HAWAJE
07:15
CHICAGO
11:15
SANTIAGO
14:15
DUBLIN
17:15
KRAKÓW
18:15
BANGKOK
00:15
MELBOURNE
04:15
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalności czy efektywności publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwość skonfigurowania ustawień cookies za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwość wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ¦wiatPodróży.pl » Autostopem w ¶wiat » AW¦ 18; 4`2000; Wenezuela
AW¦ 18; 4`2000; Wenezuela



1 kwiecien 2000
Wczoraj wieczorem nie bylo tutaj nikogo. Dzis plaza zaludnila sie weekendowymi turystami. Stapiajac sie z tlumem spedzamy leniwy dzien na plazy opalajac sie, plywajac, czytajac. Czasem tego wlasnie potrzeba, nigdzie nie jechac, nic nie zalatwiac, nie martwic sie wizami, szczepionkami, aparatami, tylko cieszyc sie przezroczyscie lazurowa woda i cieniem palmy.


2 kwiecien 2000
Woda, piasek, slonce, dobra ksiazka, dobre jedzenie i caly stos starych "National Geografic`ow". Nic wiecej nam nie trzeba.

3 kwiecien 2000
Z powrotem w Caracas. Musimy zostac tu tak dlugo, az zalatwimy wszystkie sprawy ze szczepionkami, wizami, itd. I az znajdziemy dla mnie aparat. Ambasady, papiery, wizy - to najmniej przyjemna, ale nie do unikniecia czesc podrozy.

4 kwiecien 2000
Caly dzien jezdzenia metrem po miescie i chodzenia niezliczonych kilometrow ulicami Caracas na trasie: przychodnia - bank - przychodnia - ambasada - bank - ambasada, zaowocowal w koncu szczepionka przeciwko zoltej febrze i wiza brazylijska (do odebrania jutro). Najgorsze, ze w ambasadzie nikt nie chcial nawet ogladac naszego zaswiadczenia o zaszczepieniu, bez ktorego mowili, zeby w ogole sie nie pojawiac. Ale podobno beda sprawdzac na granicy.
Odwiedzilismy tez po poludniu servasowego hosta, Alberta, u ktorego mielismy sie zatrzymac, ale nie mielismy szansy, bo przechwycila nas Evi. Szalony rezyser teatralny, mieszka w mieszkanku pelnym skrzypiec (ktore kolekcionuje) i rekwizytow teatralnych, w samym centrum. Przeniesiemy sie do niego wkrotce. Wieczorem Alberto zabral nas do teatru na "Burze" Szekspira, w szalenie latynoskiej werscji, z salsa i saksofonami, w wykonaniu argentynkiej grupy. Lepiej trafic nie moglismy - w Caracas trwa akurat Miedzynarodowy Festiwal Teatralny, a nasz host jest rezyserem.

5 kwiecien 2000
Dzien pod haslem szukania aparatu. Znalezlismy mniej wiecej to czego szukalismy - dystrybutora Canona. Mozemy kupic od nich, twierdza, po cenach hurtowych. I tak kupa kasy, ale taniej niz gdziekolwiek indziej w miescie. Poki co i tak musimy czekac do 12 kwietnia, kiedy to zostanie przelana kasa z naszych wkladow dlugoterminowych na nasze konto. Moze wyskoczymy sobie gdzies do tego czasu.

6 kwiecien 2000
Przenieslismy sie juz do Alberta. Evi odwiozla nas i odprowadzila do samego mieszkania, aby przekonac sie, czy bedzie nam tu dobrze.
Obejrzelismy dzis dwie sztuki z Festiwalu Teatralnego. Niesamowity wizualnie spektakl uliczny australijskiej grupy - aktorzy na czubkach szesciometrowych pali, czegos takiego nigdy nie widzialam. Drugi - bardziej tradycyjny, na kameralnej scenie jakiegos teatru, wenezuelska grupa, a spektakl nie bardzo wiemy o czym.
Wieczorem mieszkajaca u Alberta Eli przygotowala specjalnie na nasza czesc przerozne warzywka i brazowy ryz. Alberto twierdzi, ze tez jest wegetarianinem, tylko posrednim - zjada krowe, ktora zjada rosliny. W rzeczy samej krowa jest niczym innym jak przetworzona roslina.

7 kwiecien 2000
Siedzimy w miescie. Nie wiadomo jak dlugo bedziemy tu siedziec, bo zdecydowalismy sie kupic aparat przez internet (dwa razy taniej!), tylko musimy zrobic to przez Jasona w Stanach, bo trzeba miec karte kredytowa. Sprawe utrudnia nam brak dostepu do internetu. Korzystamy z platnego internetu w miescie, ale nie dosc, ze trzeba jechac metrem, to jeszcze kosztuje tyle, jak nigdzie indziej - $2.5o za 15 minut. Zdzierstwo okrutne, ale nie mamy wyboru.

8 kwiecien 2000
Lekcja cierpliwosci. Nie wiemy ile to wszystko potrwa, nie mozemy sie nigdzie ruszyc, bo musimy byc w kontakcie z Jasonem. Ale przynajmniej mamy sie gdzie zatrzymac, u bardzo w porzadku ludzi. W mieszkanku Alberta mieszka jeszcze chwilowo jego przyjaciolka Eli oraz syn z dziewczyna. Wspolnie gotujemy, sprzatamy, ogladamy filmy. Alberto wstaje pozno, pije kawe, pali, slucha muzyki, wyglupia sie, zartuje, spi pare godzin podczas sjesty, generalnie nie robi wiele i zawsze jest szczesliwy. I nie wydaje sie miec poczucia, ze marnuje czas, poczucia ktore mnie nie opuszcza, kiedy siedzimy nic nie robiac w miescie.

9 kwieceien
Wyprawa w gory otaczajace miasto, do parku narodowego Lavila. Z Albertem i Eli, obydwoje starzy palacze, wspinalismy sie wiec dosyc powoli. Ale przyjemnie, swieze powietrze, super widoki. Widok na cale rozlegle miasto - olbrzymi betonowy cmentarz. A tuz nad nami, tutaj w gorach kwitnace zycie - niesamowitych kolorow ptaki, motyle, rosliny, strumyki.
Wieczorem po powrocie skoczylismy zobaczyc raz jeszcze spektakl australijskiej grupy. Dzis ostatni dzien festiwalu. Tan sam spektakl, ale w nocy, z innym oswietleniem, z innego kata ogladany, zupelnie inne wrazenie.

10 kwiecien 2000
Urodziny. Ciezko uwierzyc, ze juz dwudzieste siodme. Wcale nie czuje sie stara, wrecz przeciwnie. Alberto stwierdzil dzisiaj, ze jestem "una mezcla de una nina dulce con una brujita" (mieszanka slodkiej dziewczynki z czarownicka).
Chcielismy zrobic ciasto, kupilismy make, drozdze, ale zrobilismy zamiast tego super warzywna pizze. Swieczka w srodek i byl urodzinowy tort pizzowy. I "Feliz Cumpleanos", czyli hiszpanskojezyczne "Sto Lat".

14 kwiecien 2000
Nie mozemy tu dluzej siedziec. Alberto wyjezdza wkrotce do Argentyny, a ja juz od dawna marze, aby sie stad ruszyc. Wyjechac z miasta, pooddychac. Jutro wiec spadamy, pojedziemy stopem do "llanos" - ogromnych wenezuelskich nizin. Jak wrocimy, mam nadzieje, ze aparat bedzie juz na nas czekal, bo wszystko z Jasonem ustalilismy.

15 kwiecien 2000
Jak dobrze sie ruszyc. Wyrwalismy sie po dwoch prawie tygodniach z miasta. Tego mi bylo trzeba - zlapac stopa, jechac i widziec przesuwajacy sie krajobraz, i poczuc wiatr we wlosach. Przestrzen! Bez wiezowcow, blokow, centrow handlowych. Otwarte niebo i natura dajaca niepowtarzalny pokaz pt. zachod slonca. Dotarlismy sobie powoli, kilkoma stopami poprzez Barbacoas i inne miasteczka do Calabozo, gdzie zastala nas noc i gdzie w kosciele, do ktorego weszlismy dostalismy palemki (kawalki prawdziwej palmy) na jutrzejsza niedziele palmowa, oraz przykoscielny placyk sportowy na nocleg. Jutro dalej, w strone Puerto Ayacucho.

16 kwiecien 2000
Zaczely sie "llanos", plaskie przestrzenie, teraz wysuszone, a w porze deszczowej, opowiadal nam jeden kierowca, zapelniaja sie woda wylewajaca z rzek. Cale laki, palmy, drzewa, wszystko pod woda. Podobno wtedy ladniej. Teraz sucho, szaro. Na olbrzymich przestrzeniach pasie sie bydlo skubiac sucha trawe. Gdzieniegdzie sadzawki i pelno smuklych bialych ptakow, flamingow chyba. A w kilku miejscach takie same, brodzace w wodzie, tylko cale czerwone.
Najcudowniejsza rzecza jest, ze zaczal sie sezon na mango. Wszystkie wioski, ktore przejezdzamy porosniete sa gesto uginajacymi sie od owocow drzewami mangowymi. Raj.
Przejechalismy za San Fernando i kawalek za, i wieczor zastal nas czekajacych przy prawie pustej drodze, nawet nie w zadnej wiosce, sami nie wiemy gdzie. W pobliskim, jedynym w okolicy domu-sklepiku zapytalismy, czy mozemy w poblizu sie przespac. Dostalismy kawalek dachu na podworku. Rodzinka i znajomi siedza na plastikowych krzeslach przed domem i pija cole przy dzwiekach okrutnej, zagluszajacej wszystko muzyki.

17 kwiecien 2000
Trzeci dzien drogi. Najpiekniejsza czesc rano, kiedy z plecakami szlismy pusta droga przez plaskie pustkowia. Pozornie pustkowia, bo dopiero idac zauwaza sie rzeczy, ktorych nie dostrzeze sie smigajac samochodem, takich jak podazajacy za nami pytajacy wzrok zdumionej krowy, czy kolory latajacych przy drodze rozmaitych ptaszkow: czarne z jaskrawoczerwonymi brzuszkami, cale zolte, albo zielone. Minal nas nie zatrzymawszy sie jeden pickup. Kawalek dalej zakopal sie w piachu zjechawszy z drogi, aby zobaczyc pobliskie wydmy. My go nie minelismy, Chopin pomogl gosciowi wydostac sie z piachu i nie mial juz wyboru, musial nas zabrac. Na pace tego pickupa, spalajac sie na niemilosiernym sloncu, przekroczywszy promami pare rzek, dotarlismy po kilku godzinach jazdy do "legendarnego" Puerto Ayacucho.
Wszyscy po drodze tak zachwalali to miejsce. Przyjezdzamy - a tu nic. Tzn. miasteczko, strasznie przecietne, ani ladne, ani ciekawe. Chyba tylko tyle, ze nad rzeka Orinoko, i ze sluzy jako punkt wypadowy do weneuelskiej Amazonki, trudnostepnej dzungli z porozrzucanymi po niej plemionami indianskimi. Troche tu turystow, sporo Niemcow. Indianski ryneczek z pamiatkami, kilkoro Indian bosych, tylko z czerwonymi przepaskami na biodrach, jakby przed chwila wyszli z pobliskiej dzungli.

18 kwiecien 2000
Udalo nam sie w tym odleglym miejscu znalezc punkt z internetem. I okazuje sie, ze sa problemy z przetransferowaniem kasy od nas dla Jasona. Musielismy wiec sami sie tym zajac i dzien w Puerto Ayacucho spedzilismy na wielokrotnym dzwonieniu do naszego banku w Kaliforni (Chopin genialnie znalazl sposob na dzwonienie "collect", tzn. na koszt rozmowcy). Zgodzili sie zrobic transfer, jesli przyslemy fax. To okazalo sie kolejnym nielatwym zadaniem w tym miejscu. Po zmudnych poszukiwaniach udalo nam sie znalezc amerykanskich misjonarzy, ktorzy w drodze wyjatku udostepnili fax. Kolejny telefon do banku, potem e-mail do Jasona, ze ma juz kase na swoim koncie i moze zamowic aparat. W koncu. Tyle nas ten aparat kosztuje... wysilku, pieniedzy, czasu.

19 kwiecien 2000
Pojechalismy droga na poludnie do "Tobogan de la Selva", gdzie splywajaca po skalach woda tworzy naturalne zjezdzalnie oraz jeziorka-baseny do kapieli. Niestety, zle trafilismy - czas wielkanocnych wakacji ("Semana Santa"). Zjechalo sie chyba pol Wenezueli, cale rodzinki z olbrzymia iloscia napojow, jedzenia, a przede wszystkim ze sprzetem grajacym z niewiarygodnych rozmiarow glosnikami, zagluszajacymi nie tylko szum strumienia, ale i siebie nawzajem. Znalezlismy kawalek pustej, spokojniejszej skaly troche w gore od calego tlumu. Zostaniemy tu mimo wszystko do jutra, bo Chopin kocha wode, a wieczorem wiekszosc tlumu sie zwinie.

20 kwiecien 2000
Wykapalismy sie jeszcze ze dwa razy z rana i ruszylismy na poludniue do odleglego o jakies 30km Samariapo. Tam nad rzeka Orinoko droga sie konczy, dalej caly rozlegly stan Amazonas zwiedzac mozna tylko rzeka lub samolotem. Samariapo to kilka chat i jadlodajni nad rzeka. W innej, pobliskiej wiosce wykapalismy sie w rzece Orinoko wraz z rodzinka, ktora zabrala nas na stopa.
On - Hiszpan, ona - Indianka. Mieszkaja w wiosce odleglej o siedem dni drogi lodka lub godzine avionetka. Z nimi wrocilismy do Puerto Ayacucho, po czym zawiezli nas nad miejsce nad rzeka Orinoko zwane "Culebra". Coz za zmiana - woda, skaly, czysta przyroda i... zero ludzi. Zostajemy na noc. Wsrod granitowych, niesamowitych skal i wody. Tacysmy ostatnio czysci - to juz trzecie miejsce, w ktorym sie dzis kapiemy. Tym razem o zachodzie slonca ogladanym z perspektywy wody. Wody, ktora zmienia kolor wraz ze zmieniajacym sie niebem. Kapiemy sie w kolorach zachodzacego slonca.

21 kwiecien 2000
Poranna kapiel w Orinoko i z powrotem do Puerto Ayacucho. Sniadanie z zerwanych z drzewa mang i ruszamy z powrotem. Inna trasa niz przyjechalismy, tym razem prze Caicare. W dzikim upale powoli do przodu. Powoli, po kawalku, az zabrala nas na stopa taksowka i smignela sprawnie przez pustkowia. Dalej zabral nas... autobus. Dzis mamy szczescie. Nie tylko zabral nas na stopa, zawiozl do Caicary, ale uzyczyl noclegu wewnatrz, a z kierowcami do pozna w nocy Chopin pil piwo.

22 kwiecien 2000
Przed wschodem slonca pobudka i wysiadka z autobusu. Musza jechac dalej - do Ciudad Bolivar - nie wnasza strone. Zwiedzilismy z rana miasteczko, w ktorym wszystko pozamykane, czy to z powodu wczesnej godziny, czy dlatego, ze dzis Wielka Sobota, czy jedno i drugie. Caicara nie ma wiele do zaoferowania oprocz... mang. Wspanialych, slodkich, pachnacych, pomaranczowych, boskich mang. Rosna tu wszedzie i sa podobno przez caly czas, bo drzewa owocuja dwa razy do roku. Zebralismy troche z ziemi i dostalismy dodatkowo caly stos od ludzi z domem pod drzewami mangowymi. Tu wszyscy juz maja dosyc. Dojrzale owoce spadaja i marnuja sie na ziemi.
Przeprawa promowa na druga strone rzeki. Orinoko po raz juz ktorys. Dalej wiekszosc dnia w samochodzie. Pelnym ludzi i ptakow. Babcia hoduje papugi i inne ptaki, wiozla pelno w kartonach i torbach. I dwie kupione na promie od Indianina nowonarodzone (tzn. swiezowyklute), zupelnie lyse i jeszcze slepe papuzki.
Wysiedlismy w przyjemnym miasteczku San Juan de los Morros z gigntyczna statula San Juana w centrum. Chcielismy spedzic noc nad pobliska laguna, ale dotarlismy w zamian tylko zagraconego domu goscia, ktory nas podwiozl, bo sie sciemnilo i rozpadalo, i zostaniemy tu wobec tego do rana.

23 kwiecien 2000
Z rana laguna "Tierra Blanca". Wykapalismy sie pysznie w czystej wodzie wsrod natury, po czym nadjechal samochod z dwoma kobietami, mezczyzna i... magnetofonem, i postanowili rozbic sie tuz obok nas. Na pytanie Chopina, dlaczego to robia zdenerwowana kobieta odpowiedziala: "bo mam ochote, bo zaplacilam za wstep, bo to jest Wenezuela". To jest Wenezuela. Pojechalismy dalej.
Po drodze znowu manga - cale dwie torby dostalismy z posterunku "Guardia Nacional", gdzie drzewa i trawniki pelne byly boskich owocow, ktorymi wszyscy dawno sie znudzili. Do konca dnia nie jedlismy nic innego. Poprzez La Victoria pojechalismy w gory zmieniajac widoki i klimat, i sunac kreta sciezka pod gore, wieczorem dotarlismy do uroczego miasteczka Colonia Tovar. Zalozone jakies 150 lat temu przez Niemcow miasteczko, do tej pory zamieszkale w wiekszosci przez ich potomkow, szczyci sie europejskim charakterem i architekura - pelno bialych budynkow z czarnymi belkami w niemieckim stylu. Stylowy kosciolek, krotko przyciete trawniczki.

24 kwiecien 2000
Niestety, w Colonia Tovar dzis jeszcze wszystko poswiatecznie pozamykane. Ale udalo sie nam kupic z zamknietej piekarni dobry, razowy chleb. Gorami, z widokami, ruszylismy do kolejnej wioski, gdzie potomkowie niemckich osadnikow uprawiaja truskawki i brzoskwinie. Trafilismy nad jeziorko-rezerwuar wody, ale ze nie mozna sie tu kapac, ani rozbijac na noc, ruszylismy dalej. Kolejne stopy powiozly nas w strone Caracas i wieczorem wyladowalismy z powrotem u Evi. Z powrotem w domu.

25 kwiecien 2000
Evi jutro miala leciec do swojej corki modelki do Wloch, ale ma problemy z wiza i paszportem, i czeka cala zdenerwowana na telefon od goscia, ktoremu zaplacila fortune, aby jej to w przyspieszonym trybie zalatwil.
A my spedzilismy dzien w ekskluzywnym klubie, jako goscie Evi, niedaleko jej apartamentu. Basen, korty tenisowe, silownia. Wylegujemy sie na sloncu na klubowych lezakach i plywamy w eleganckim basenie w tym pelnym kontrastow kraju.

26 kwiecien 2000
Dobrze, ze mamy znowu dostep do internetu, bo okazuje sie, ze nie ma juz tego obiektywu, ktory Jason mial dla nas zamowic. Wyszperalismy wiec na internecie inny, podobny i napisalismy do Jasona. Wszystko strasznie z roznych powodow sie przeciaga (brak internetu, Swieta Wielkanocne, problemy z przelaniem pieniedzy, a teraz brak obiektywu). Znowu pozostaje nam tylko czekac.

27 kwiecien 2000
Byly maz Evi - Jurgen zaprosil nas na swoja finke (czyli farme, posiadlosc), abysmy mogli tam wsrod natury czekac spokojnie na aparat. Przyjechala po nas, pod Evi apartament obecna kobieta Jurgena, z ktora Evi po raz pierwszy sie spotkala. Pozegnalismy sie z Evi i wsiedlismy do samochodu o 16 lat mlodszej Eveline. Jeszcze tylko nie poznalismy Jurgena.
Poki co zostalismy zostawieni na fince. Jakas godzina drogi od Caracas, a co za zmiana. Dom wsrod gor i samej przyrody. Jeszcze nie skonczony. Siedmiu robotnikow pracuje przy wykonczeniu sypialni i lazienki w dolnej czesci domu. Wszysto proste i eleganckie, w eurpejskim stylu, wsrod wenezuelanskiej przyrody. W tym momencie najwiecej na fince bananow. Rosna jak dzikie. Tez sporo pomaranczy, a w sezonie avocado i inne owoce. Olbrzymi teren na zboczu gory. Wszystko do naszej dyspozycji, lacznie z kuchnia z pelna lodowka, salonem z olbrzymim telewizorem i kominkiem, oraz sypialnia na gorze z odlotowym widokiem. Tu mozemy czekac.

28 kwiecien 2000
Przyjemnie. Spacerujemy, wdychamy swieze powietrze, gotujemy... Czeka nas kilka relaksujacych dni. Po poludniu przyjechal Jurgen z Evelin. Musze przyznac, ze bylam troche uprzedzona i inaczej sobie go wyobrazalam. Jurgen okazal sie byc nie tylko przystojny z zabojczoniebieskimi oczami, ale bardzo otwarty i sympatyczny. Wieczorem wspolne barbeque - oni miecho, my pierozki nadziewane bananmi i suszonymi morelami, ktorych nie moglam upiec w piekarniku bo wysiadl prad, a kuchenke maja elektryczna. Tak wiec mily wieczor przy swieczkach i kominku.


¬ródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto klikn±ć

1


w Foto
Autostopem w ¶wiat
WARTO ZOBACZYĆ

Brazylia: Sambodromo w Rio
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

Alpejski Guiness 2005 - relacja
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ¦wiatPodróży.pl