HAWAJE
16:39
CHICAGO
20:39
SANTIAGO
23:39
DUBLIN
02:39
KRAKÓW
03:39
BANGKOK
09:39
MELBOURNE
13:39
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Autostopem w świat » AWŚ 12; 10`1999; Z Arizony do Meksyku
AWŚ 12; 10`1999; Z Arizony do Meksyku



1 październik
Cały dzień w rezerwatach indiańskich. Z Tuba City zabrała nas młoda rodzinka Hopi. Upchnęliśmy się do ich małego samochodu z roczną dziewczynką i trzyletnim synkiem na tylnym siedzeniu. Zawieźli nas do małej wioski, gdzie mieszkali, zaprosili na chwilę do domu, pokazali źródełko i ogródki na zboczu góry. Przyjemna wioska, tylko stare kamienne chaty opuszczone i niszczejące, budują się za to nowe, ceglane. Ruszyliśmy dalej.


W muzeum, którego nie zwiedzaliśmy dowiedzieliśmy się, że na całym terytorium Hopi zabronione jest fotografowanie, nagrywanie, a nawet szkicowanie. Za późno. Dalej - wioska na szczycie płaskiej góry, o swojsko brzmiącej nazwie Polacca. Niestety, okazało się, że nie tylko nie ma z Polską nic wspólnego, ale bez przewodnika nie możemy jej zobaczyć, a biuro turystyczne jest już zamknięte. Cóż, przeszliśmy się więc przez pół wioski z powrotem, na drogę w dół, podziwiając widok z góry. Tej nocy wylądowaliśmy na bezpłatnym kempingu pod Canyon`em de Chelly, który chcemy zobaczyć jutro.

2 październik
Piękne, niesamowite miejsce. Canyon de Chelly. Bardzo szczególne, bo na dnie kanionu ciągle mieszkają Indianie. Mieszkają i uprawiają ziemię. Oglądaliśmy z góry płynącą w dole rzeczkę i ich małe poletka. Wszystko bardziej fascynujące niż turystyczny Grand Canyon. Pełno tu starych indiańskich ruin w skałach, opuszczonych nagle z niewiadomych przyczyn ok. 1200 roku., oraz masa petroglifów. W dół kanionu można zejść, zjechać jeepem lub na koniu, tylko z oficjalnym przewodnikiem. Nie mamy niestety kasy, ani czasu. Przejechaliśmy się więc stopem wzdłuż południowego brzegu i ruszyliśmy dalej. Powinniśmy zacząć kierować się powoli (albo nawet szybko) w stronę Kalifornii. Dotarliśmy nawet do 40-stki, autostrady prowadzącej już prosto na zachód. I jak zwykle wieczorem byliśmy chyba bardzo otwarci na to co się wydarzy, bo zatrzymał się młody Indianin Navajo i zaproponował nocleg u siebie i podwiezienie nas z rana prosto do "Petrified Forest" - Skamieniałego Lasu, który chcemy jutro zwiedzić. W zamian za to Chopin pomoże mu przywieźć z lasu drzewo.

3 październik
Z parą Niemców zwiedzających Stany wynajętym campingiem przejechaliśmy niesamowity "Petrified Forest". "Painted Desert" - Malowana Pustynia, indiańskie petroglify sprzed wieków, no i przede wszystkim skamieniałe, porozrzucane przez naturę po całym terenie pnie drzew. Niektóre przekroje o zadziwiających wzorach i kolorach.
Po południu zabrała nas olbrzymia ciężarówka przeciwpożarowa - coś nowego - aż do Flagstaff. Dalej Indianin Navajo pracujący w Las Vegas przy budowie Wieży Eiffla. naturę po całym terenie pnie drzew. Niektóre przekroje o zadziwiających wzorach i kolorach.

4 październik
Znowu w domu! Po paru miesiącach spędzonych tutaj Mountain View wydaje się domem. Jechaliśmy przez cały dzień. Długa droga z Arizony. Najbardziej powolną ciężarówką w jakiej kiedykolwiek byliśmy. I o północy wylądowaliśmy w Heyward, skąd odebrał nas Jason.

6 październik
Przyjechała! Tzn. przyleciała . Zaskoczyliśmy ją na lotnisku w San Francisco. Zaskoczyliśmy, bo myślała, że zobaczymy się dopiero w Meksyku. Powiało Polską. Liliana pomieszka tu sobie, popracuje, posmakuje innego życia. Odwiezie nas też razem z Jasonem do Meksyku. W przyszły weekend.

7 październik
Dziś mija rok od czasu jak wylądowaliśmy w Nowym Jorku. Nigdy nie myślałam, że spędzimy cały rok w Stanach, a okazuje się, że można by tu spokojnie spędzić znacznie więcej czasu, tyle jest do zobaczenia. Przez tyle miejsc przejechaliśmy szybko, o wiele za szybko, w tylu miejscach nie byliśmy wcale... Ale i tak chyba zobaczyliśmy i doświadczyliśmy więcej tego kraju niż większość Amerykanów i to w sposób, w który dzisiaj niewiele ludzi zwiedza świat. Moglibyśmy dłużej, ale czas już na coś innego. Dokładnie za tydzień ruszymy w stronę Meksyku i dalej do Ameryki Południowej.


Meksyk

16 pazdziernik 1999
Wypelnilam juz drobnym druczkiem wszystkie kartki pamietnika, ktory towarzyszyl mi od wylotu z Polski. Starczyl dokladnie na cala Ameryke Polnocna. Nowy pamietnik otwirera nowy rozdzial podrozy.

Od dawna marzylam juz o Meksyku i Ameryce Poludniowej. Przyszlo mi czekac rok, dokladnie rok i tydzien od opuszczenia Polski zanim tu trafilsmy. Ale w koncu jestesmy. Odwiezli nas Jason z Liliana. Wczoraj do San Diego, dzisiaj do granicy, gdzie z Jasona samochodu przesiedlismy sie na autobus do Tijuany. Po doswiadczeniach sprzed paru miesiecy nie mielismy ochoty spedzac w tym miescie wiecej czasu niz to konieczne, wiec kolejny autobus zawiozl nas wszystkich do Rosarito - nadmorskiego, turystycznego miasteczka na poludnie od Tijuany. Planowalismy juz od Meksyku przejsc na normalna diete. Tzn. ja ciagle na weganska, a Chopin na wegetarianska, ale gotowana diete. Bedziemy dalej jesc mase surowych owocow i w miare mozliwosci warzyw, ale jedzenie jest czescia kultury kazdego kraju, czescia ktorej nie chcemy ominac. A na surowej diecie nie mglibysmy posmakowac prawie zadnych meksykanskich potraw. Mam wrazenie, ze bycie weganka moze byc wystarczajaco trudne. Wiec, pierwsza rzecz po przybyciu - poszlismy do restauracji i po osmiu miesiacach totalnie na surowo, pyszne "veggie burrito", ryz i fasolka staly sie naszym pierwszym gotowanym posilkiem. Dziwne uczucie, czuc cos goracego w ustach. Musze przyznac, ze smakowalo mi bardzo i wypelnilo mnie na reszte dnia i nocy.

Potem plaza, zdjecia na uliczkach Rosarito i w koncu mila knajpka nad brzegiem oceanu. Drinki, Tequila, muzyka, tance. Na zewnatrz muzyka na zywo na scenie. Przed scena plazowy piasek, dwa ogniska, palmy. Poszalelismy, potanczylismy jak nigdy. Do samego konca, kiedy to juz nie bylo nikogo, oprocz zespolu i nas, i wszystkie piosenki dedykowane dla "amigos de Polonia".

17 pazdziernik 1999
W nocy, po szalonej imprezie pozegnalismy Jasona i Liliane, ktorzy wzieli taksowke z powrotem do granicy, a nas po drodze wysadzili pare kilometrow za miasteczkiem, przy plazy. Zostalismy sami. W Meksyku. Domem na pierwsza noc stala sie plaza z szumem olbrzymich fal. Obudzilo nas slonce. Zjadamy na sniadanie reszte winogron, przywiezionych jeszcze ze Stanow i ruszamy. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazic jak tu bedzie i co nas czeka. Zobaczymy.

Ciekawi bylismy jak tu ze stopem. Pierwsze doswiadczenie pokazuje, ze moze byc troche trudniej, bo wszyscy jezdza maksymalnie zapakowani. Ale pierwsze prawo stopu dziala tak jak wszedzie - predzej czy pozniej ktos sie zatrzyma. Pierwszy byl Amerykanin z meksykanska kobieta. Potem lokalna rodzinka z masa dzieci zabrala nas na pake pickup`a az do Ensenada. Tam zakupy w supermarkecie, za jakiegos dolara i 20 centow caly kilogram kukurydzianych "tortillias" (okragle, cienkie placki, popularne tutaj jak u nas chleb), avocado, pomidory, cilantro. I wieczorem przy ognisku rewlacyjne tortillias z guacamole (pyszna pasta z avocado). Zabrala nas parka w naszym mniej wiecej wieku, samochodem - campingiem. On z Kaliforni, ona z Francji. Kolejny nocleg nad oceanem, ognisko.

18 pazdziernik 1999
Z rana zabralismy sie z nasza parka podroznikow do La Bufadora, malego, turystycznego miejsca, gdzie ze skal nad oceanem co jakis czas wystrzela w gore cos jak fontanna wody tworzac na chwile niesamowita tecze. Chopina ogarnal szal fotografowania. Tuz przed wyjazdem z Kaliforni dostalismy od firmy Zing jeden z najlepszych cyfrowych aparatow. Chopin marzyl o takim od roku, no i sobie wymarzyl. Teraz nie moze przestac pstrykac, a najlepsze jest to, ze nie trzeba sie martwic, ze skonczy sie film i ile bedzie kosztowac wywolanie.

Jedziemy powoli dalej stopem, wzdluz polwyspu Kalifornijskiego na poludnie. Mamy szczescie do mlodych Amerykanow. Po poludniu zabral nas Bruno swoim jeepem z napedem na cztery kola. Jedzie do znajowych rozbitych gdzies nad oceanem, posurfowac. Pojechalismy razem do konca dnia. Zaczela sie pustynia, taka jak w Arizonie, z olbrzymimi kaktusami na zboczach wzgorz. Rozlozylismy sie na noc w parku narodowym, po srodku pustyni, kolo drogi, w swietle ksiezyca.

19 pazdziernik 1999
Pobudka na pustyni, z tym niezmiennie magicznym swiatlem o poranku. Kilka zdjec z kaktusami i w droge. Do przodu, na poludnie. Zabralismy sie z Bruno piaszczystymi, wyboistymi drozkami przecinajacymi pustynie, prowadzacymi nad ocean. Pobladzilismy troche po bezdrozach pustyni, w koncu trafilsmy nad wode i na Bruna przyjaciol rozbitych tutaj i surfujacych juz od kilku dni czy tygodni. Wykapalismy sie w przejrzyscie czystej, lecz zimnej wodzie, posiedzielismy i siedzimy dalej czekajac, az chlopaki skoncza surfowac i moze Bruno odwiezie nas z powrotem na droge.

Owszem, poznym popoludniem odwiozl nas, poblakawszy sie troche po pustyni znalezlismy w koncu drozke wyjazdowa. Na pustej drodze posrodku pustkowia, w pieknym swietle zachodzacego slonca, oswietlajacym nieziemsko kaktusy po obu stronach, zastanawialismy sie, czy tu nie utkniemy na dobre. Ale wkrotce nadjechalo rozwiazanie - pod postacia samochodu z trzema meksykanskimi mezczyznami w srednim wieku. Nie tylko zabralismy sie z nimi do Guerrero Negro, ale jeden, najbardziej wygadany (strasznie lamanym angielskim mieszanym z hiszpanskim) zaprosil nas do siebie. Udalo nam sie jakos dogadac z jego zona, naszym lamanym hiszpanskim i rekami. Przy stole, nad atlasem swiata i butelka Tequili zniknely bariery jezykowe.

20 pazdziernik 1999
Nasi gospodarze zaopiekowali sie nami az nadto z rana. Widzac, ze lubimy owoce, postawili na stole caly polmisek wonogron zerwanych z krzaka przed domem, ktorych sami raczej nie jedza. Potem... zapytali co zjemy na sniadanie. Jesli o mnie chodzi, sniadanie wlasnie zjedlismy, ale sie upierali. Czy jemy fasolke? No to swietnie. Kobieta szybko podsmazyla gotowana fasolke, maz przyniosl ze sklepu cieple jeszcze tortillias. Sami po trzy smazone jajka, smazona szynke i parowke. Po tym skromnym sniadanku odwiezli nas na droge. Droge na poludnie. Postalismy niezbyd dlugo, kiedy zatrzymal sie John - kolejny mlody Amerykanin jadacy... az do samego konca - tzn. na najbardziej poludniowy koniuszek polwyspu - Cabo San Lucas. Lepiej byc nie moze. Tylko jeszcze wiele, wiele kilometrow, dotrzemy chyba jutro. A poki co jedziemy poprzez nieziemskie krajobrazy. Takiego nagromadzenia moich ulubionych olbrzymich kaktusow jeszcze nie widzialam. Dojechalismy nad zachodnia czesc polwyspu. Niesamowicie wygladaja pustynia i kaktusy na tle morza - zatoki Kalifornijskiej. Potem waska, wijaca sie drozka wglab ladu, poprzez gory. Przezycie dzisiejszego dnia to sylwetki kaktusow o przeroznych ksztaltach na tle nieba zakolorowanego swiatlem zachodzacego slonca.

21 pazdizernik
Pobudka na pustyni tuz przy drodze za La Paz. Jechalismy az do 11 w nocy chyba, bo John nie moze sie doczekac cieplej wody i wielkich fal do surfowania. O swicie ruszylismy dalej i wkrotce dotarlismy. Do Cabo San Lucas. Dalej na poludnie juz nie mozna. Z plecakami ruszylimy rozejrzec sie po miasteczku. Straszliwie turystyczne, ale mozna sie bylo spodziewac. Cala masa drogich restauracyjek dla Amerykanow. My skorzystalismy z ulicznego stragnu babci, ktora przyniosla swoje garnki z jedzeniem. Glownie z miesem, ale znalazly sie dla nas tortillias z ryzem, fasolka i pikantnym chili. Potem plaza, kapiel w przezroczysto czystej, tym razem cieplej wodzie. Upal, ciezko dluzej na plazy wytrzymac. Wiec polazilismy jeszcze po miasteczku i pod wieczor znalezlismy bardziej odosobniona plaze, od strony Pacyfiku. Tu nie ma tlumow, bo nie da sie kapac, takie potezne i dzikie sa fale. I niesamowite skaly, na ktore powspinalismy sie troche zanim rozlozylismy sie na noc w milym zakatku plazy. Wspinajacy sie po niebie ksiezyc prawie w pelni wynurzyl sie zza skaly i rozswietlil nasze obozowisko, akurat jak przygotowalismy kolacje. Zaczal sie ostry przyplyw.

22 pazdziernik 1999
Chopin rzucil sie z rana w fale poplywac, a raczej dac sie pounosic. Potem sniadanko u tej samej co wczoraj babci na ulicy, po czym przejscie przez miasteczko w dzikim upale i stop w strone La Paz. Pierwszy stop z meksykanska ciezarowka. Gosciu mial juz w kabinie jedna kobiete zabrana na stopa, ale dla nas i naszych plecakow tez znalazlo sie miejsce. Za San Jose del Cabo dluzse czekanie, ale jak zwykle predzej czy pozniej... Pod wieczor dotarlismy do La Paz i zostalismy wyrzuceni na jakiejs uliczce gdzies chyba w centrum. Patrzymy - po drugiej stronie - "Internet Cafe". Poszlismy zorientowac sie w cenach, pogadalismy z gosciem, ktory wpadl tam na chwile i... zostalismy zaproszeni do skorzystania z komputera w jego biurze - redakcji turystycznej gazetki. Jak zwykle lepiej byc nie moglo. Poczytalsimy poczte, dalismy znak znajomym i rodzince, ze ciagle zyjemy i ze jest przyjemnie; Chopin popracowal nad nasza strona internetowa. Jutro sprobujemy zlapac prom.

23 pazdziernik 1999
Wiczor. Juz na promie. Czekamy az odplynie. Zrezygnowalismy z przydzielonych nam siedzen w zatloczonym pomieszczeniu i znalezlismy sobie kawalek miejsca na rozlozenie spiworow na pokladzie. Spedzilismy caly dzien w La Paz. Chopin dzialajac na komputerze, ja robiac zakupy, wymieniajac czeki podrozne, odwiedzajac biuro sprzedajace bilety promowe. Razem zaliczylismy pralnie, taka jak w Stanach, na monety. Oraz market. Wieczorem Alvaro ze swoja mloda zona odwiezli nas na prom. Opuszczamy polwysep. Ciekawe jak bedzie dalej. Podobno mniej turystycznie i taniej. Zobaczymy.

24 pazdziernik 1999
Znowu szczescie sie do nas usmiecha i los rzuca nas w rece dobrych ludzi. Na noc do rodzinki w Culican. ALe po kolei. Najpierw byl prom. Bylam zmeczona i spalo mi sie bajecznie, na pokladzie, przy lekkim wiaterku i milym kolysaniu. Chopinowi spalo sie mniej przyjemnie, a wlasciwie nie spalo wcale od momentu, jak sie obudzil i ujrzal reke grzebiaca w gornej kieszeni jego plecaka. Okazalo sie, ze reka nalezaca do goscia rozlozonego niedaleko nas, nic nie wygrzebala, bo dokumenty, kase, etc. Chopin przezornie trzymal pod glowa, a inne rzeczy goscia nie interesowaly. Jedyne co ukradl wiec, to Chopina spokojny sen.

Rano zawinelismy do Topolobampo. Stad jakies drogie autobusy i konkurujace z nimi taksowki wiozly wszystkich do Los Mochis - najblizszego miasta. My wybralismy oczywiscie trzecia wersje - stopa. Z plecakami, w upale, z przystankiem tylko przy malym sklepiku na smakowita papaje, przelezlismy przez cale Los Mochis, az do wyjazdu na autostrade nr 15. Z tamtad dosyc mozolny stop, powoli, malymi kawalkami na ppoludnie. To juz nie Baja California. Zabierali nas sami Meksykanie, przewaznie nie mowiacy slowa po angielsku, wiec mamy okazje sie osluchac i wysilic, aby cos samemu po hiszpansku sklecic. Przeszkadza mi okropnie brak czasu przeszlego, czy w ogole jakiegokolwiek w moim slowniku, ale jakos po swojemu dajemy sobie rade. Po poludniu bardzo glosna i bardzo powolna ciezarowka zabrala nas i powiozla pare godzin, az do wieczora do Culican, gdzie cudownym przeznaczeniem wpadlismy w rece naszej rodzinki. Przesympatyczny chlopaczek, dziesiecioletni Alejandro, czteroletnia siostrzyczka, starsza siostra. Tata, rowniez Alejandro, zna pare slow po angielsku, bo pracowal w Stanach. Z mama gadamy tylko po hiszpansku. Mieszkaja w bloku, prawie jak w Polsce, tylko z meksykanskim standardem, tzn. na przyklad brak jakichkolwiek dywanow, zlew z surowego po prostu betonu. Ale nie to sie liczy. Spedzilismy mily wieczor, czestujac rodzinke tortillias i wspanialym guacamole i salsa naszego wyrobu.

25 pazdziernik 1999
Caly dzien w TIR-ze. Rano jeszcze sniadanko z nasza rodzinka. Tortillas z fasolka, ktore napelnilo mnie na caly prawie dzien, jeszcze sie nie przestawilam zupelnie na takie jedzenie. Enrique, nasz kierowca jedzie swoim olbrzymim, zaskakujaco czystym TIR-em przez caly dokladnie Meksyk, od Tijuany az do Cancun, przejezdzajac przez Mazatlan, Guadalajare, Mexico City, Yucatan... Tez tam chyba jedziemy, tylko nie tak szybko. Problem - gdzie wysiasc. Spojrzenie na mape i decydujemy, ze w Tepic, jeszcze na zachodnim wybrzezu. I tak okazuje sie, ze zajmuje to caly dzien, aby tu dotrzec, wspinajac sie po drodze i przedzierajac przez gory, co ciezarowkom zawsze przychodzi z wiekszym lub mniejszym mozolem. Zostajemy wysadzeni przy stacji benzynowej, restauracyjkach i motelu przy autostradzie na obrzezach miasta. Po drugiej stronie drogi, pole trzciny cukrowej uzycza nam schronienia na noc.

26 pazdziernik 1999
Jestesmy w tropikach. Dawno zostawilismy pustynie. Tu ziemia tryska bujna roslinnoscia. Budzimy sie z soczyscie zielonymi, wiekszymi od nas trzcinami nad glowami na tle niebieskiego nieba. Rano wszystko zroszone, spiwor z zewnatrz caly mokry. Z pojawieniem sie slonca wszystko zaczyna gwaltownie parowac i juz jest upal.

Dzis niespodziewanie dwa miasta w jeden dzien. Dwa tak rozne miasta. Najpierw - Tepic. Za ostatnie cztery pesos bierzemy autobus do centrum. Tam bank, czeki podrozne i ze swieza gotowka wyruszamy w miasteczko. W labirynt waskich uliczek odchodzacych od przyjemnego glownego placu z kosciolem. Po obu stronach placu, w rownych rzedach maja swoje stoiska przedstawiciele nieistniejacego juz u nas zawodu - czyscibuty. Ogladamy, lazimy, smakujemy przysmakow z ulicznych stoisk. Na topie jest akurat trzcina cukrowa (nic dziwnego, przypomina nam sie nocleg...), sprzedawana pocieta w kawaleczki, w torebkach, z ostrym chile albo bez. Probujemy tej z. Interesujacy slodko - ostro - slono - kwasny smak. Bo slodka trzcina, polana ostrym sosem chile z sola i skropiona sokiem z malych, zielonych cytrynek dodawanych tu do wszystkiego. Potem odkrywamy caly targ warzywno owocowy.

Drugie miasto dzisiejszego dnia - Puerto Vallarta. Nie wiedzielismy nawet, gdzie wyladujemy, lapiac stopa z przedmiesc Tepicu na poludnie, nad morze. Pierwszy stop przywiozl nas prosto tutaj, wysadzil w centrum i powiedzial, zeby sie nie martwic, wszyscy mowia tu po angielsku. Rzeczywiscie. Przeciwienstwo Tepic, gdzie bylismy jedynymi chyba nietutejszymi. Puerto Vallarta zyje z turystow. Sklada sie glownie z eleganckich hoteli przy plazy i restauracji z menu po angielsku i amerykanskimi cenami. Ciezko spokojnie przejsc ulicami: "Change money?", "Do you want hotel?", "Welcome amigos! Come for dinner." - to ostatnie zaproszenie z restauracji. Zamiast obiadu poprosilismy o napelnienie naszej butelki woda, co gosc z widoczna niechecia zrobil, nie mogac odmowic przyjaciolom, w koncu nazwal nas przed chwila "amigos". Przeszlismy sie wsrod restauracyjek i sklepikow z pamiatkami i znalezlismy w koncu kawalek mniej uczeszczanej plazy na nocleg.

27 pazdziernik 1999
Znowu szczescie. Mamy gdzie spac i co jesc, a o te dwie rzeczy glownie trzeba sie martwic podczas podrozy. Po poranku na plazy, gdzie z rana zaczelo sie zbiorowe wedkowanie przez lokalnych mezczyzn i oblupywanie , i sprzedaz ostryg swiezo wylowionych; po tym plazowym poranku ruszylismy dalej. Malymi kawalkami, malo dosyc uczeszczana droga do przodu. Zaczela sie prawdziwa dzungla, odjazdowe krajobrazy, ocean, gory i dzungla. Wijace sie drozki w gore i w dol. Przystanek w jednej wiosce na swiezego kokosa. W drugiej na ananasa. Gdy pod wieczor gosc wysadzil nas po srodku pustkowia, bo skrecal w boczna, nieasfaltowana drozke, myslelismy ze utknelismy. zrobilo sie ciemno, wyszly na zer komary, zmniejszyl sie i tak prawie nie istniejacy ruch na drodze. W koncu z ciemnosci wylonila sie miniciezarowka, ktora zabrala nas na pake razem z lokalnymi chlopakami. Do najblizszej wioski, nie wiem nawet jak sie nazywa, nie ma jej na naszej mapie. Wazne, ze ma sklep. Zakupki, wszystko co potrzeba do naszego guacamole. I restauracyjka, gdzie kupilismy swieze tortillas i gdzie pozwolono nam usiasc i przygotowac sobie jedzonko. Toczy sie tu cale zycie rodzinki, ktora ja prowadzi. Maz oglada telewizje, dzieci odrabiaja lekcje, kobieta krzata sie po kuchni. Ofiarowala nam tez garnki, naczynia, deske. Te mamy swoje, skorzystalismy za to z mozliwosci przespania sie z tylu, na podworku, pomiedzy restauracyjka, a skleconym z desek prowizorycznym domkiem calej rodzinki.

28 pazdziernik 1999
Obudzily nas piejace przerazliwie i bez powodu koguty. Drzewko, pod ktorym spalismy okazalo sie byc drzewkiem cytrynowym, czego doswiadczyl na wlasnym czole Chopin, gdzy w nocy spadla mu z gory dorodna cytryna. Na podworku goruje wielka palma kokosowa, pod murkiem papaja z pekiem jeszcze zielonych owocow. Zobaczylismy, ze rodzinka krzata sie juz od switu przy restauracyjce. W jednym garze miecho. W drugim ryz. W trzecim fasolka. I swiezo wyciskane soki! Z marchewki i pomaranczy. Wzielismy po soczku i po ryzu z fasolka, dostalismy do tego sterte tortillas. Po takim sniadanku mozna jechac. Zobaczymy gdzie dzis wyladujemy.

Wyladowalismy w Menzanilla, sporym portowym miescie niezbyt daleko. Chopin chyba ze dwie godziny szalal z falami na zupelnie pustej plazy. Wykapani przeszlismy sie przez centrum, a na nocleg zlapalismy na stopa rybakow, ktorzy zawiezli nas w jakies miejsce, gdzie szykuje sie chyba wieksze lowienie, przyjachali z namiotem i calym sprzetem.

29 pazdziernik 1999
Dalej stopem, powoli na poludnie. Jezdzimy glownie na pace pickup`ow czy miniciezarowek. Pelen widok na niesamowity krajobraz palm kokosowych i plantacji banana. Pod wieczor dotarlismy do milego jakiegos miasteczka o nazwie La Placita. Tu po raz pierwszy zrobilismy sobie potrawke z kupionego wczesniej na targu od babci kaktusa, oczywiscie z usunietymi juz igielkami. Plaskie, zielone, miesiste liscie, o troche kwasnym smaku.

30 pazdziernik 1999
Kolejny dzien wzdluz zachodniego wybrzeza i kolejna wioska. Przyciagnela mnie nazwa - Playa Azul. I nie tylko chyba mnie, bo wioska rosnie i rozwija sie i stanie sie chyba wkrotce okropnie turystyczna. Przyjechalismy tu z para starszych Amerykanow podrozujacych RV, czyli kempingiem. I pierwsza osoba, na ktora natknelismy sie w wiosce, to kolejny Amerykanin, Chris, mieszkaniec Playa Azul juz od pieciu lat. Kupil za grosze kawalek ziemi przy plazy, teraz sprzedaje to za 5 tysiecy dolarow, bo musi wrocic do Stanow. A za pare lat moze to byc warte prawdziwy majatek, kiedy zaczna sie tu budowac hotele i drogie restauracje. Miejsce bajeczne. Chatki na plazy kryte strzecha z palmowych lisci, wszedzie hamaki. Cieplo, nawet w nocy. Szum morza z ogromnymi falami. Raj.

31 pazdziernik 1999
Pozegnanie z Chrisem i Playa Azul i dalej powoli w droge. Dalej z naszymi Amerykanami, Edem i Theresa i ich pokracznym pieskiem. Powoli, waskimi drozkami. Nocleg gdzies w jakiejs wiosce nad morzem niedaleko juz od Acapulco.

Źródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto kliknąć

1


w Foto
Autostopem w świat
WARTO ZOBACZYĆ

Honduras: Punta Izopo NP
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

AP 5; Mozambik
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl