HAWAJE
18:33
CHICAGO
22:33
SANTIAGO
01:33
DUBLIN
04:33
KRAKÓW
05:33
BANGKOK
11:33
MELBOURNE
15:33
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 21; 7`2000; Z Brazylii do Paragwaju i Boliwii
AW¦ 21; 7`2000; Z Brazylii do Paragwaju i Boliwii



1 lipiec 2000
Na prawde nie ma jak male, nieturystyczne miasteczka, o ktorych Lonely Planet nawet nie wspomina. Ludzie sa tu (w Sao Mateus na przyklad) strasznie przyjacielscy i pomocni, i nienahalni. Szczyt nienahalnosci - gosc, ktorego spytalismy o nocleg na podworku szkolki muzycznej, wpuscil nas, pokazal gdzie mozemy sie rozlozyc i poszedl sobie. Zostawil nam tylko potem list, przedstawiajac sie i mowiac, ze chcialby nas poznac, tylko nie chcial nam przeszkadzac, bo pewnie bylismy zmeczeni.


Zarekomendowal miejsca do zobaczenia w okolicy i zyczyl milej podrozy. Niesamowite.
Poza tym rano, w tym samym miasteczku skorzystalismy z miejsca, gdzie pozwolono nam za darmo uzyc internetu, polecajac sie na przyszlosc.
Wszystko wspaniale, tylko ze stopem ciezko. Stojac godzinami przy drodze cwiczymy cierpliwosc (nie mam juz nawet nic do czytania) oraz miesnie - glownie Chopin, ktory wymyslil przydrozny, autostopowy zestaw cwiczen (na rozciaganie glownie). za mostem w Linhares stalismy z pol dnia. Powoli zaszlo slonce. W koncu (juz po ciemku - jak dobrze, ze nie dalismy za wygrana!) zatrzymal sie czlowiek i wynagrodzil spedzone przy drodze godziny przemierzajac z nami spory kawal drogi i zapraszajac na koniec do siebie, do domu z zona i malym synkiem. W Guarapari.

2 lipiec 2000
W koncu Rio! Kolejny dzien z dwoma tylko, ale dlugimi stopami. Pierwszy z samotnie jadaca kobieta! Oswoilismy sie juz na tyle z jezykiem, ze mozemy podyskutowac (niegramatycznie, mieszajac portugalski z hiszpanskim) praktycznie na kazdy temat. Wieczorem dotarlismy do slynnego Rio. Nagly szok. Tysiace ludzi, samochodow, autobusow. Wysadzeni przy dworcu autobusowym ledwo polapalismy sie o co chodzi, w ktora strone i jakim autobusem jechac. W koncu, poznym wieczorem zjawilismy sie na Ilha do Governador, gdzie mieszka chlopak, ktory znalazl na internecie nasza strone, skontaktowal sie i zaprosil nas do siebie. Tam idac ulica patrzymy, zatrzymuje sie przejezdzajacy samochod i kierowca pyta, czy jestesmy z Polski. Brat Wilsona byl naszym ostatnim stopem tego dnia - prosto pod drzwi domu.
Wilson jest pilotem samolotowym, ktory nienawidzi latac. Sam sporo podrozowal i odkad znalazl nasza strone, stal sie jak mowi naszym fanem. Niech zyje internet!

3 lipiec 2000
Wilson ma wspaniala mame, ktora strasznie sie nami przejmuje i wspanaiale nas karmi. Ponadrabialismy przez pol dnia zaleglosci komputerowe, a po poluidniu Wilson zabral nas do miasta. Jest strasznie dumny ze swojego, "najwspanialej polozonego miasta na swiecie". Tyle, ze wiekszosc tej wspanialosci przeslonili dzisiaj chmury i deszcz. Polazilismy po miescie, glownie szukajac miejsca do wywolania mioch zdjec, ktore mialoby matowy papier. Zarowno slynna statua Chrystusa z rozlozonymi rekami, jak i gora "Pao de Acucar" u wejscia do zatoki ukryte sa we mgle. A najslynniejsza plaza swiata - Copacabana opustoszala w deszczu. Wrocimy tu jeszcze za lepszej pogody.

4 lipiec 2000
Dzis stateczkiem z naszej wyspy do centrum. Potem metrem do servasowej pary, ktora nie mogla nas goscic, ale zaprosila na wspanialy lunch. Sonia jest dentystka i umowilismy sie na jutro na dentystyczne spotkanie. Dalej pogoda beznadziejna.

5 lipiec 2000
Dzien u dentystki. Ale nie bylo tak strasznie. Po drodze przeszlismy starowka, gdzie weszlismy na dach palacu Tiradentes, ktory byl przed przeniesieniem stolicy do Brazyli siedziba parlamentu. Niezly widoczek.

6 lipiec 2000
Odebralismy w koncu moje zdjecia. Nie moglam sie doczekac. Jestem pod wrazeniem, tak niezle wyszly. Wilson zabral nas dzis do Ipanema. Spacer po plazy i po ulicach. Zobaczylismy bar, w ktorym przesiadywali autorzy slynnej piosenki "Girl from Ipanema". W nocy bedziemy skanowac zdjecia, co za szczescie mamy, ze Wilson ma skaner.

7 lipiec 2000
Spotkalismy sie dzis z Jarretem, mlodym Amerykaninem tez poznanym przez internet, ktory tu pracuje. Zaprosil nas na sok, pogadalismy, pokazalismy zdjecia i stwierdzil placac za nas wszystkich, ze sa to najlepiej wydane 5 Reali od czasu jak tu przyjechal. Potem - Corcovado. Gora z Chrystusem. Zaczela sie w koncu sensowniejsza pogoda Rio zaczelo odkrywac swoje uroki. Wjechalismy na gore o idealnej porze, kiedy popoludniowe slonce ostatnimi promieniami rozswietlal od tylu Chrystusa oraz cale miato, zatoke, plaze, wyspy. Po czym schowalo sie wsrod super kolorow za gorami, a miasto zaczelo migotac zapalajacymi sie wieczornymi swiatlami i powoli zapadla noc. Widok warty przezycia.

8 lipiec 2000
Co za szczescie, ze trafilismy na Wisona. Lepszego przewodnika nigdzie bysmy nie znalezli. Zafundowal nam dzisial wspaniala wycieczke po miescie i okolicach. Starowka, gdzie stare, kolonialne budynki mieszaja sie z super nowoczesnymi. Kosmiczna katedra bardziej przypominajaca niezydentyfikowany obiekt latajacy. Przejazdzka specjalnym tramwajem. Miejsce widokowe, skad widac i Chrystusa na Corcovado, i slynna gore "Pao de Acucar". Przejazdzka kretymi drozkami po zalesionych wzgorzach miasta. W koncu miejsce, skad startuja lotnie i paralotnie. Glownie podwojne loty, gdzie za ok.100 dolarow profesjonalni lotniarze zabieraja turystow. Wilson chcial nam tylko pokazac widok. A ja nie moglam stamtad tak po prostu odejsc. Dawno juz o tym marzylam. Rio jest idealnym do tego miejscem. I... az sama nie wierze. Wymarzylam sobie! Jutro lece! Zlapalam lotnie na stopa, tzn. pogadalam z jednym chlopakiem i umowilam sie na jutro. Zaplace tylko za zmontowanie i rozmontowanie sprzetu (ok 10% calej ceny). Nie wiem, czy bede mogla spac tej nocy.

9 lipiec 2000
Wstalismy rano, kupilismy dodatkowy film, zabralismy aparaty, a Wilson kamere video i o dziesiatej, tak jak sie umawialismy zjawilismy sie na gorze przy rampie. A tymczasem, w bardzo brazyliskim stylu nie pojawil sie gosc, z ktorym sie umowilam. Gdy zadzwonilismy, okazalo sie, ze jeszcze spi i nie wygladalo na to, aby mial sie pojawic. Na szczescie spotkalismy jego kuzyna, ktory zdecydowal sie ze mna poleciec, bo ja nie mialam zamiaru opuscic tego miesca, dopoki nie polece i gdyby nie on moze musialabym zostac tam na zawsze. Chopin pomogl przytaszczyc lotnie. Zmontowali, przyczepili do skrzydla kamere video i aparat.
Ze Emiliow wyjasniajac swoim ubogim angielskim szczegoly startu, kiedy to trzeba biec z rampy w powietrze: "Run. Jump - danger. Stop - danger. Run." Tak tez zrobilismy - cudowny rozbieg prosto w powietrze i dalej poniosly nas skrzydla. Nie znam slow, aby opisac to uczucie. Lecialam juz roznego rodzaju samolotami, szybowcem, skakalam ze spadochronem, oraz "bungee jump", ale to, ten lot dzisiejszy, to moje najcudowniejsze powietrzne doswiadczenie ze wszystkich. Wspanialy, gladki, cichy lot, z gorami z tylu, z Rio de Janeiro pod spodem i oceanem z przodu. Przelecielismy ponad dachami budynkow, ponad woda i w koncu wyladowalismy gladko po srodku plazy. To trzeba przezyc.
Ale to jeszcze nie koniec na ten dzien. Poszlismy na piknik do ogrodu botanicznego, aby ochlonac wsrod orchidei i innych egzotycznych roslin. Po czym nasz niestrudzony przewodnik zabral nas na "Pao de Acucar". Wjezdza tam kolejka linowa, ale bardziej zadni przygod ludzie wspinaja sie na szczyt. My oczywiscie tez. Tyle, ze nie jest to wejscie na gore, a autentyczne, doslowne wspinanie, (szczegolnie kilkumetrowy odcinek pionowej skalnej sciany posrodku gory), ktore wiekszosc ludzi robi z przewodnkiem i linami. Choc niektorzy bez. Nam tez sie udalo. A warto bylo, bo widok ze szczytu zapiera dech w piersiach. Wracajac z powrotem (zejscie w dol jest fizycznie niemozliwe) Chopin zlapal na stopa kolejke linowa, zabrala nas bez biletu! Tak wiec rozszerza nam sie lista dziwnych pojazdow zlapanych na stopa.
Nie moge jeszcze powiedziec, ze Rio to najpiekniejsze miasto swiata (nie widzielismy calego swiata - jeszcze), ale szczerze - to najpiekniej polozone miasto ze wszystkich, jakie dotychczas widzialam. Szczegolnie ogladane ze szczytu Corcovado, Pao de Acucar, a najlepiej... z lotni.

13 lipiec 2000
Po przyjemnych prawie dwoch tygodniach opuscilismy Rio. Plan jest taki, ze wybrzezem do Curitiby, potem wodospady Foz de Iguacu i dalej przez Paragwaj do Boliwi, gdzie jestesmy umowieni z Monika. Poludniowe krance kontynentu (Argentyne, Chile) zostawimy sobie na pozniej, jak wroci tu z polnocnej polkuli slonce.
Zdecydowalismy sie jechac wybrzezem zamiast szybka, glowna autostrada do Sao Paolo. Bedzie wolniej, ale ladniej. Dosc pozno wyruszylismy, wiec nie zajechalismy daleko. Trzeci stop dowiozl nas pod wieczor do osiedla domkow pracownikow elektrowni atomowej. Slicznie polozonych, niedaleko gor, nad samym morzem. Skoro przeznaczenie nas tu wysadzilo, spedzimy tu noc na plazy i do Parati ruszymy jutro.

14 lipiec 2000
Mily nocleg pod naszym namiocikiem z plachty na pieknej pustej plazy z widokiem na wyspy i pagorki. Odespalismy w koncu przesiedziane za komputerem w Rio noce.
Parati okazalo sie ladnym, ale strasznie turystycznym miasteczkiem, wiec pochodzilismy tylko, popatrzylismy na uliczki, lodki, zatoke i ruszylismy dalej. Dzisiejsza noc spedzamy w miejscowosci niezaznaczonej na mapie pomiedzy Ubatuba i Caraguatatuba (nazwy tu maja ciekawe).

15 lipiec 2000
Ludzie sa niesamowici. Przybywamy pod wieczor do miasteczka Itanahem nad morzem. W poszukiwaniu noclegu na plazy rozgladamy sie za daszkiem, bo zaczyna kropic. Pytamy w jednym z plazowych, okraglych barakow, w dzien sprzedajacych napoje i jedzenie, teraz juz zamknietych. Spory daszek, w srodku pali sie swiatlo, chyba ktos tu mieszka. Otwiera nam starsza kobieta. Oczywiscie, ze mozemy przenocowac. Tylko, czy nie bedzie nam zimno? Chcemy jakis koc? A cos do jedzenia? Do picia? Juz jedliscie? To jutro. Nie jecie miesa? Zrobie warzywka. Nie jedza nic co zyje - tlumaczy mezowi. "Pieczony kurczak nie zyje" - rozumuje maz. W kazdym razie mamy kawalek dachu nad glowa, z szumem fal. I kluczyk do lazienki z cieplym prysznicem, i jak czegos potrzebujemy to mamy zapukac.

16 lipiec 2000
Co za szok termiczny przywital nas w Curitibie. Zalozylismy wszystkie bluzy, polary, kurtki, a i tak sie trzesiemy. Zima w srodku lipca! Na szczescie przywital nas tu Cesar, nasz nowy servasowy gospodarz.

17 lipiec 2000
Curitiba to bardzo przyjemne, czyste, europejsko wygladajace miasto zamieszkale w wiekszosci przez potomkow europejskich emigrantow: Wlochow, Ukraincow oraz... Polakow. Jest tu olbrzymia polska spolecznosc, Cezar pokazal nam polski park-skansen z trzdycyjnymi chatami i sprzetami, takimi jakich juz nawet w Polsce nie ma. Porozmawialismy w ojczystym jezyku z pania kierujaca skansenem.

18 lipiec 2000
Dalej zimno okrutnie. Najgorzej, ze rowniez w domu, bo takie temperatury nie sa tu normalne i mieszkania nie sa przygotowane. Nie wiem jak bedziemy jutro jechac dalej. Dzis Cesar pokazal nam ciekawy budynek opery oraz kilka przyjemnych interesujaco zaprojektowanych parkow, naprawde niezle to miasto. Wieczorem na ostatni wspolny posilek zrobilismy z Chopinem wspaniala domowej roboty pizze.

19 lipiec 2000
W Polsce srodek lata, a my tu cierpimy mrozy. Doslownnie - w nocy temperatura spada spokojnie do zera stopni, w dzien kilka tylko stopni cieplej, ale stojac pare godzin przy drodze czekajac na stopa nie robi to roznicy. Znowu ze stopem ciezko. Dojechalismy do jakiejs restauracyjki przy pustej drodze z super bufetem z salatkami i stad sie nie ruszymy, bo ciemno i zimno i nikt juz nas nie zabierze.

20 lipiec 2000
Odwyklismy od takich klimatow. Bylismy co prawda w zimie na Alasce, bylo nawet zimniej (czy to mozliwe?), ale nie wpadlismy tam nagle, bez ostrzezenia, po pol roku przebywania w tropikach. W nocy byl autentyczny mroz, rano caly swiat pokryty bialym szronem, widzielismy sople lodu.
Wlasciciele restauracyjki, w ktorej przesiedzielismy caly wieczor udostepnili nam na noc pomieszczonko przy magazynach. Zimne, jak cala reszta, ale zamykane. Nachuchalismy sobie i przezylismy. Rano zamarzalismy przy drodze czekajac nadaremnie na stopa, troche idac dla rozgrzewki. Cienko. Ruch niewielki, ludzie jacys nieczuli. W koncu kolo poludnia slonce troche rozgrzalo swiat, stopnial szron, przestalam sie trzasc. Zlapalismy stopa. Pare godzin, pareset kilometrow do przodu. Tam gdzie nas wysadzil bylo cieplej i byl to rezerwat indianski. Dobrze, ze cieplej, bo widzielismy bose dzieciaki, a te co nie bose, to w klapkach. I Indianki sprzedajace plecione koszyki i inne rekodzielo przy drodze. Tuz obok obozowiska - chaty-namioty z patykow i plastikowej foli.
Kolejny stop zabral nas stad do Cascavel, jakies 140km od Foz de Iguacu. Tu super kolacja w restauracyjce. Rewelacyjny maja tu system, placi sie ustalona cene, a jedzenie donosza i donosza, az sie powie, zeby przestali. Ryz z fasolka i z piec rodzajow surowek-warzywek. Rozpsuwamy sie za ostatnie brazylijskie grosze.

21 lipiec 2000
Niespodziewanie - Argentyna. Nie myslelismy, ze bedziemy dzis spac w innym kraju. Ani tez, ze dotarcie do wodospadow zajmie nam caly dzien. Ze stopem coraz ciezej, w koncu po wielu godzinach czekania zabral nas jeden Japonczyk (jak twierdzi pochodzi oryginalnie z Sao Paolo, a przeniosl sie do Foz, bo tu spokojniej), prosto do miasta i wysadzil na drodze w strone wodospadow.
Ogladac je mozna z dwoch - brazylijskiej oraz argentynskiej strony. Nie mielismy zadnego planu, jak zawsze, po prostu "tudo depende de carona" (wszystko zalezy od stopa), co stalo sie ostatnio naszym mottem. No i zatrzymal sie nam mlody Argentynczyk. W Argentynie jeszcze kilka krotkich stopow i dotarlismy do parku narodowego ze slynnymi wodospadami Iguacu. Rozleglejszymi i ciekawszymi niz Niagara. Tylko... dotarlismy w momencie, kiedy zaczelo sie sciemniac. Zdazylismy tylko wejsc na wieze, aby zobaczyc calosc z gory, oraz przejsc specjalnie zbudowana "gorna sciezka". Jest jeszcze "dolna sciezka", podchodzaca pod same wodospady, ale... natknelismy sie na straznika parku ze smiesznym wasem i przyklejonycm usmiechem, ktory stwierdzil, ze park sie zamyka i prosze kierowac sie do wyjscia. Coz bylo robic, szedl za nami. Skierowalismy sie wobec tego razem do centrum informacyjnego, a potem sami... do ciemnego miejsca za krzakami, rozlozyc sie na noc. Po ciemku ciezko byloby sie stad wydostac i zlapac stopa z powrotem do Brazyli, poza tym nie chcialam do konca zycia zalowac, ze bedac tak blisko nie zobaczylam z bliska wodospadow. Jutro spokojnie za dnia wszystko sobie obejrzymy.

22 lipiec 2000
Tak myslalam. Ze jak odkryje nas rano wczorajszy straznik, to zniknie mu przyklejony usmiech z twarzy. Mialam racje. Wypatrzywszy nas w krzakach straznik przywital nas z rana bardzo oficjalnie. Poczekal, az sie spakujemy i zaprowadzil do biura, gdzie poprosil o paszporty, po czym z powazna mina przez prawie godzine stukal na starodawnej maszynie do pisania wypelniajac skrupulatnie rubryki dlugich formularzy w trzech egzemplarzach, oddzielnie dla mnie, oddzielnie dla Chopina, z ktorych kazdy podpisaly trzy osoby podpisem i numerem legitymacji sluzbowej. Zastanawialam sie juz, czy w argentynskich wiezieniach maja weganskie jedzenie. A tu pan straznik dajac nam na pamiatke po kopi dokumentu wyjasnia, ze popelnilismy wykroczenie spiac nielegalnie w parku narodowym niedaleko sciezki i w zwiazku z tym zostana poinformowane najwyzsze wladze parkow argentynskich, ktore skontaktuja sie z nami poprzez ambasade. Uff... Prosze bardzo. A czy mozemy teraz zobaczyc reszte wodospadow? Mozemy. Wasaty straznik bez usmiechu pokazal nam nawet, gdzie mozemy zostawic plecaki. Nie ma jak Argentyna.
Poszlismy wiec spotkac sie z bliska z wodospadami. Naleza one do tych zjawisk, ktorych nie potrafie opisac. Ciezko nawet sfotografowac. Bo to trzeba zobaczyc. Z bliska, z daleka, z gory, z dolu, z roznych katow. Zobaczyc, uslyszec, powdychac i poczuc. Nie jest to jeden, a kilkadziesiat, czy kilkaset wodospadow na sporej przestrzeni. Warto bylo zostac, aby podejsc je z bliska dolna sciezka oraz zobaczyc z perspektywy wyspy na rzece, na ktora jest darmowa lodka. Szkoda jedynie, ze trafilismy na pochmurny dzien, bez dobrego swiatla do fotografowania. Potem - stopem z powrotem do Brazyli. Dzis jest pierwszy dzien naszej podrozy, kiedy jednego dnia zaliczamy trzy kraje. Argentyna, Brazylia, Paragwaj. W miasteczku Foz de Iguacu skorzystalismy po raz ostatni z jednego z popularnych tutaj bufetow - jedzenie z nieograniczona iloscia dokladek, za dolara. Kochamy Brazylie. Bedzie nam takich miejsc brakowac. I nie tylko. Chopin mowi, ze jest to pierwszy kraj podczas tej podrozy, w ktorym moglby mieszkac.
Znalezlismy jeszcze internet, odpowiedzielismy Monice, ktora czeka na nas w Boliwii, ze juz pedzimy i... popedzilismy. Do granicy. Przeszedlwszy graniczny most dowiedzielismy sie po paragwajskiej stronie, ze potrzebujemy wize. Konsulat w Foz otwarty dopiero pojutrze, w poniedzialek. Nie wiemy ile kosztuje wiza, poza tym nie chcemy czekac. Stwierdzilismy, ze sobie darujemy. Nie pierwszy to kraj, w ktorym bedziemy bez wizy. Poszlismy do przodu. Co za zmiana. Roznica jak pomiedzy Stanami a Meksykiem mniej wiecej. Straszny ruch, tlok, spaliny, halas, brud. Mamy nadzieje, ze tylko tak w przygranicznym miasteczku. Nie wiemy o Paragwaju prawie nic. Nie wiemy nawet jak sie nazywa i ile kosztuje ichniejsza waluta. Dowiadujemy sie wkrotce od czlowieka na ulicy, ze waluta nazywa sie guarani i wymieniamy kilka ostatnich brazylijskich reali po kursie jaki nam proponuje. I ruszamy. Reszty dowiemy sie po drodze.
Niespodziewanie, pierwszy stop jakiego lapiemy jedzie prosto do stolicy, Asuncion - pareset kilometrow. Nie moglo byc lepiej, myslimy. Okazuje sie jednak, ze moglo, bo raz - ze zamarzamy na pace tego pickup`a, dwa - ze psuje sie nagle posrodku pustkowia. Zostajemy doholowani do jakiejs wioski, gdzie kierowca z rodzinka ida do hoteliku pozwalajac nam spedzic noc w kabinie samochodu, bo na zewnatrz bysmy zamarzli.


Paragwaj

23 lipiec 2000
Dotarlismy kolo poludnia do Asuncion. Niedziela, wszystko pozamykane, centrum miasta jakby wymarle. Troche ludzi w parku niedaleko rzeki. Chlopcy graja w pilke. Pomimo zimna kilku boso, kilku w jednym tylko bucie. Z tylu czystego, kulturalnego parku, pod murem pobudowane slumsy z tektury, desek, blachy. W parku w rozstawionym namiocie rozmawiamy z kobieta, matka siedemnastoletniego chlopaka zabitego podczas odbywania obowiazkowej sluzby wojskowej. Na scianach informacje, zdjecia i artykuly o wielu podobnych przypadkach. Kobieta wraz z innymi matkami stara sie doprowadzic do porzadnego dochodzenia i procesu, co nie jest latwe. Wychodzimy wstrzasnieci.

Kiedy na lawce w parku robimy sobie tradycyjne nasze bulki z avocado, pomidorem, sola i curry, zagaduje nas chlopiec. Pyta, czy mozemy dac mu troche curry, bo nie wie co to jest i takiego nie ma. Sol ma w domu, bulki i avocado sobie kupi i chce zrobic sobie identyczne kanapki. Dzielimy sie nie tylko przyprawka, ale i kanapka. Maly pokazuje nam ile pieniedzy zarobil - faktycznie ma wiecej niz my w tym momencie. Sprzedaje na ulicy gume do zucia. Ale chodzi tez do szkoly. Pracuje rano przed i wieczorem po szkole. Chwali sie, ze umie czytac literujac z wysilkiem napis na reklamie Marlboro. Ma 9 lat, siedmioro rodzenstwa i mieszka w slumsach za parkiem.
To tyle, dwa niezapomniane spotkania w Asuncion i jedziemy dalej. Autobus miejski krecac dlugo bocznymi uliczkami wywozi nas poza miasto, tuz przed most na rzece Asuncion, ktory przejedziemy juz jutro, bo dzis juz ciemno. Od gwardi rzecznej dostajemy pomieszczenie z lozkiem, bo na dworze mroz. Wewnatrz tez nie cieplo, ale nie zamarzniemy. Jutro ruszamy w strone Boliwii.

24 lipiec 2000
Paragwaj. Bardzo ladny kraj, piekne krajobrazy, szczegolnie tu, gdzie ludzie mowili, ze nie ma nic, samo pustkowie.
Faktycznie pustkowie. Tuz za Asuncion jeszcze troche domow, potem juz tylko droga. Poki co jeszcze asfaltowa. Poprzez plaska przestrzen, gdzie troche pola, troche krzakow, troche pastwisk z bydlem o poteznych rogach. I ptaki. Roznego rodzaju, roznych kolorow, brodzace w wodzie jakies bocianowate, szybko fruwajace kolorowe malutkie, krazace nad padnietymi zwierzetami czarne padlinozercze. Jest na co popatrzec.
Nie wiem, czy mielismy po prostu szczesliwy dzien, czy Paragwaj jest rzeczywistym rajem dla autostopowiczow, ale nie stoimy tu godzinami na drodze. Zatrzymuja sie chetnie kierowcy ciezarowek. Przejechalismy dzis powoli ponad 300km trzema roznymi ciezarowkami oraz pickup`em, z ktorego jeszcze nie zdazylismy wysiasc, a juz zatrzymalismy kolejny samochod - z brytyjska flaga na drzwiach oraz Angielka w srodku. Beryl mieszka tu juz od dwudziestu paru lat. Przyjechala jako misjonarka-pielegniarka i zostala. Ma w domu klinike, leczy lokalna ludnosc, mowi oprocz hiszpanskiego dwoma indianskimi jezykami. Zaprosila nas do siebie na noc. Beryl ma dziesiec psow, konia (ktorego przychodza odwiedzac inne konie) oraz dzika swinie (podarunek od Indian). Jak dobrze pogadac z kims plynnie po angielsku. Opowiada nam o swojej pracy. Jest jedyna pielegniarka-lekarka na olbrzymiej przestrzeni. Skromnymi srodkami leczy ludzi, zwierzeta, robiac za lekarza wszelkich specjalizacji jednoczesnie lacznie z dentysta. Mowi, ze w tajemnicy przed innymi przychodza do niej po lekarstwa indianscy szamani, widocznie nie ufajac do konca skutecznosci swoich obrzedow.

25 lipiec 2000
Sa miejsca, gdzie wszystko samo magicznie sie uklada. Paragwaj jest jednym z nich. Wczorajsza noc z angielska pielegniarka, dzisiejszy wieczor ze spotkanymi Niemcami. Urodzony tu Victor i urodzona w Urugwaju Margarita zabrali nas z drogi po paru godzinach czekania (po to pewnie czekalismy). Mieszkaja w Niemczech, ale przyjechali tu na wakacje, odwiedzic rodzine. Przejezdzamy wlasnie przez pustkowia, gdzie nie ma wiele poza koloniami Menonitow - niemieckich osadnikow przybylych tu po pierwszej czy drugiej wojnie swiatowej. Do dzis mowia swoim dialektem, sa znani ze zorganizowania i ciezkiej pracy. Glownie hoduja bydlo miesne, bo ciezko na tej polpustynnej ziemi cos uprawiac. Zostalismy zaproszeni na barbeque. Lokalnym ludziom ciezko pojac, ze mozna w ogole nie jesc miesa ("bydlo przeciez Bog stworzyl dla czlowieka do jedzenia"), ale znalazla sie tez juka i sos z pomidorow i cebuli. Trzy jezyki tego wieczoru przy ognisku: dialekt menonicki, nasz polski, oraz wspolny... hiszpanski.

26 lipiec 2000
No to sie wkopalismy. Z pustej drogi zabral nas mlody gosc TIR-em (pierwszy przejezdzajacy pojazd). Dojechalismy z nim do miasta Mariscal, skladajacego sie z kilku porozrzucanych chat na koncu asfatlowej drogi. Powiedzial, ze jak chcemy, mozemy sie z nim zabrac 100km dalej piaszczysta droga w strone Boliwi, tylko nie wie, czy cos w ogole tedy jezdzi. Pojechalismy. 100km drogi z ubitej ziemi poprzez niezmieniajacy sie krajobraz suchego pustkowia z na wpol wysuszonymi krzakami. Wysadzil nas na rozdrozu, gdzie kilka chat, nieczynna stacyjka benzynowa i znaki mowiace, ze w jedna i druga strone do Boliwii. Tylko... cisza. Z zadnej strony nie pojawia sie na horyzoncie tuman kurzu oznajmiajacy nadjezdzajacy pojazd. Lokalny dziadek w kapeluszu potwierdza przerazajace przupuszczenie. Nie, tedy do Boliwii dawno nic juz nie jechalo. Czyzby zostalo wlasnie obalone pierwsze prawo autostopowicza, mowiace, ze jak jest droga to musi nia cos jezdzic? Moze nie, moze jednak jezdzi, tylko np. raz w miesiacu. Czy mozemy liczyc, ze ten dzien wypadnie dzisiaj? Czy bedziemy musieli wrocic z powrotem do Mariscal, skad pare km przed miastem odbija w lewo inna piaszczysta droga tez do Boliwii, moze bardziej uczeszczana.
Wrocilismy. Sto pare km, ktore zajely pustej ciezarowce dwie godziny, z powrotem potrwalo ze cztery. TIR z dwiema przyczepami pelnymi bydla jadacego do stolicy na smierc. Co dzien kilka, czy kilkanascie takich ciezarowek. Do Mariscal przybylismy o zmroku. Nie ma co, ruszymy do Boliwii jutro (miejmy nadzieje). Zrobilismy zakupy w lokalnym sklepiku (troche cienko tu z warzywkami), bo nie wiadomo czy i kiedy bedzie nastepna okazja. Nocleg ofiarowalo nam wojsko - Gwardia Narodowa. Znowu mamy pokoj z lozkiem.

27 lipiec 2000
Troche popekana skorupa ubitej, wyjezdzonej ziemi. Po obu stronach niezmienne, wyblakle, przykurzone krzaki, karlowate drzewka, kaktusy. Droga do Boliwii. Po jakiejs godzinie czekania z rana pojawil sie pickup z dwoma Menonitami, podwiozl nas wglab tego dziwnego kraju i zostawil posrodku pustkowia na pustej drodze, ok. 300km od granicy. Przeszlismy sie do przodu troche, ale choc w nocy prawie mroz, teraz w dzien upal, zbyt goraco aby bez celu z plecakami wedrowac. Bez celu, bo 300km nie przejdziemy. Przychodzi nam wiec czekac. Az cos nadjedzie i moze nas zabierze. Na plecakach, w dwoch oddzielnych obok siebie cieniach.
Przez caly dzien przejechaly droga w naszym kierunku tylko cztery pojazdy. Pierwszy ze wspomnianymi Menonitami. Drugi, ktory nas zabral z dwoma Paragwajczykami i jednym Wlochem, ktory sfilmowal nas swoja kamera, i ktory przyjechal tu w poszukiwaniu swojej "estancji" (posiadlosci). Kupil ja, ale jak sie okazuje nie jest latwo ja odnalezc, szczegolnie kiedy kazda mapa mowi co innego. Trzeci pickup podwiozl nas parenascie km dalej, wraz z malzenstwem pracujacym na estancji nalezacej do Austriaczki, ktora przyjezdza tu od czasu do czasu. Taki letni domek z 500 sztukami bydla, podobno jedna z najmniejszych estancji w okolicy, normalnie maja po pare tysiecy.
Zaczelo sie od tego, ze zaprosili nas do domu napic sie wody, a skonczylo na tym, ze wyszlismy obladowani jedzeniem i z zaproszeniem wrocenia na noc, jesli nic nam sie nie zatrzyma. Faktycznie, czwarty przejezdzajacy dzisiaj pojazd przejechal nie zatrzymawszy sie zostawiajac za soba tumany kurzu. O zachodzie slonca wrocilsmy wiec na estancje kilometr od drogi. Celia (Indianka o klasycznych rysach) z Juanem (niebieskooki paragwajczyk europejskiego pochodzenia) mieszkaja i pracuja tu od ponad dwoch lat. Maja prosty domek i kuchnie na drzewo niedaleko pustostojacej okazalej willi wlascicielki. Wydzierzawiaja od niej kawalek pastwiska i maja swoich kilkadziesiat krow, Kupili sobie niedawno dom w miescie i samochod, ktore kosztowaly ich sto sztuk bydla. Pogadalismy wieczorem popijajac ceremonialnie "mate" - parzona w specjalnym naczyniu zrobionym z rogu wola. Popija sie przez metalowa rurke. Rog wypelniony do polowy suszonymi liscmi mate, dopelnia sie goraca woda. Jedna osoba wypija cala porcje, mistrz ceremoni dolewa wody z termosu i podaje rog kolejnej osobie i tak rog krazy w kolko przez caly wieczor.

28 lipiec 2000
Robimy w Paragwaju dwa kroki do przodu, jeden do tylu. Nasi gospodarze poradzili, ze lepiej bedzie, jak cofniemy sie, prawie do poczatku drogi, na posterunek policji, na ktorym melduja sie wszystkie jadace do Boliwi ciezarowki. A ze sami jechali rano - o piatej (!), jeszcze przed switem do koloni Filadelfia, zabralismy sie z nimi. Dalismy im na pamiatke nasze zdjecie, ktore Celia wlozyla do Biblii (chyba jedynej ksiazki, jaka posiadali) i stwierdzila, ze bedzie je tam zawsze trzymac, aby Bog nas chronil. Siedzimy teraz przed posterunkiem policji posrodku pustkowia. Chodza wokol nas smieszne kozki (awaryjny zapas miesa) i kury. Policjanci grzeja sie w porannym sloncu i popijajac mate rozmawiaja w guarani, indianskim jezyku, ktorym posluguje sie wiekszosc Paragwajczykow. Mieszkaja na tym niewielkim posterunku przez 5 dni, a 5 maja wolnych, choc w porze mokrej sa czasem tu uwiezieni przez dwa czy trzy miesiace, kiedy droga jest nieprzejezdna. Sami gotuja, zmywaja, karmia kury... My czekamy. Mam nadzieje, ze dzis cos przejedzie w strone Boliwii, bo Monika pewnie tam sie niecierpliwi.

Boliwia

29 lipiec 2000
Pojechalismy! Coz za okrutna to byla jazda. Paragwajskim TIR-em, calutki dzien i pol nocy, podskakujac na wybojach nieasfaltowanej drogi i wdychajac wzbijany pyl. Gdy (na szczescie z rzadka) nadjezdzalo cos z naprzeciwka, czasem trzeba bylo stanac na pare minut, aby poczekac az opadnie troche zaslaniajacy swiat tuman pylu. Do tego godzinami niezmieniajacy sie krajobraz. Droga prosta jak linijka, bez jednego zakretu, bez jednego pagorka, niekonczace sie przestrzenie szarych krzaczorow, po obu stronach drogi, po horyzont. W srodku nocy zostalismy wysadzeni w Boliwii. W jakies malej wiosce przy drodze. Przespalismy sie pod daszkiem i czekamy wlasnie az dogotuje sie nam potrawka. Przez caly wczorajszy dzien glodowalismy, w TIR-ze ciezko gotowac, a na pustkowiu ciezko cos kupic do przekaszenia. Zaraz, jak tylko zlapiemy stopa ruszamy dalej do Sucre, sprawdzic maila, spotkac sie z Monika.

Okazuje sie, ze nie jest to takie proste, jakby sie chcialo. Po pierwsze w biurze "migracion" w wiosce nikogo nie bylo, a jak po ponad godzinie zjawil sie urzednik, to nie chcial nam podsteplowac paszportow, bo nie mamy stempla wyjazdowego z Paragwaju (ani tez wjadowego, ani wizy, o czym nie wiedzial). Nie dal sie ulaskawic slowami, a nie mielismy na ten cel sugerowanych parudziesieciu dolarow, wiec Boliwia jest kolejnym krajem, w ktorym jestesmy nielegalnie. Coz mozemy zrobic? Nie bedziemy przeciez wracac przez paragwajskie pustkowie. Obysmy tylko przejechali przez wszystkie kontrole na drodze. Drugim problemem bylo to, ze nie mielismy ani grosza tutejszej waluty (tzn. ani centavo boliwianskiego boliviano), nikt nie chcial nam zmienic naszej resztki paragwajskich guarani. Zero tez bankow w poblizu, aby wymienic czeki podrozne, poza tym dzis sobota, jutro niedziela. Za przedostatniego, awaryjnego dolara w gotowce kupilismy w sklepiku pomarancze, orzeszki i herbatniki, i zabralismy sie dwoma strasznie powoli jadacymi ciezarowkami, z ktorych jedna zlapala po drodze gume, ale w koncu dowleklismy sie i wysadzily nas w Camiri, jakies 50km dalej. I tyle tylko dzis przejechalismy. Tu za miasteczkiem, gdzie wszyscy zatrzymuja sie, aby w drewnianej szopie-posterunku policji uiscic oplate drogowa jest podobno najlepsze miejsce. Przynajmniej mozna rozmawiac z kierowcami, bo to nie Brazylia, czy Paragwaj, wyglada, ze ze stopem tu nie bedzie latwo. W miasteczku, gdzie nie ma asfaltowej drogi, ku naszemu zdumieniu znalezlismy nie jedno, a dwa miejsca z internetem, na ktory wydalismy naszego zupelnie ostatniego awaryjnego dolara. Potem dlugie poszukiwanie jakiegos Paragwajczyka, ktory chcialby nam wymienic resztke guarani. Udalo sie poznym wieczorem. Kupilismy kolacje. I nie bedziemy glodowac. Pewnie dopiero w Sucre da sie wymienic czeki.

30 lipiec 2000
Wszystko, szczegolnie przemieszczanie sie, zajmuje w tym kraju znacznie wiecej czasu niz sie spodziewalo. Na mapie to maly kawaleczek, a okazuje sie, ze do Sucre jeszcze jakies 450km i to okropna, piaszczysta droga, przez gory. Wiekszosc ruchu, jaki funkcjonowal tam gdzie czekalismy jechal na Santa Cruz, a w interesujacym nas kierunku nieliczne "floty" (tak nazywa sie tu autobus) oraz osobowe ciezarowki ladujace pasazerow na pake i funkcjonujace jak autobusy. Ale w koncu wyczekalismy sobie samochod, ktory przez pol dnia kretymi, zakurzonymi drogami powiozl nas do Monteagudo, skad juz dzis nie udalo sie nam wydostac. Do Sucre jeszcze 300km i przerazajace 9 godzin (cieazarowka pewnie wiecej).

31 lipiec 2000
Czekamy, ogladajac toczace sie zycie wokol szlabanu przy posterunku policji, gdzie spalismy. Sa to jedyne miejsca z szansa na zalapanie stopa. Indianki w obszernych spodnicach do kolan, warkoczach i kapeluszach sprzedajace z koszykow domowe, plaskie buleczki kukurydziane. Inne, rozkladajace mini stoiska z napojami, z garnkami z goracym jedzeniem. Cierpliwie czekaja siedzacy pod murem, czy na kamieniach biednie ubrani ludzie z tobolkami. Nam tez, z naszymi tobolkami pozostaje tylko czekac.

¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

Argentyna: Cerro de San Francisco
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

WW 12; Dzień tarantuli
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl