HAWAJE
17:14
CHICAGO
21:14
SANTIAGO
00:14
DUBLIN
03:14
KRAKÓW
04:14
BANGKOK
10:14
MELBOURNE
14:14
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Autostopem w świat » AWŚ 8; 6`1999; Z Atlanty do Rainbow
AWŚ 8; 6`1999; Z Atlanty do Rainbow



Our wonderful hosts from Knoxville, Tennessee
2 06.99
Nowe rodziny. Poznane przez mamę i Ewę w kościele w Knoxville ostatniej niedzieli. Mama z częścią grupy goszczą w olbrzymiej willi u Basi i Rogera nad samym jeziorem. Basia polskiego pochodzenia mówi nawet łamanym polskim. Chopin i ja z trójka dzieci jedziemy z Nancy i jej trzynastoletnią córką Natalie. Duży dom na wsi, olbrzymia przestrzeń. Łąka, strumyk, kawałek lasu. Mają konia i basen. Raj dla dzieciaków i nie tylko. Dobrze trafiliśmy.


Nancy oraz jej starsza córka są wegetariankami. Reszta rodziny (mąż i syn) nie są, ale i tak jedzą przeważnie to, co ugotuje Nancy. Wszyscy strasznie mili, wyluzowani. Dzieciaki już szaleją w basenie.


7 06.99

Kilka przemiłych dni z goszczącymi nas rodzinami. Wspaniały obiad u Basi i Rogera, ognisko u nas, wspólne wypady, jezioro, basen... Szkoda, że już czas wracać. Na szczęście nie dla nas. Chyba z godzinę trwały pożegnania i załadowanie się do vana. Nie wiadomo, kiedy następnym razem się z nimi zobaczę. Super, że przyjechali. My z Chopinem zostajemy jeszcze u Nancy do jutra rana. Zrobiłam olbrzymią wspaniałą tabouli salad na wspólny ostatni obiad - przy drewnianym stole na dworze. Starsza córka Nancy, Laura przeszła na surową dietę. Na razie planuje na całe lato, dalej zobaczy. A nam dziś własnie minął dokładnie czwarty miesiąc naszego surowego życia. I ósmy miesiąc w drodze... czyli dokładnie połowę podróży na surowo!

8 06.99

Znowu w drodze. Nancy odwiozła nas na drogę. Łapiemy stopa w stronę Smoky Mountains. Chcemy je przejechać, może zrobić jakiś niewielki hike i dalej do trasy widokowej - Blue Ridge Parkway - wiodącej przez góry na północ. Od razu zatrzymuje się gościu i zabiera nas prosto w sam środek Smoky Mountains National Park. Wypatrzylismy na mapie kilkumilową, miło wyglądającą trasę. Warto się przejść, skoro już tu jesteśmy.

Pierwsze dwie mile to Appalachian Trail, jeden z najdłuższych pieszych szlaków, wiedzie przez wiele stanów, aż na samą północ. Patrzymy na mapę. Prowadzi w naszym mniej więcej kierunku, do Pensylwanii, w stronę Rainbow Gathering, na które jedziemy pod koniec miesiąca. A póki co, z miejsca w którym jesteśmy na północny wschód przez całe Smoky Mountains. Obliczamy kilometry. W dwa czy trzy dni powinno dać się przejść. Mamy trochę jedzenia. Woda po drodze. Spróbujmy! Jak będzie się miło szło, pójdziemy pieszo dalej. Jak nie, wsiądziemy w stopa jak tylko wyjdziemy z gór. Ruszamy.

Ja mogę chodzić długo i daleko, tylko nigdy nie chodziłam długich dystansów z plecakiem. Z plecakiem spakowanym na podróż dookoła świata, a nie na kilkudniową wędrówkę. Cieszę się, że oddałam mamie moje książki i parę zbędnych ciuchów, jest teraz lżejszy. Chopin pozbył się bębna.

Z początku wędruje się przyjemnie. Miła ścieżka wsród lasu, lekko w górę, czasem trochę w dół, bez jakiś poważniejszych podejść, głównie szczytami. Widoki odsłaniają się tylko chwilami, przytłumione wieczną mgiełką tajemnicze góry. Wiekszość czasu idziemy w gęstwinie. Po ok. 3 milach dochodzimy do pierwszego "shelter`u", czyli schroniska górskiego, czyli drewnianego budynku bez jednej ściany, gdzie można się pod dachem przespać. Oglądamy mapę spotkanych tam wędrowców, tylko oni odwrotnie, ze wschodu na zachód, trzeci dzień w drodze. Jest kilka schronisk po drodze. Dotrzemy chyba tylko do kolejnego, jakieś osiem mil stąd. Gościu mówi, że trzy godziny drogi. Zjadamy resztę wczorajszej tabouli salad i ruszamy, aby dotrzeć przed zmrokiem. Idziemy, idziemy, idziemy. Plecak jakoś zciężał i bardziej niewygodny się zrobił. Niby optymalnie dopasowany, ale czuję szelki wpijające mi się w ramiona. Jak stajemy odkrywam, że nie jestem w stanie podnieść do góry lewej ręki. Jakiś bezwład. Ale trzeba iść. Gorąco. Czy nam starczy wody? Wleczemy się już ponad trzy godziny i nic.

Zaczyna się zciemniać. W sumie nie musimy spać pod dachem, możemy gdziekolwiek. Problem polega na tym, że gdziekolwiek składa się obecnie z wąskiej kamienistej ścieżki, porośniętego gęstwiną lasu ostrego zbocza w dół z jednej strony i w górę z drugiej. Coraz ciemniej. Potykam się o jakiś korzeń i upadam przygnieciona plecakiem. Mam już dosyć. Mogę spać tu, na scieżce. Chopin pomaga mi wstać. Zabiera mój plecak i idzie czegoś poszukać. Wraca w totalnej już ciemności, ale z dobrą wiadomością. Znalazł kawałek płaskiej, trawiastej przestrzeni idealnej na nocleg. Zostawił tam mój plecak. Teraz zabiera swój i idziemy. Ciepła, bezwietrzna noc. Drzewa, gwiazdy. Rozkładamy bety i wyczerpani rzucamy się spać.

9 06.99

Rano. Śniadanko - nasze ulubione: namoczone pestki słonecznika zmieszane z bananem i rodzynkami. Bardzo sycące. Zrobiłam sałatkę na później i ruszamy. Bolą mnie wszystkie mięśnie ramion. Zaczynam nienawidzić swojego plecaka. Okazuje się, że dróżka do naszego schroniska była tuż, tuż. Tylko i tak nie chciałoby nam się schodzić pół mili w dół. Chopin tylko poszedł teraz bez bagaży po wodę. Zaraz ruszymy dalej. Wieczór. Niedoceniliśmy dystansu. Albo przeceniliśmy swoje możliwości. Patrząc na niezbyt szczegółową mapę stwierdziliśmy, że w dwa dni powinniśmy te góry przejść. A dziś znowu szliśmy i szliśmy i nie mogliśmy dotrzeć do kolejnego schroniska. Po drodze nawiedziła nas burza z ulewnym nagłym deszczem. Zanim Chopin wyjął i rozpiął nad scieżką nasz zielony daszek, byliśmy już cali mokrzy.

Pod daszkiem przeczekaliśmy deszcz, przebrałam koszulkę, zwinęliśmy rzeczy i ruszyliśmy dalej. Wyszło nawet słońce. Po to tylko, aby za chwilę schować się za chmurami, z których spadł kolejny deszcz. Kolejny daszek. Odpoczynek. I w końcu w kolejnym przejaśnieniu ukazało się schronisko. Pięć mil przez prawie cały dzień. Z mapy Michelle (poznanej w schronisku edytorki "Backpacker" magazine) wynika, że jak by na to nie patrzeć, jeszcze dwa dni drogi. Nie ma sprawy. W końcu się nie spieszymy. Tylko co będziemy jeść? I tak uważamy bardzo z jedzeniem. Na jutro jeszcze będzie, ale później? Może jakoś przeżyjemy i pojutrze wieczorem dotrzemy do jakiegoś sklepu. Na dzisiaj już dosyć. Zostajemy tutaj i suszymy rzeczy. W końcu przydaje się nasza turystyczna kuchenka, Chopin właśnie suszy nad nią buty i skarpetki.

Źródło: Pamiętnik Kingi

Pamiętnik Kingi Tekst zaczerpnięty
z Pamiętnika Kingi

 warto kliknąć

1 2 3 4 dalej >>


w Foto
Autostopem w świat
WARTO ZOBACZYĆ

Ludzie ludziom: Teksańskie steki
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

@dC 16: Chińskie problemy
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl