HAWAJE
19:46
CHICAGO
23:46
SANTIAGO
02:46
DUBLIN
05:46
KRAKÓW
06:46
BANGKOK
12:46
MELBOURNE
16:46
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » @ do Chin » @dC 9: Róg Marksa i Engelsa
@dC 9: Róg Marksa i Engelsa

Krzysztof Skok


Krzysztof Skok dotarł rowerem do Krasnojarska. W nogach ma już ponad 6000 kilometrów, a w głowie nadzieję na Irkuck. Planuje tam dotrzeć 24 czerwca i wtedy będziemy pewnie mieli od niego kolejne wieści. Tymczasem polecamy lekturę dziennika z podróży. Znajdziemy tu między innymi odpowiedź na pytanie, jaki sport może pasjonować samotnego rowerzystę. Chociaż ci, którzy czytali opowieść Krzysztofa z Zakaukazia chyba dobrze już wiedzą. Pozostałych zapraszamy na spotkanie z nim. Oczywiście, na rogu Marksa i Engelsa. A gdzie to jest?




01.06.2008, niedziela, 55 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
"Jak się nie spotkamy w drodze, to spotkamy się w Nowosybirsku"
Zgodnie z planem dzień dzisiejszy został przeznaczony na odpoczynek. Na 10 rano poszedłem do Kościoła. Akurat trafiłem na ceremonię ślubną. Tak jak wszystkie msze św., na których byłem w Rosji, tak i ta była bardzo rozśpiewana i wesoła. Później w domu parafialnym było krótkie przyjęcie weselne, do pójścia na które namówił mnie Ks. Melichior (miejscowy proboszcz, z pochodzenia Słowak). Długo jednak nie posiedziałem sobie, ponieważ musiałem zrobić gumę w tylnym kole oraz wysłać relacje do Polski. O ile ta pierwsza czynność poszła mi nadzwyczaj szybko, to z tą drugą było ciężko. Trafił mi się komputer z połowy lat 90, który pracował niesamowicie wolno, a poza tym nie było na nim możliwości zgrania zdjęć. Na koniec dnia usiadłem, aby chwile porozmawiać z Ks. Melchiorem. Nie
dane nam było długo pogawędzić, ponieważ zadzwonił do niego inny ksiądz z Omska z informacją, że w Caritasie pokój wynajął inny rowerzysta. Ks. Melichior wykonał telefon do Caritasu i wszystko było jasne. Zatrzymał się tam jadący z Rzymu Walezy oraz towarzyszący mu samochodem, jego przyjaciel Damian, który robi z tej podróży film. Krótka rozmowa telefoniczna wystarczyła, aby umówić się w "moim" mieszkaniu za kilkadziesiąt minut.

Zgodnie z obietnicą chłopcy dotarli do mnie (przyszedł także poznany w kościele Dima). Okazało się, że gdyby nie fakt, że oni jechali przez Perm i Jekaterinburg, to może spotkalibyśmy się wcześniej. Oni byli w Niżnym Nowogrodzie i Kazaniu w tym samym dniu, w którym ja odjeżdżałem! Walezemu jedzie się dobrze (z Damianem spotykają się co 2-3 dni) i jest bojowo nastawiony. Ja wyjeżdżałem już w poniedziałek, aby jadąc po ok. 150 km dziennie, dotrzeć w piątek do Nowosybirska. Walezy rusza we wtorek, ale już w czwartek zamierza mnie dogonić. Rozmowa zapewne potrwałaby długo, ale ja musiałem wstać o 6 rano, więc Damian o północy zarządził pożegnanie. Jak się nie spotkamy w drodze, to spotkamy się w Nowosybirsku.

02.06.2008, poniedziałek, 56 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Miasto wśród tajgi
Wstałem o 6 rano. Jako że sam przygotowywałem śniadanie to trochę czasu mi to zajęło. Jednak przed 8 i tak byłem w drodze. Po doświadczeniach z Czelabińska, w niedzielę ustaliłem, gdzie zostawię klucz, jakby nikogo nie było. Tak też uczyniłem. Całą drogę jechałem bardzo spokojnie. Było ciepło i słonecznie, ale można było wytrzymać. Jadę cały czas prosto na wschód, a wiejący wiatr (niezbyt mocny) z południowego – zachodu mi pomagał. Droga praktycznie płaska. Jedyne "górki" to most na rzece Irtysz i wiadukty. Na pierwszym moim postoju zatrzymał się obok mnie emeryt, który swoją "kolarką" przejechał cały Kazachstan. Namawiał mnie, abym zrezygnował ze spania u ludzi na rzecz namiotu postawionego gdzieś w lesie lub w głębi stepu. Cały dzień jechałem przez pustkowia. Wioski były w oddali i rzadko, a stacje benzynowe były co 30 – 40 km. Okolica to głównie pola uprawne i trochę lasu. Za to mam chyba najlepszą drogę (jakościową) od okolic Moskwy (tylko tam są super drogi). Niestety, ale oznakowanie odległości to czysta fikcja. Wyjeżdżając z Omska znaki drogowe i słupki kilometrowe pokazywały, że do Nowosybirska jest 738 km. Po kilkunastu kilometrach zauważyłem znak (a później kolejne), na który było o ponad 50 km mniej niż na nieopodal stojącym słupku. A pod koniec dnia to i na słupkach kilometrowych zniknęło nagle ponad 50 km! Nikt z pytanych osób do końca nie wiedział, ile jest jeszcze do Nowosybirska. Wszyscy mówili, że daleko.

Na noc zjechałem do wcześniej upatrzonej na mapie wioski Dimitrijewka. W pierwszym domu była samotna kobieta, więc nie wpuściła z obawy o to, co ludzie powiedzą. W kolejnym, kiedy już się umyłem, wygadałem się o tej samotnej kobiecie – pech chciał, że akurat tu też mieszkała tylko kobieta, a mężczyzna tylko jej pomagał w gospodarstwie. Więc mnie "nakarmiła" i musiałem ruszać dalej. W kolejnym domu była kobieta ok. 40, której córeczka odprowadziła mnie do dziadka. Tam dostałem ponownie jeść i nocleg. Gospodarz (68 lat) z wykształcenia jest historykiem, więc tematyka zaszłości wojennych i powojennych dominowała podczas krótkiej, wieczornej rozmowy.

Dystans dnia – 173,84 km
Czas jazdy – 8:13:27 h
Średnia prędkość – 21,13 km/h

03.06.2008, wtorek, 57 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Kaplica i postój pośrodku niczego
Obudziłem się przed 6, podobnie jak mój gospodarz. Kiedy ja zbierałem się do drogi, on szybko zjadł śniadanie i poszedł karmić swoje zwierzaki (drób, psy, koty, itd.). Dopiero, kiedy wyszedłem sam na dwór i poprosiłem, aby wyprowadził rower z garażu, zorientował się, że ja chcę jechać. Na śniadanie były smażone ziemniaki i jajka, surówka, chleb i dżem własnej roboty. Pojadłem sobie ile się tylko dało, tym bardziej że gospodarz mnie do tego namawiał. Na drogę dostałem spory kawałek przerośniętego, wędzonego boczku, pół chleba i 1,5l wody mineralnej. Droga przez cały dzień była płaska i praktycznie bez zakrętów. Została oddana do użytku 7-8 lat temu (wykonana z betonu) i nazywa się Bajkał, ponieważ łączy Moskwę Irkuck i Władywostok. Wiatr, podobnie jak wczoraj, sprzyjał. Poranek zapowiadał się upalnie, ale po jakiś 40 km zachmurzyło się, a od 130 km jechałem przy małym deszczu. Przez prawie cały dzień znaki drogowe i słupki kilometrowe podawały mylną odległość. Dopiero po 150 km na słupkach km chyba pojawiła się prawidłowa odległość. Zgodnie z porannym planem chciałem przejechać 180 km. Akurat wówczas zobaczyłem zjazd do miasteczka Barabińsk, odległego od głównej drogi o 4 km. Tam na przedmieściach dostałem nocleg u emeryta, byłego sportowca, Vitalija. Grał on w siatkówkę oraz uprawiał lekkoatletykę w latach 60. Na początek jeszcze dostała mi się ciepła bania, a później była kolacja. Podczas wieczornej rozmowy dominowała oczywiście tematyka sportowa. Tylko żona siedziała w drugim pokoju i oglądała telewizję.

Dystans dnia – 187,69 km
Czas jazdy – 8:30:41 h
Średnia prędkość – 22,05 km/h

04.06.2008, środa, 58 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Gospodarz z `rumakiem`
Rano wstał sam gospodarz. Gospodyni było tylko słychać chrapanie w sąsiednim pokoju. Wadą "rosyjskich śniadań" jest to, że są one stosunkowo skromne (wiele osób dziwi się, że je jem) i zazwyczaj trzeba samemu jeszcze dopytać się o możliwość dokładki. Na drogę dostałem trochę świeżych witaminek, czyli szczypior. Wyruszyłem ok. 7.30.

Przez cały dzień miałem stosunkowo sprzyjający wiatr, dalej było płasko, tylko droga się popsuła. No i trochę mniej jest pół uprawnych, natomiast pojawiło się trochę mokradeł i bagien oraz widzę już tylko lasy brzozowe. Plan na dzień wynosił 165 km, czyli połowa drogi, która pozostała do Nowosybirska. Była wioska na 164 km, ale stwierdziłem, że jest 18.30 a za parę kilometrów będzie kolejna wioska, więc pojechałem dalej. Niestety, przeliczyłem się. Po 15 km "była wioska, ale już jej nie ma" – tak pani w przydrożnym barze odpowiedziała na pytanie o miejscowość, która wg rosyjskiej mapy miała tam być. I tym sposobem dotarłem do miejscowości Ciułym. Byłem wyczerpany, a właściwie to moje nogi ledwo żyły. Na szczęście z noclegiem nie było większego problemu. Była też gorąca bania i kolacja. Jednak tym razem nic mnie nie cieszyło. Martwiły mnie moje bolące, wyczerpane nogi. Już o 22 powiedziałem gospodarzom "dobranoc" i poszedłem spać.

Dystans dnia – 187,15 km
Czas jazdy – 9:28:18 h
Średnia prędkość – 19,76 km/h


05.06.2008, czwartek, 59 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Czasem tak by się chciało podróżować...
Rano przebudziłem się sam, ale cierpliwie poleżałem sobie do 6. Wieczorem mówiłem gospodarzowi, że rowerzystom dużo energii daje dżem. Więc na śniadanie dostałem go do jedzenia w znacznej ilości, niczym zupę. Po 7.30 byłem już w drodze. Dzień nie zapowiadał się najlepiej – było po deszczu i z zachmurzonego nieba co chwilę spadało kilka kropli. Wiał przeciwny wiatr, czasami nawet mocno. A do tego ja czułem się fatalnie. Nogi, pomimo rozgrzewki, nie chciały pracować. Bolały i były przemęczone. Po ok. 15 km przyszło mi do głowy, aby wypić wapno. Wziąłem dwie tabletki i po jakimś czasie poczułem się lepiej.

Około południa wyszło słońce, a po południu zrobiło się nawet ciepło. Ja jechałem bardzo spokojnie i ostrożnie. Wiatr jednak coraz mniej przeszkadzał, więc i tempo samo naturalnie rosło. Po 75 km zauważyłem, że powietrze mi schodzi z tylnego koła. Postanowiłem tylko je dopompować, ponieważ w Nowosybirsku i tak mam zaplanowana wymiana opony i wycentrowanie tylnego koła. Na popołudniowym postoju przy warsztacie wulkanizacyjnym zamieniłem kilka zdań z pracującym tam Uzbekiem. Polskę kojarzył z najlepszego cukru na świecie. Podobno też jakieś 2-3 godziny przede mną jechała dwójka rowerzystów z plecakami takimi jak moje. Na 40 km przed Nowosybirskiem wyprzedził mnie samochód na polskich tablicach rejestracyjnych i zatrzymał się. To był Damian. Okazało się, że Walezy jedzie bardzo szybko (codziennie ponad 200 km) i oni też będą nocować w Nowosybirsku. Wymieniliśmy się adresami, aby wiedzieć kto gdzie nocuje i ruszyliśmy w drogę. Ostatni odcinek był dla mnie jednak pechowy. Trzy razy naprawiałem gumę, aż w końcu ze złości założyłem nową dętkę. Ale to i tak wina opony – jest praktycznie starta do zera.

Kiedy dotarłem na miejsce (ok. 21) dowiedziałem się, że Damian i Walezy też będą tu nocować. Damian był ok. 21.30, natomiast Walezy musiał przeczekać ulewę, a następnie wysłano go w inny koniec miasta i ostatecznie dotarł na nocleg znacznie po północy. Ale i tak jeszcze posiedzieliśmy i porozmawialiśmy o planach na najbliższe tygodnie.

Dystans dnia – 142,63 km
Czas jazdy – 8:27:15 h
Średnia prędkość – 16,86 km/h
Dystans całkowity – 5138 km
Całkowity czas jazdy – 284:51 h

06.06.2008, piątek, 60 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Deszczowy oddech wielkiego miasta
Pomimo, że kładłem się spać późną nocą oraz dzień był wolny od jazdy, to i tak wstałem o 7 rano. Pojechałem do centrum miasta, aby znaleźć mechanika, który wycentruje do końca koło i przy okazji dokona ogólnego przeglądu oraz dokładnie wyreguluje przerzutki. Uzyskany dzień wcześniej namiar na sklep rowerowy okazał się dobry. Byli tam młodzi mechanicy, którzy od razu zajęli się naprawą. Nie do końca jednak wycentrowali koło, "ponieważ nie da się". Podobno ponad połowa rowerów w Rosji ma "małe jajo i z tym można jeździć"! Niespełna półtorej godziny im wszystko zajęło (męczyli się z wyregulowaniem przerzutek), a następnie specjalnie dla mnie była za wszystko symboliczna odpłatność w wysokości 150 rub! Następnie udałem się do zegarmistrza, aby zobaczył, dlaczego mój zegarek nie działa. Okazało się, że jest uszkodzony mechanizm i nie nadaje się do naprawy. Szkoda, fajny prezent z niego był. Trochę pokręciłem się jeszcze po centrum, ale praktycznie cały czas padało, więc nie chciało mi się zwiedzać. Zresztą Nowosybirsk otrzymał prawa miejskie ledwo 115 lat temu (a teraz jest to jedno z największych miast w Rosji).

Po południu były szybkie zakupy spożywcze, przygotowywanie kanapek na drogę oraz wysyłanie relacji z wyprawy do kraju. Nie mogło oczywiście zabraknąć rozmów z Walezym i Damianem. Ja jutro ruszam na Krasnojarsk przez Kemerowo (krócej), a oni w niedzielę jadą na Tomsk (ładniejsze miasto). Jeżeli Walezy będzie jechał nadal tak szybko, to spotkamy się w Krasnojarsku.

Dystans dnia – 27,40 km
Czas jazdy – 1:50:00 h
Średnia prędkość – 14,95 km/h

07.06.2008, sobota, 61 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Tablice są. Ale kłamią.
Spałem tylko 4 godziny, ale o 6 rano wstawało mi się dobrze. Szybko się spakowałem, zjadłem śniadanie i pożegnałem z moimi gospodarzami. Szkoda było wyjeżdżać, ale skoro mam do 30.06.2008 roku opuścić Rosję, to nie mam już czasu na nic. Wyjazd z miasta nie sprawił większych problemów. Natomiast za miastem zrobiło się bardzo ładnie. Pojawiły się górki oraz lasy (głównie brzozowe) przy samej drodze. Pól uprawnych prawie nie było. Rano było słonecznie, ale później się zachmurzyło i ok. 140 km dopadło mnie gradobicie, a po nim ulewa. A po niej się ochłodziło. Dodatkowo droga zaczęła skręcać po kole i wiatr, który od rana był głównie z tyłu, przeniósł się na bok, a kończyłem pod wiatr.

Jestem umówiony w Kemerowie w niedzielę przed 16.00. Tam będzie pewny nocleg, a także możliwość obejrzenia meczu ME 2008 Polska – Niemcy. Do pokonania miałem ok. 280 km. Na pierwszy dzień zostało przeznaczone ponad 165 km. Tam zaczynała się Kemerowska Obłaść i trzeba było przesunąć zegarek o godzinę do przodu. Wygodniej to zrobić wieczorem niż wczesnym porankiem. Jednak od 150 km zaczęło mnie boleć moje lewe kolano, więc znacznie zwolniłem. Ostatecznie po 174 km trafiłem na wioskę Uszałaj (istnieje od 600 lat), która była oddalona od głównej drogi o 2 km. Informacja o moim przyjeździe błyskawicznie rozeszła się po miejscowości i nim zdążyłem zjeść kolację byłem już zaproszony do świetlicy wiejskiej, aby opowiedzieć o wyprawie rowerowej "Pekin 2008". Zebrała się chyba cała młodzież. Na koniec, specjalnie dla mnie, zostały wykonane 3 pokazy taneczno – wokalne.

Dystans dnia – 176,07 km
Czas jazdy – 9:15:53 h
Średnia prędkość – 19,00 km/h

08.06.2008, niedziela, 62 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Biało-czerwoni!
Wstałem już o 5 rano. Gospodarz szybko przygotował śniadanie, a ja w tym czasie spakowałem się. Po 6 ruszyłem w drogę. Dzień nie zapowiadał się najlepiej. Co prawda nie było wiatru (wieczorem wyglądało, że będzie przeciwny i mocny), ale było pochmurno i co chwila kropiło. Rozpogodziło się po 40 km, a chwilę później pojawił się wiatr – przeciwny. Na szczęście niezbyt mocny. A kiedy po 70 km zrobiłem skręt w prawo, wiał z boku. W tym czasie zrobił się słoneczny i ciepły dzień. Najważniejsze jednak to fakt, że zaczęły się góry. Co prawda niewielkie, ale kilka podjazdów było na-prawdę stromych. I do tego przepiękne widoki.
Na miejscu w Kemerowie byłem po 14. Będąc jeszcze w piątek w Nowosybirsku umówiłem się z Ks. Zenonem, że o 16 pojadę z nim do Kościoła filialnego w Jurdze na mszę świętą. Już niemal tradycją moich udziałów we mszach w Rosji jest fakt, że na początku nabożeństwa ksiądz informuje o mojej obecności. Wówczas po Nabożeństwie zazwyczaj grupa ludzi mnie otacza, aby chwilę porozmawiać. Tym razem zostało jednak zorganizowane oficjalne spotkanie, w którym wzięli udział prawie wszyscy obecni na mszy. Przez ok. 40 min. odpowiadałem o wyprawie rowerowej do Chin i odpowiadałem na pytania zainteresowanych.

Droga do Jurgi i z powrotem tylko potwierdziła, że na dobre zaczęły się góry i brzozowe lasy. A do tego przepiękne widoki. Aby móc się nimi nacieszyć i jednocześnie oszczędzić ponownie bolące lewe kolano, postanowiłem przez kolejne dni jechać po ok. 120 km. Tradycją niedziel jest to, że dzwonią do mnie rodzice. Tak też było i tym razem.

Dystans dnia – 104,40 km
Czas jazdy – 5:54:03 h
Średnia prędkość – 17,69 km/h


09.06.2008, poniedziałek, 63 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Dotknięcie cywilizacji
O 2.30 wstałem, aby obejrzeć mecz ME Polska – Niemcy. Niestety, przegraliśmy 0:2. Po przerywanej nocy wstałem o 7 rano. Poranne szykowanie zajęło mi trochę czasu. Na pożegnanie wypiłem jeszcze herbatę z Ks. Zenonem i po 9 wyruszyłem w drogę. Od pierwszych kilometrów były góry. Podjazdy i zjazdy nie były zbyt długie (do ok. 2,5 km), ale wyjątkowo "sztywne", szczególnie te krótkie. Dodatkowo było parno i praktycznie bezwietrznie. Dobrze, że słońce tylko delikatnie świeciło. I tak na podjazdach nieźle się spociłem. Ale widoki to wszystko wynagrodziły. Zaczęła się na dobre Tajga. Cały czas brzozowy las z niewielką ilością świerku i sosny. Trochę łąk. Tak jak dzisiaj mógłbym jechać codziennie tym bardziej, że ruch na drodze też był niewielki (część kierowców podobno nadkłada 70 km i jedzie przez Tomsk).

Po drodze nic się nie działo. Wioski były zazwyczaj co 20 km i oddalone od głównej drogi o ok. 2-3 km. Po ok. 60 km postanowiłem zakupić wodę mineralną. Udałem się do sklepu na wsi, a tu porażka – nie było wody ani kwasu chlebowego. Było tylko piwo i jakiś sok jabłkowy. Pani sprzedawczyni odesłała mnie do przydrożnego zajazdu, gdzie ceny ostatnio są coraz wyższe. Natomiast w małych wiejskich sklepach jest odwrotnie. Chleb można kupić nawet za 10 rub., pod-czas gdy w miastach najtańszy bywa po 18 rub. Tak się złożyło, że po 120 km trafiłem na dużą wioskę Nikołajewka. I to 1 km od głównej drogi. Marzenie. Tam dostałem nocleg oraz kolację z jedzeniem do oporu.

Dystans dnia – 123,44 km
Czas jazdy – 7:00:24 h
Średnia prędkość – 17,61 km/h


10.06.2008, wtorek, 64 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
`Trafiłem do małżeństwa po 50-tce. Bardzo sympatyczni ludzie.`
Podobno gospodarze mieli wstawać o 6 rano – jednak wówczas tylko słyszałem chrapanie w sąsiednich pokojach. Jednak kilkanaście minut później gospodyni poszła doić krowy, a ja zacząłem przygotowywać się do drogi. Śniadanie jadłem sam – oni podobno do południa nie jedzą. Na drogę dostałem litr dżemu i 1,5 litra mleka. Wyruszyłem po 8. Dzień nie zapowiadał się wesoło – było po deszczu, a chmury na niebie zwiastowały kolejne krople. I faktycznie później padało. Natomiast zgodnie z zapowiedzią gospodarzy nie było gór. Miałem małą górkę na początku i kilka niewielkich na koniec. A poza tym było płasko i mało lasów.
W pewnym momencie natrafiłem na remont drogi, gdzie w jednym miejscu drogowcy ze-rwali asfalt do ziemi. A jako że było po deszczu, więc tradycyjnie miałem problem. Tym razem ugrzęzło tylne koło i trzeba było wyciągać rower z błota. Miałem też interesujące spotkanie. Mniej więcej w połowie drogi z przeciwnej strony nadjechał pewien Japończyk. Jedzie on swoim rowerem z Władywostoku do Porto! Jak się dowiedział o mojej trasie, sam zaczął mnie uprzedzać, że za Kańskiem nie ma drogi tylko jest pole!

Nocleg miałem już wcześniej zaplanowany u starszej pani w miejscowości Tjarzyn. Na miejscu okazało się, że u niej poczekam tylko do 18.30 (na miejscu byłem ok. 16.00), a nocować będę u jej rodziny. Trafiłem do małżeństwa po 50-tce. Bardzo sympatyczni ludzie. Ich rodziny pochodzą z rejonów Witebska, a w te rejony sprowadziły się na początku XX wieku, skuszone obietnicami, że tu ziemia leży odłogiem i wystarczy ją tylko brać ile się chce. W rzeczywistości była tu tajga, którą trzeba było wykarczować, aby móc uprawiać ziemię. Moi gospodarze byli wesołymi ludźmi, więc wieczór minął przyjemnie. Dodatkowo Pani Olga przejrzała wszystkie swoje lekarstwa i to co mogło mi się przydać to dała!

Dystans dnia – 108,85 km
Czas jazdy – 5:56:48 h
Średnia prędkość – 18,30 km/h


11.06.2008, środa, 65 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Poranne szykowanie do drogi zajęło mi trochę czasu. Nawet nie zauważyłem, kiedy Pan Piecia umył mi rower! Został umyty pierwszy raz od wyjazdu z domu! Na drogę dostałem od Pani Olgi worek gotowanego makaronu i litr dżemu oraz sałatę, rzodkiewkę, szczypior, gotowane jajka i bidon miętowej herbaty. Tak wyposażony po 8 wyruszyłem w drogę. Po kilku kilometrach okazało się, że wiatr będzie mi sprzyjał. Szczególnie w drugiej połowie trasy było to widoczne, kiedy droga prowadziła jakby po szczycie wzniesienia. Podjazdów było nie wiele, lasów zresztą podobnie. Sporo było pól uprawnych. Po ok. 42 km zatrzymał się obok mnie samochód – dwie pary jechały z rowerami złożonymi w bagażniku w góry na kilka dni. Jednak poza jednym mężczyzną, który zrobił kilka zdjęć i chwilę porozmawiał ze mną, pozostali tylko na chwilę wyjrzeli, nawet nie przywitali się.

Już dawno tak szybko nie jechałem. Ok. 16.30 dotarłem na nocleg w Acińsku. Na miejscu nikogo nie było, więc wysłałem SMSa do gospodarza i po chwili mężczyzna się pojawił. Mogłem spokojnie wziąć prysznic, najeść się i przygotować kanapki na dzień następny. Z tutaj uzyskanych informacji, podobnych zresztą jak i wcześniej wynika, że za Krasnojarskiem mam jakieś 230 km niezłej drogi do miasta Kańsk. Dalej większość radzi, abym się "nie łamał" i pakował w pociąg lub TIRa. Podobno droga jest fatalna i szkoda zdrowia oraz roweru. Wieczór spędziłem na rozmowach, głównie z młodzieżą Acińska i Krasnojarska, która wspólnie spędza wakacje. Czas tak szybko minął, że nim się zorientowałem była północ i trzeba było iść spać.

Dystans dnia – 148,55 km
Czas jazdy – 6:54:37 h
Średnia prędkość – 21,49 km/h

12.06.2008, czwartek, 66 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Vitalij
Dzień zapowiadał się nieźle. Świeciło słońce, był lekki wiaterek, a ja na drogę miałem dużo kanapek, makaron i dżem. Na śniadanie też głównie zjadłem makaron z dżemem. Do 8 udało mi się przygotować do drogi oraz pożegnać się z tymi, którzy zdążyli wstać. Droga od początku była pagórkowata i prowadziła głównie przez lasy (lubię jechać i słuchać świergot ptaszków). Momentami było pochmurno, ale spadło tylko kilka kropel deszczu. Wiał wiatr południowo – zachodni, który przez ponad 70% drogi raczej pomagał, ale pod koniec był odcinek, w którym przeszkadzał. Ja natomiast po 150 km czułem się słaby, tzn. nogi odczuwały dystans. Zrobiłem jednak kilka krótkich postojów oraz zjadłem dwie kanapki i w efekcie ostatnie 7-8 km poszło lżej, pomimo że droga kończyła się ok. 100 m ostrym podjazdem po żwirku. W drodze zaczepił mnie człowiek z Krasnojarskiego Klubu Rowerowo – Turystycznego. Miał na imię Vładymir. Podobno znajomi poinformowali go o mojej wyprawie. Chciał się spotkać w Krasnojarsku, ale akurat służbowo wyjeżdżał i spotkaliśmy się w drodze. Na miejscu (dotarłem ok. 19.30) na dobry początek wypiłem kawę, następnie wziąłem prysznic, a brudne rzeczy zapakowałem do pralki. Udało mi się trochę porozmawiać z gospodarzami, którzy również chętnie jeżdżą na rowerach (w garażu stoi kilka sztuk). Okres oczekiwania na mecz Polska – Austria spędziłem przed komputerem (w Krasnojarsku jest +6 godz.). Niestety nasi zremisowali 1:1 i praktycznie wracają do domu po meczu z Chorwacją.

Dystans dnia – 172,65 km
Czas jazdy – 9:04:50 h
Średnia prędkość – 19,01 km/h
Dystans całkowity – 5999 km
Całkowity czas jazdy – 330:47 h

13.06.2008, piątek, 67 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Kościół w niedzielę, w tygodniu sala koncertowa
Rano odsypiałem mecz Polska – Austria, który wg miejscowego czasu zakończył się przed 5-tą rano. Jak tylko wstałem moi gospodarze uraczyli mnie śniadaniem, a trzy godziny później miałem już obiad. Po obiedzie najpierw zrobiłem spacer do sklepu, aby zrobić zakupy na drogę, a następnie przygotowałem kanapki i makaron. Późnym popołudniem wybrałem się rowerem na wycieczkę po mieście. Krasnojarsk nie ma zbyt wielu zabytków. Do głównych (wg mojego przewodnika) należy kościół katolicki, który jest obecnie tylko użyczany każdego dnia na wyznaczony czas, aby księża mogli odprawiać Msze Św. Głównie jednak służy jako sala koncertowa! Dwie główne ulice to równoległe do siebie Marksa i Lenina, a pomiędzy nimi stoi oczywiście pomnik tego drugiego.

Po powrocie poznałem O. Antoniego, zapalonego rowerzystę, który właśnie powrócił z dwudniowej wycieczki rowerowej. On kilka razy jeździł do Irkucka rowerem i samochodem, a raz szedł pieszo! Potwierdził informacje, że za Kańskiem kończy się to, co my w Europie nazywamy "drogą". Tam też mają być „prawdziwe góry”. Wg niego, jeżeli będzie pogoda to mam założyć maseczkę przeciwpyłową i mogę walczyć. Natomiast w przypadku deszczu tylko nierozsądna osoba odważy przejechać się po tamtej drodze! Wieczór to już uzupełnianie relacji internetowych, trochę rozmów z gospodarzami oraz gorąca bania. Opiekun trochę zaszalał i nagrzał ją do 100 stopni C.!

Dystans dnia – 7,10 km
Czas jazdy – 0:33:41 h
Średnia prędkość – 12,65 km/h
Dystans całkowity – 6006 km
Całkowity czas jazdy – 331:21 h

Źródło: informacja własna

1


w Foto
@ do Chin
WARTO ZOBACZYĆ

Tajlandia: pływający targ
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 5; Pierwszy zachwyt
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl