprocz wielkiego supermarketu. Wchodzimy i pytamy, czy mozna gdzies znalezc internet. Okazuje sie, ze zagadujemy samego szefa supermarketu. Pyta skad jestesmy i odpowiada, ze owszem - u niego w domu. Niedaleko. Dzwoni do zony i wysyla z nami jednego z mlodych pakowaczy, aby pokazal nam gdzie mieszka. Po jakiejs godzinie, podczas ktorej sprawdzamy poczte i aktualizujemy nasza portugalska storne, razem zapraszaja nas na lunch w eleganckiej restauracji. "Comida por kilo" - system self-service, gdzie placi sie od wagi. Kilkanascie rodzajow salatek i tyle samo cieplych dan, w tym pare wybornych, bezmiesnych. Jedzac opowiadamy o naszej podrozy. Potem zostajemy odwiezieni na stacje benzynowa, poza miasto, gdzie nasz szef supermarketu z zona, przejeci tym, ze ukazemy sie dzis wieczorem w "Fantastico", przekonuja kierowce ciezarowki, aby nas zabral.
Niechetny z poczatku, ale zabiera nas i chyba nie zaluje, bo mowi nam, ze z pochodzenia jest Polakiem (Szeliga) i powoli rozkreca sie rozmowa. Jedzie prosto do Urugwajany, przy granicy argentynskiej - tam gdzie my. Dotrzemy chyba pozno w nocy. O osmej wieczorem kierowca daje sie namowic na przerwe na malej stacyjce bnenzynowej. Chcemy zobaczyc sie w "Fantastico". Zasiadamy przed telewizorem w pustawej restauracyjce. Ogladamy najpierw przez pol godzny przysylane przez widzow smieszne urywki video. Potem zbieranina roznych, przewaznie srednio ciekawych ciekawostek. W koncu, tuz po urywku o zyciu dinozaurow - jest: "Autostopem dookola Swiata". Pokazuja blyskawicznie troche zdjec wybranych z naszej strony, fragmenty wywiadu z nami, moment jak lece lotnia nad Rio, oraz mape z niekompletna trasa naszej wyprawy. I tyle. Wszystko sprawnie zmontowane, przelatuje przez ekran w zawrotnym tempie. Kiedy wychodzimy z restauracyjki, ludzie patrza na nas niedowierzajacym wzrokiem. Nasz kierowca mowi, ze zadzwonil wlasnie do zony, aby przelaczyla telewizor na "O Globo" i poczekala az sie ukazemy. W momencie, jak zadzwonil zobaczyla nas na ekranie - niezla synchronizacja.
Z powrotem w ciezarowce, dochodzimy do siebie. Wymiana wrazen. Czemu tak szybko, tak krotko? Czteroosobowa ekipa telewizyjna pracowala nad tym kawalkiem caly dzien. Wiadomo bylo, ze wiecej obetna, niz pokaza, ale az tak...? Poza tym nie pokazali nic z nasych poszukiwan statku do Australii. Nie podali adresu naszejs strony. Wiec dobrze, ze pojechalismy. ALe nic. Krotko, ale wystapilismy w najwiekszym programie brazylijskiej telewizji i przekazalismy to, co chcielismy powiedziec: ze jedna z najwazniejszych w zyciu rzeczy jest podazanie za swoim przeznaczeniem i marzeniami.

22 styczen 2001
Nasz krotki wystep w "Fantastico" nie przyniosl rezultatow, o jakich marzylismy - w postaci naszej skrzynki e-mailowej wypchanej zaproszeniami na rejs do Australii. Ale nie przechodi tez bez echa. Jestesmy rozpoznawani przez co druga osobe na ulicach Urugwajany. Ciekawe reakcje ludzi:
- Widzialem was w "Fantastico"!
- Skad ja znam wasze twarze...?
- Szok! Wczoraj w telewizji, a dzisiaj tutaj. Patrzcie! Oni byli w "Fantastico" wczoraj. Czekajcie...!! Moge zrobic z wami zdjecie?
Dziewczyna w sklepiku, do ktorego wchodzimy tak przezywa, jakby zobaczyla na zywo swojego ulubionego aktora. Nie maja aparatu, wiec przywoluja szybko pobliskiego fotografa i konczy sie na tym, ze zbiera sie spory tlumek i pozujemy do zdjecia z cala zaloga sklepiku. Potem:
- Jestescie glodni...? Moze cos do jedzenia? Do picia? Cokolwiek potrzebujecie...
Nie chcemy wykorzystywac sytuacji. Udaje nam sie jakos wykrecic i uciec. Nie myslalam, ze tyle ludzi oglada telewizje, i ze 2 minuty 15 sekund (Wilson z Rio mierzyl czas!) moze miec taki impakt.
Przezywamy swoje pol dnia wielkosci i slawy, po czym... opuszczamy Brazylie. Chyba dobrze, bo ciezko by tak bylo na dluzsza mete. Tyle, ze moze latwiej byloby o stopa...
Wydajac ostatnie Reale robimy duze zakupy w Brazylii (bo znacznie taniej) i przedostajemy sie na druga strone miedzynarodowego mostu. Potem pieszo za rozjazd. I tyle... Stoimy przez reszte dnia bez rezultatu. Tutaj nie jestesmy slawni, wiec pewnie dlatego nikt sie nam nie zatrzymuje. Przechodzimy, jak nam ktos radzi ze trzy kilometry do kontroli policyjnej. Tu policjant mowi, ze sprobuje nam cos zlapac, ale ceinko to wyglada. Wlasnie sie sciemnia.

23 styczen 2001
Przespalismy sie kolo kontroli policyjnej i rano stoimy dalej. Tyle, ze nie jestesmy sami. Sporo lokalnych ludzi te czeka na stopa, a praca policjanta polega glownie na znajdowaniu ludziom stopa, glownie wsrod kierowcow ciezarowek. Tylko trzeba duzo cierpliwosci, poczekac swojej kolejki, oraz dobrej woli policjanta, ktory nie pracuje bynajmniej caly czas, robiac co chwile dlugie przerwy na mate, czy po prostu na odpoczynek. Pierwszenstwo maja wszyscy mundurowi: zolnierze, policjanci, marynarze, ktorym bez kolejki i od reki nasz policjant zatrzymuje ciezarowki. W koncu, po pol dnia czekania w upale, nadchodzi nasza kolej. Zabiera nas (za rekomendacja policjanta) kierowca autobusu. Nowiutkiego, swiezego, pustego autobusu, ktory trnsportuje z fabryki w Brazylii prosto do...Czile. Brazylijski kierowca widzial nas w telewizji.
Jedziemy. Mamy dla siebie calutki luksusowy, dalekobiezny, klimatyzowany autobus ze specjalnymi siedzeniami rozkladajacymi sie prawie do pozycji lezacej. Jedziemy poki co do Parana, gdzie kierowca zatrzymuje sie na stacji benzynowej na noc i czeka na jedenascie identycznych, pustych autobusow. Mamy dylemat - czy jechac prosto, bezposrednio i bez problemow do Czile? Czy pojechac najpierw, tak jak myslelismy do Rosario, odwiedzic Alicje i Huga (nasz statek, dowiedzielismy sie, bedzie mial przynajmniej tygodniowe opoznienie). Idziemy sprawdzic poczte. E-mail od Alicji pomaga nam podjac decyzje - mowi, ze chetnie zobacza sie z nami, oraz ze przyszla w koncu ksiazka Julii Butterfly wyslana dla nas dawno przez Jasona na ich adres. Pojedziemy jutro do Rosario. Kto by pomyslal, ze zrezygnujemy z tak pieknego, bezposredniego stopa...

24 styczen 2001
150 kilometrow do Rosario - tak juz blisko, szybka prosta autostrada. Tylko... docieramy dopiero pod wieczor, bo w nieznosnym upale czekamy przez wiekszosc dnia na stopa. Troche szkoda, ze to nie Brazylia, i ze nie jestesmy tu zanani...

25 styczen 2001
Czytam niesamowita ksiazke Julii Butterfly. Julia przezyla dwa lata mieszkajac na tysiacletnim drzewie, chroniac je przed barbarznskim scieciem. Bedac w Kaliforni trafilsmy na jej rocznice i widzielismy Julie tanczaca na czubku Luny (tak nazywa sie drzewo). Rozmawialismy tez z nia nastepnego dnia przez telefon. A teraz czytamy jej piekna ksiazke. Nawiazujac do naszych kalifornijskich czasow, zrobilismy dzis wspanialy, caly surowy posilek dla rodzinki.

26 styczen 2001
Kolejny dzien odpoczynku z rodzinka Abratti. Jutro ruszamy w strone Czile.

27 styczen 2001
Opuszczamy Rosario kolo poludnia. Dobrze, ze nie musimy sie spieszyc, bo idzie powoli. Pierwszy stop do Casilda. Tam czekamy troche. Po jakims czasie, zrezygnowani, idziemy dalej - do stacji benzynowej. Chopin robi mate, pijemy i dopiero idziemy lapac dalej. Drugi stop do Venado Tuerto, skad juz nie udaje sie nam wydostac, bo sie sciemnia. Rozkladamy sie wiec na noc. Chopin robi nam domek (moskitiera, daszek), ja lapie stopa do centrum miasta, robie zakupy i gotujemy.

28 styczen 2001
Z Vendado Tuerto mamy do wyboru dwie drogi, ktore pozniej sie lacza: nr 8, albo najpierw do Rufino i stamtad nr 7. Stoimy dluzszy czas na tej pierwszej, bez rezultatu.
Zmieniamy wiec na te druga. Cienko tu ze stopem. Ale jak zawsze, dluzsze czekanie w koncu zostaje zrekompensowane. Zabiera nas kierowca ciezarowki, podrozujacy z...
mlodziutkim skunksikiem w kabinie. Jako maskotka, jak kot, czy pies. Skunksik dostaje mleko z buteleczki i lazi po calej kabinie. Obwachuje nas, wspina sie po nas, gryzie mi skarpetki. Niezly ubaw. Jedziemy z Hektorem i skunksikiem do poznego wieczora, do Villa Mercedes. Przestrzenie tu sa olbrzymie, krajobraz plaski. Po ulewnych deszczach sporo wody po obu stronach drogi, w ktorej brodza przeroznego rodzaju ciekawe ptaki. Wieczorem na stacji benzynowej, przy ciezarowce, gotujemy posilek dla calej trojki - brazowy ryz z cebulka i grzybkami, ktore znalazl dzis Chopin na lace posrodku ronda. Pycha.
Genialne sa tutejsze stacje benzynowe - nie tylko maja kulturalne lazienki z papierem toaletowym, ale i przyjemne, czyste, wykafelkowane prysznice z ciepla woda. Wszystko za darmo. Na kazdej stacji w Brazylii darmowa kawa, a tutaj w Argentynie specjalne maszyny z goraca woda do parzenia mate, ktorej Chopin stal sie wielkim wielbicielem.

29 styczen 2001
Ktos zabil - scial Lune. Tysiacletnie drzewo, na ktorym Julia mieszkala przez dwa lata walczac o jego uratowanie. Swoja wytrwaloscia, uporem, poswieceniem, doprowadzila w koncu do podpisania oficjalnego dokumentu chroniacego na zawsze Lune oraz obszar dookola niej. Wkrotce potem (trzy miesiace temu, tylko my dowiadujemy sie dopiero dzisiaj) ktos zrobil niewyobrazalna, nieodwracalna, straszna rzecz - zabil Lune.
Szok, bezsilna zlosc, rozdzierajacy smutek. Jak ktokolwiek mogl...? Czy nie zdaje sobie sprawy, jaki ogrom cierpienia wywolal swoim czynem? Moze zdaje sobie sprawe, moze o to wlasnie chodzilo. Ale czy nie widzi, ze zniszczyl czesc naszego wspolnego swiata i ze moze juz jego dzieci nie beda mialy czym oddychac.
Na kontynencie polnocnoamerykanskim zostalo juz tylko trzy procent (!) pierwotnych, porastajacych go wspanialych lasow. I zamiast chronic za wszelka cene to co zostalo, pozwala sie olbrzymim firmom w zastraszajacym tempie kontynuowac wycinke. Firmom - potegom, dla ktorych nic nie znaczy prawo, dla ktorych nic nie znaczy zycie. Zycie drzew, zycie ludzi, zycie planety. Pracownik "Pacific Lumber" krzyczal, ze pozabija aktywistow probujacych chronic drzewa i kontynuowal scinanie wiedzac, ze w poblizu sa ludzie. Wraz z kolejnym upadajacym drzewem stracil zycie mlody chlopak.
A teraz zcieli Lune...

30 styczen 2001
Dojechalismy wczoraj w nocy do Mendozy i spedzilismy noc na otwartej pace naszej ciezarowki na stacji benzynowej. Dzis Mendoza. Lazimy caly dzien po tym przyjemnym miescie. Duzo parkow, zieleni. Tylko radosc z otaczajacego swiata przytlumia ciagle otrzymana wczoraj smutna wiadomosc.

31 styczen 2001
Spedzilismy przyjemna noc i poranek na wyspece na jeziorku w olbrzymim parku w Mendozie. Srodek tutejszego lata, wiec nie ma problemu ze spaniem na zewnatrz. I nikt tez nie mowi, ze park zamyka sie na noc, ze zabronione...
Melon na sniadanie i bez pospiechu ruszamy dalej. Pierwszy stop z gluchoniemym kierowca, ktory potrafi czytac z ust i z ktorym Chopin swietnie sie dogaduje. Potem ciezarowkami w strone "cordiliera de los Andes". Powolne wspinanie sie kreta droga wyzej i wyzej. Pod wieczor wysiadamy na 2700 m.n.p.m. przy "Puente Inca". Wysiadamy tu dosc przypadkowo, chcemy po prostu spedzic noc w gorach i reszte Andow przebyc jutro. Okazuje sie, ze niesamowicie trafiamy. Most Inkow jest wspaniala naturalna formacja - skalnym lukiem/mostem ponad plynaca w dole rzeka. A tuz przy moscie ruiny lazienek z goracymi zrodlami. Kilka pomieszczen, kazde z malym basenikiem z przeplywajaca nieustannie goraca woda. Skorzystamy jutro. Dzis szukamy sobie czegos do spania w okolicy i Chopin wynajduje nam domek - wykute w skale spore pomieszczenie - jaskinia. Trzeba sporo pod gore podejsc, ale warto, bo z jaskini roztacza sie panoramiczny widok na cala okolice. Nie wiemy kto, kiedy i po co wykul w skale to pomieszczenie. Czy ktos tu mieszkal...? Pewnie sie nie dowiemy. Zapalona swieczka robi niesamowita atmosfere. Dawno juz nie spalismy w takim miejscu. I z takim widokiem.


¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

Kory drzew ¶wiata
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Ameryka na nowo odkryta
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl