HAWAJE
12:48
CHICAGO
16:48
SANTIAGO
19:48
DUBLIN
22:48
KRAKÓW
23:48
BANGKOK
05:48
MELBOURNE
09:48
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » @ do Chin » @dC 18: Pukając do Pekinu bram
@dC 18: Pukając do Pekinu bram

Krzysztof Skok


Pekin coraz bliżej, a Krzysztof doświadcza coraz bliższych spotkań z chińskimi milicjantami. Jeżeli komuś, po obejrzeniu telewizyjnych spotów reklamujących igrzyska zdawało się, że Chiny to coraz bardziej "zachodnie" państwo, ma teraz okazję zweryfikować poglądy. I ponownie, jak w wielu poprzednich odcinkach, z urzędniczą złośliwością i podejrzliwością kontrastuje życzliwość zwykłych ludzi. Poza tym, dowiemy się, czy Krzysztof Skok jest Amerykaninem?




02.08.2008, sobota, 117 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Przebudziłem się po 5-ej, ale wstałem dopiero przed 6-stą, kiedy zaczął się ruch przy straganie. Gospodarz od razu podał śniadanie oraz wodę do umycia się. Ja jeszcze uzupełniłem notatki w dzienniku pod nadzorem kręcącej się milicji i o 7.20 ruszyłem w drogę. Cały czas jechał za mną przynajmniej jeden samochód. Kiedy w pewnym momencie go zatrzymałem, aby zapytać się o drogę, od razu pojawiły się dwa kolejne. Była tam także osoba znająca j. angielski. Wiedząc, że wojny nie wygram, spokojnie wypytywałem się o dalszą drogę w kierunku Pekinu oraz zaproponowałem, aby ktoś podróżował dalej ze mną na rowerze. Oficjalnie, nikt nie posiadał roweru. Jakiś czas później na drodze zaczepiła mnie trójka rodzeństwa na motorze, która zaprosiła mnie do swojego domu w pobliskiej wsi. Nie zdążyłem odejść od roweru i zjeść loda, którym mnie poczęstowano. Przez głośniki w całej wsi jakiś człowiek coś nadawał. Zrozumiałem tylko "Amerika". Moi gospodarze pobledli, a dziewczynka zapytała się tylko, czy jestem z USA! Musiałem wyjść, aby nie komplikować sytuacji. Na drodze było pełno kobiet i próbujący mnie zatrzymać stary aktywista, dopingowany przez mojego "anioła". Udało mi się jednak wymknąć. Kilka kilometrów dalej zatrzymałem się na stacji benzynowej, aby coś zjeść. Za mną podjechały dwa samochody osobowe i bus z kilkoma osobami w środku. Nie tankowali jednak samochodów. Za to nawet toaletę po mnie sprawdzili, a miejscowi, kiedy chcieli mi podać jedzenie musieli to zrobić przez ręce moich "aniołów".

Kilka kilometrów dalej zmieniłem chyba rejon bo zniknęli, a nowi się nie pojawili. Korzystając z okazji zjechałem na nieczynną stację benzynową, gdzie pracownicy mnie nakarmili, a szef sam nawet wyprał moje rzeczy! Później poszedł spać, a ja 2 osobom na kalendarzu i mapie trochę opowiedziałem o mojej drodze. Kiedy szef pojawił się po długiej drzemce, było coś z nim nie tak. Dał mi do zrozumienia, że nie mogę tu zostać, a spać mogę 4 km dalej i oddalił się. Pomału się zebrałem, wypiłem herbatkę i po 18-stej ruszyłem w drogę. 4 km dalej była kolejna stacja benzynowa i przy niej budynek mieszkalny. Jedna z dziewczyn obsługujących znała angielski, więc udało mi się przedstawić w kilku słowach moją sytuację. Po chwili narad i dyskusji (wysyłano mnie do hotelu, a ja na to, że nie mam pieniędzy), dostałem łóżko w pokoju i dostęp do wspólnych sanitariatów. Nawet jeden z pracowników częstował mnie piwem, ale odmówiłem mu pokazując bolące kolano i tabletki.

Dystans dnia – 59,30 km
Czas jazdy – 3:25:19 h
Średnia prędkość – 17,33 km/h


03.08.2008, niedziela, 118 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Metropolia po chińsku
Przebudziłem się po 6-ej, ale jakoś nie chciało mi się wstawać. Do drogi zebrałem się ok. 7.30. Po 14 km zjechałem do wioski na śniadanie. Tradycyjnie już, do kupionych przeze mnie produktów, przyglądający się mi ludzie dołożyli kolejne. Przysłany przez milicję chłopak był w stanie zadać tylko jedno pytanie – "czy jesteś z USA?". Po 11-stej dotarłem do miasteczka Zhuolu. Tam chciałem zajść do kafejki internetowej. Po długim poszukiwaniu udało mi się dowiedzieć, ze na czas Igrzysk zamknięto wszystkie kafejki w Chinach! Wówczas zaczepiła mnie nastoletnia kelnerka z ogródka restauracyjnego. Nie dość, że poczęstowała mnie sokami i ciastkami, to jeszcze wykonała kilka telefonów i zorganizowała internet. Niestety, czasu było tak mało, że udało się wysłać do kraju tylko maila z informacją, gdzie jestem. Od wczesnego popołudnia do 18-stej przesiedziałem w cieniu na uliczce ze straganami. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie milicja, która zaczepiła mnie jak tylko skończyłem jeść. A że akurat musiałem skorzystać z toalety, posądzono mnie o próbę ucieczki. Toaletę oczywiście sprawdzono przed i po! A za karę przetrzymano mnie przez kilka minut w słońcu. A było tak gorąco i parno, że nawet w cieniu bylem mokry. Po kontroli dokumentów, do końca mojego pobytu na ulicy, co chwilę pojawiał się milicjant, aby sprawdzić co robię. W końcu jednak trzeba się było ruszyć, aby znaleźć nocleg. Na wyjeździe z miasta próbowałem na stacji benzynowej (w Chinach pracownicy mieszkają na stacjach i są tam pokoje noclegowe), a następnie na budowie w nowym baraku. Tam mnie zaczepił jakiś mężczyzna, żebym pojechał do niego. Musiałem wrócić 2 km do Hebei Zhoulu, ale warto było! Zostałem ugoszczony po królewsku, a sama kolacja ok. 22.30 była wyśmienita i bardzo obfita. Aż żal było, że dałem się ludziom nakarmić na ulicy w Zhoulu.

Dystans dnia – 47,77 km
Czas jazdy – 2:57:43 h
Średnia prędkość – 16,12 km/h

04.08.2008, poniedziałek, 119 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Państwo Środka czuć już na każdym kroku
Po 6-ej zaczął się ruch w mieszkaniu, więc zdążyłem się wyspać. Godzinę przygotowywałem się do drogi. Na początek miałem 14 km do miasteczka Xiahuayuan, gdzie zrobiłem sobie przerwę na śniadanie i uzupełnienie notatek w dzienniku. Później próbowałem poszukać kafejki internetowej – znalazłem zamkniętą z informacją, że jest nieczynna w okresie 25.07-24.08.2008 r. Zacząłem się wypytywać ludzi, gdzie można skorzystać z komputera. Nic się nie dowiedziałem, ale milicja od razu się pojawiła i "odprowadziła" mnie do granic miasta. Kilka kilometrów dalej zauważyłem mury jakiejś twierdzy. Nie byłem w stanie się z nikim dogadać co to za twierdza. Ciągle pokazywali tylko, że chcą za wejście 30Y. Udało mi się jednak zajrzeć do środka – same gruzowisko, więc odpuściłem sobie zwiedzanie. Po niespełna 2 km zauważyłem stojącego busa z przyczepą. To był woź techniczny 12-osobowej grupy jadącej z Amsterdamu. W grupie jada dwie kobiety i dwóch Francuzów. Wszyscy ubrani w jednakowe stroje, jadą tylko na rowerach GIANT. Wóz wiezie im rzeczy i co 30-40 km organizuje postoje, gdzie jedzą i odpoczywają. Wóz wiezie także bagaże – każdy ma tylko małą sakwę na kierownicy i niektórzy jedna na tylnym bagażniku. Kierowca busa musiał wyrobić sobie chińskie prawo jazdy. Maja także chińskiego "opiekuna" o imieniu Joe. Grupa chętnie się zgodziła na moją propozycję, abym trochę podróżował z nimi. To "trochę" zmieniło się w 70 km do miasta Yanqing, oddalonego ok. 80 km od Pekinu. Jazda w dużej i zorganizowanej grupie to czysta przyjemność. Jest z kim porozmawiać, a jadąc w środku grupy (pomimo wyższej prędkości i sakw) mniej się męczyłem, niż kiedy jechałem sam. Co 5 km jest zmiana osoby dyktującej tempo. Pierwsi także pokazują rękami przeszkody na drodze, np. dziury. Po drodze mieliśmy dwie kontrole milicji, ale Joe wszystko dość szybko załatwił. W Yanqing grupa udała się do hotelu. Ja tez się tam zakwaterowałem. Za miejsce w dwuosobowym pokoju z klimatyzacją zapłaciłem 100Y (ok. 31 zł). Wieczorem udaliśmy się do centrum na kolacje. Dzięki Joe dowiedzieliśmy się, że możemy zapłacić po 41Y i jeść oraz pić co tylko jest w restauracji bez ograniczeń. Chyba nie wiedzieli, że będzie taka duża grupa głodnych kolarzy – nie nadążyli w uzupełnianiu braków w jedzeniu i piciu!

Dystans dnia – 97,72 km
Czas jazdy – 5:14:39 h
Średnia prędkość – 18,63 km/h
Dystans całkowity – 10080 km
Całkowity czas jazdy – 584:02 h

05.08.2008, wtorek, 120 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Na Murze
Obudziłem się po 6-ej. Zanim wstał Joe (byliśmy razem w pokoju), zdążyłem skończyć poranną toaletę. O 8-ej opuściłem pokój. Podobnie zrobili moi holenderscy przyjaciele. Kilkanaście minut przed czasem (godz. 8.30) byli gotowi do drogi. Jednak najpierw była kilkunastoosobowa odprawa, a dopiero po niej ruszyliśmy w drogę. Oni już jutro wjeżdżają do Pekinu, (dzisiaj zamierzają nocować w Changping), gdzie ma ich powitać ambasador Holandii, a następnie zwiedzają Wioskę Olimpijską. Joe tak poprowadził grupę, że zamiast jechać koło Wielkiego Muru w Badaling, jechaliśmy koło Grobowców Mingów. Tam się pożegnaliśmy. Ja ruszyłem na zwiedzanie. Niestety, niewiele zobaczyłem. Większość była zamknięta, a za bilet musiałem ponieść pełną odpłatność (30Y, nie honorują legitymacji studenckich. Zupełne rozczarowanie. Następnie musiałem zjechać 10 km do Changping, aby po kolejnych 10 km rozpocząć prawie 28 km wspinaczkę do Wielkiego Muru w Badaling. Na ostatnich 10 km były jeszcze wejścia na Mur w Iuyonguan i Shuiguan. Po drodze spotkałem po dwóch turystów rowerowych z Hong-kongu i Tajwanu. Jednak najatrakcyjniejsza dla mnie była możliwość jazdy po trasie, którą będą pokonywali kolarze podczas wyścigu ze startu wspólnego podczas IO Pekin 2008 (na trasie widziałem wielu trenujących kolarzy). Obok wejścia na Wielki Mur w Iuyonguan jest usytuowana meta wyścigu. Na całej trasie technicy telewizyjni ustawiali kamery. Zanim wszedłem na Wielki Mur w Badalingu, musiałem gdzieś zostawić rower. Znalazłem pracownika obsługi mówiącego po angielsku i poprosiłem go o pomoc. Skończyło się na wezwaniu milicji, aby ta sprawdziła, czy w sakwach nie mam przypadkiem bomby. Straciłem cenny czas pomiędzy 17.00 a 18.15. Ale udało się wejść na Wielki Mur na podstawie biletu studenckiego za 20Y (normalny 40Y) i przejść się po nim po 1 km w prawo i w lewo od wejścia. Reszta była zamknięta. Robi niesamowite wrażenie, warto było go zobaczyć. Samo zwiedzanie kończyłem przy sztucznym oświetleniu. Kiedy zszedłem przed 20-stą, było dla mnie oczywiste, ze muszę zostać na noc w Badaling.

Spokojnie zjadłem posiłek koło kas biletowych (tam ostatecznie stał mój rower) i po 21-ej ruszyłem do miejsca, gdzie spali ochroniarze. Chłopcy się zgodzili, ale szef nie. Więc zaprosili mnie na teren ze sprzętem techników telewizyjnych, którego pilnowali. Tam jednak pojawił się po chwili szef i wezwał milicję. Ja nie czekając na nią, spokojnie wróciłem przed kasy biletowe, gdzie było dużo zadaszonego miejsca. Po godzinie jednak ochroniarze mnie tam znaleźli, a po nich milicja i musiałem się stamtąd wynosić (zresztą po 22-iej wyłączono oświetlenie Wielkiego Muru). Milicja była na tyle uprzejma, ze nawet pokazała mi bezpieczne miejsce kolo posterunku wartowniczego (niespełna 2 km od Muru), gdzie mogę spokojnie przeczekać noc. Spokoju długo nie zaznałem, ponieważ ochroniarze kogoś złapali i pojawiła się milicja, która po załatwieniu pierwszej sprawy, "zajęła się" mną. Nie znali żadnego języka poza chińskim, więc musiałem czekać, aż przywiozą kogoś mówiącego po angielsku. Był to pracownik Służby Imigracyjnej. Bardzo sprawny człowiek. Paszport oddał w minutę (zerknął tylko na wizę). Zapytał się tylko, gdzie chcę nocować. Odpowiedziałem mu, że mam tylko 30-40Y (miałem więcej). On na to, że za te pieniądze to nic w Badaling nie znajdę, ale to moja sprawa. I razem z milicją odjechał.
Wówczas młodzi ochroniarze przynieśli mi gorącą wodę na herbatę i na kolację składającą się z trzech zupek chińskich przez nich podarowanych. Później zorganizowali mi nocleg na ławie z grubym obiciem pod parasolem porządkowego (wolontariusza – starego aktywisty), który akurat w tym miejscu pilnował, czy ktoś podejrzany się nie kręci. Chłopcy przynieśli mi nawet pierzynę. Mój dzień skończył się przed 2-gą w nocy.

Dystans dnia – 81,32 km
Czas jazdy – 5:04:33 h
Średnia prędkość – 16,02 km/h

Źródło: informacja własna

1


w Foto
@ do Chin
WARTO ZOBACZYĆ

Indie: Na ulicach Delhi
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

HAW 1; Lot na Maui
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl