HAWAJE
23:07
CHICAGO
03:07
SANTIAGO
06:07
DUBLIN
09:07
KRAKÓW
10:07
BANGKOK
16:07
MELBOURNE
20:07
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Autostopem w świat » AWŚ 10; 8`1999; Z Kentucky na Florydę
AWŚ 10; 8`1999; Z Kentucky na Florydę



Powoli do przodu "Intracoastal", czyli nie otwarta zatoka, a śródlądowymi wodami, trochę specjalnymi kanałami, trochę różnymi zatokami.

Po południu w Panama City nie tylko skorzystaliśmy z biblioteki, ale wymieniliśmy sobie książki w małym antykwariacie obok. Znalazłam kolejną książkę Richarda Bacha (ciągle jestem pod wrażeniem przeczytanej właśnie "Illusions. The adventures of a reluctant messiah").

Poza tym dwie książki do hiszpańskiego, trzeba zacząć przypominać sobie język, w końcu jedziemy niedługo w hiszpańskojęzyczne strony.



12.08.99

Dziś krótki dystans, tylko do Appalachicola. Miłe, malutkie miasteczko, z miłą, bardzo malutką biblioteką, pierwszą w Stanach, jaką spotkaliśmy bez komputera. Pani bardzo przepraszała, niedługo już będą mieć.

13.08.99

Dziadek włączył motor i ruszyliśmy przed świtem, jeszcze po ciemku, bo czeka nas długi dzień. Chopin wstał na chwilę, aby pomóc z linami, odwiązać Spirit`a od pomostu i wrócił do mnie na materac na dachu, pod prześcieradło, które bardzo chciało być żaglem.

Skończyła się "Intracoastal", wypłynęliśmy na prawdziwą, otwartą, niekończącą się Zatokę Meksykańską. Wygląda jak ocean, ze wszystkich stron woda, aż po horyzont. Tylko fale może mniejsze, ale i tak nieźle buja. Rzeki były prostsze, wiadomo, gdzie płynąc - do przodu. Pomiędzy zieloną boją z prawej, a czerwona z lewej strony. Tu nie ma już boi, nie ma brzegów rzeki.

Dziadek kieruje się kompasem, specjalnymi mapami i nie wiem, czym tam jeszcze. Ale zna się na rzeczy, bo dowiózł nas wieczorem, tak jak planował do Steinahatchee.

14.08.99

Przystań w uroczym, ale strasznie turystycznym miasteczku. Stare, drewniane budynki zbudowane na palach na wodzie. W większości restauracyjki, sklepiki z pamiątkami, antykami, galerie.

Połaziliśmy, popatrzyliśmy, kupiliśmy Chopinowi sandały i świeży zapas owoców i wróciliśmy na pomost, gdzie zaparkowany jest nasz Spirit, parę innych łódek i gdzie sobotni tłum relaksuje się, łowiąc ryby, i gdzie czają się czujne pelikany, rzucając się w stronę wędkarza, który coś wyciąga, mając nadzieję, że podzieli się z nimi zdobyczą. I rzeczywiście, co mniejsze ryby lądują w przepastnych dziobach tych niesamowitych ptaszydeł. Chopin zaprzyjaźnił się z kilkoma, ale nie udało mu się przekręcić pelikana na banany.

Zagadali do nas goście (starzy hippisi) ze stojącej obok łodzi pełnej morskich gąbek. To ich życie i praca - nurkują, wyławiają i sprzedają gąbki.

Wiedziałam, że gąbki to nie morskie rośliny, a prymitywne zwierzęta. Nie wiedziałam, że to co sprzedają, to tylko szkielety. Wyławiają je razem z mięsem, które zostawiają do zgnicia, oczyszczają i zostaje sam szkielet - gąbka. Dostaliśmy jedną w prezencie. Nie wiem, czy będę się chciała myć czyimś szkieletem.

15.08.99

Ostatni dzień na otwartej zatoce - ale co za dzień! Po burzy w nocy woda nieźle wzburzona. Tak rzucało naszą łódką, że nie dało się ustać bez trzymania, pospadały wszystkie luźno stojące przedmioty.

Dziadek z pełną koncentracją sterował pośród fal przez wiele godzin. Z dziką wodą wokół i niebem na horyzoncie z wszystkich stron. Jak dla mnie najbardziej stabilna okazała się pozycja horyzontalna i tak spędziłam większość dnia. Pod koniec dnia pojawił się wyczekiwany ląd w oddali i dotarliśmy do Tarpen Springs.

Mała, turystyczna miejscowość, zamieszkała głownie przez Greków, składająca się w większości z greckich restauracyjek oraz sklepików z gąbkami morskimi, muszlami i muszelkami wszelkich rozmiarów, kształtów i kolorów, i innymi darami zatoki (głowa aligatora, wysuszone ozdobne rybki, itp.)

17.08.99

Dzisiaj nagły szok. Kapitan mówi, że jutro wieczorem będziemy już w domu. Tak się już przyzwyczaiłam do tego przyjemnego życia na łodzi, że trudno teraz uwierzyć, że tak nagle się skończy. Policzyłam właśnie - dziś minie 25 dzień na łódce. Prawie miesiąc.

Sunęliśmy tak powoli, a tak szybko zleciało. Nie zdążyliśmy przeczytać nawet połowy książek z naszej nagromadzonej po drodze pokładowej biblioteczki, nie zdążyliśmy pouczyć się wystarczająco hiszpańskiego z nowych książek ani zjeść wszystkich orzechów, ani nawet napatrzeć na wodę - a tu dziadek mówi, że jutro koniec rejsu...

Ja chce jeszcze. Codziennie w innym miejscu świeżoobudzonym okiem oglądać wschód słońca z dachu płynącego Spiritu. Wstać tylko po to, aby zjeść świeży owoc, popisać, poczytać, pooglądać wodę i przesuwający się świat. Albo nie musieć wstawać wcale. To było życie. Co ja mówię - jeszcze jest. Jeszcze całe dzisiaj i całe jutro.

18.08.99

Ciągle nie mogę uwierzyć, że to ostatni dzień. Wczoraj po południu burza i ulewny deszcz zmyły z łódki resztki osiadłej soli. A dzisiaj kolejny piękny, słoneczny dzień. Przebyliśmy właśnie tamę i śluzę oddzielające słoną wodę od słodkiej i płyniemy kanałem w stronę Lake Okeechobee, gdzie mieszka nasz kapitan.

Przed chwilą zobaczyliśmy aligatora. Dziadek mówi, że takie małe jak ten nie są niebezpieczne.

W La Belle na pomoście czekała na dziadka babcia - Mary, jego żona. Wydzwaniała po przystaniach i śluzach, aby dowiedzieć się, czy Spirit już tam przepływał i tak wydedukowała, kiedy przypłyniemy. Dziadek, jak to facet, nie przyszło mu do głowy zadzwonić, powiedzieć, kiedy będzie. Ale nic, w końcu wpadli sobie w ramiona i poszli na późne śniadanie do restauracji, a my na stragan z owocami.

Potem ostatnie półtorej godziny na łódce i ... koniec rejsu - zawinęliśmy do bazy, czyli domu dziadków w Turkey Creek.

Floryda to tropikalny raj. Mały domek naszego kapitana nad kanałem otoczony jest cudownymi roślinami: kilka odmian pomarańczy, cytryny, grejpfruty, bananowce, papaja, mango, avocado i nie wiem co tam jeszcze. Niestety, nie trafiliśmy na sezon, owoce dojrzeją wkrótce, teraz jeszcze większość jest zielona. Jedyne dojrzałe teraz to pomarańcze o zielonej skórce i czerwonym miąższu oraz owoce kaktusa, takiego dużego jak dom.

Źródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto kliknąć

<< wstecz 1 2 3 dalej >>


w Foto
Autostopem w świat
WARTO ZOBACZYĆ

Ludzie ludziom: Teksańskie steki
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

WW 17; Wielkie Schody, dinozaur i Rękawiczki
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl