HAWAJE
23:11
CHICAGO
03:11
SANTIAGO
06:11
DUBLIN
09:11
KRAKÓW
10:11
BANGKOK
16:11
MELBOURNE
20:11
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » @ do Chin » @dC 3: Pozdrowienia z Moskwy!
@dC 3: Pozdrowienia z Moskwy!

Krzysztof Skok


Skojarzenia z Jamesem Bondem zamierzone i mile widziane. Bo przecież agent 007 słynie z nietypowych środków transportu. A jednak rowerem do Chin nie dojechał. Krzysztof Skok zaś dojedzie. Trzymamy za niego kciuki i zapraszamy na kolejny odcinek relacji. Ostatnio odprowadziliśmy samotnego cyklistę na wschodnie rubieże Polski. Co czeka go w dalszej drodze? Zapraszamy do lektury!




12.04., sobota, 5 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Szybkie, rowerowe zwiedzanie
Wstałem o 4 rano, a o 5 czekał na mnie Pan Irek, który zawiózł mnie z bagażem do garażu i pomógł mi wszystko zamontować. O 5.15 ruszyłem w drogę. Na granicy zrobiłem pamiątkowe zdjęcie, przesunąłem zegarek o godzinę do przodu i w drogę. Do Wilna tylko jechałem i jechałem - tylko jeszcze gumę złapałem w przyczepce.
Na granicy miasta czekało na mnie czterech kolegów z Niemenczyna (jednemu wkrótce popsuł się rower i dalej jeździliśmy w czwórkę). Pojechaliśmy na Cmentarz na Rossie, gdzie zapaliłem znicz, a następnie było szybkie, rowerowe zwiedzanie Wilna. Na koniec było 20 km drogi na nocleg, na który dotarliśmy po 20.30. Tym sposobem pokonałem ponad 200 km jednego dnia! Warto wspomnieć o jeszcze jednym - przez całą drogę zaczepiali mnie ludzie z jadących samochodów i pozdrawiali mnie. Raz Polacy jadący do Wilna poczęstowali mnie kawą (spotkaliśmy się później w Wilnie), a raz Polak busem na litewskich tablicach rejestracyjnych wyprzedził mnie, a następnie zatrzymał się, aby pogadać!

Dystans dnia - 201,78 km
Czas jazdy - 10,27 h
Średnia prędkość - 19,30 km/h
Dystans całkowity - 650 km

13.04., niedziela, 6 dzień wyprawy

Dzień odpoczynku! Wstałem o 9.30 i po porannej toalecie poszedłem na mszę. Popołudnie spędziłem na przesyłaniu relacji do Polski I na spotkaniach ze znajomymi z Niemenczyna. Udzieliłem także wywiadu Panu Zygmuntowi Żdonawicz z "Kuriera Wileńskiego".

14.04.2008, 7 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Wesołówka - Krzysztof nauczycielem
Wstałem o 6 rano - szybka toaleta, a następnie ponad 20 min. gimnastyki na rozgrzewkę dla rozruszania mięśni po dniu przerwy. Potem śniadanie z moim przyjacielem i gospodarzem Antonim Zakiewiczem, wspaniale przygotowane przez jego Mamę. Dostałem też od Niej chleb św. Agaty, aby ta chroniła mnie przed nieszczęściami w podróży (dzień wcześniej otrzymałem różaniec od mojej koleżanki Reginy Klukowskiej). Ok. 8 rano wyruszyłem z Niemenczyna w kierunku Łotwy. Po przejechaniu 20 km spotkałem tatę Antoniego, z którym jeszcze chwilę posiedziałem i porozmawiałem. Czas spędzony w samochodzie pozytywnie wpłynął na moje samopoczucie, które ze względu na zimny wiatr i pochmurne niebo nie było najlepsze. 10 km dalej była Wieś Wesołówka z polską szkołą, w której dyrektorem jest mój dobry kolega Robert Komorowskij. Zaprosił mnie dzień wcześniej, abym poprowadził lekcje geografii dla starszych klas poświeconą mojej wyprawie. Było też dużo pytań uczniów i autografy! Następnie poczęstowano mnie obiadem oraz kawą z ciastkami. Dostałem także kanapki na drogę.

Kolejne 70 km minęło bez żadnych zdarzeń. Przejechałem przez nieciekawe centrum Uteny. Za Uteną na parkingu spotkałem dwóch kierowców TIR-ów (Marcina i Przemka z Siedlec). Zaprosili mnie na kawę, a na koniec zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Dalej już jechałem przy słonecznej pogodzie, a i wiatr delikatnie sprzyjał. Ok. 20 zacząłem rozglądać sie za noclegiem – pierwsze trzy próby były nieudane. Czwarta przyniosła sukces, gdy okazało się, że jestem Polakiem. Przyjął mnie do siebie na noc starszy Pan, którego zięć jest merem Kowna! Ponad godzinę siedzieliśmy i rozmawialiśmy sobie, nim położyliśmy się spać.

Statystyki dnia:

dystans dnia – 124,15 km
czas jazdy – 6:48:56 h
średnia prędkość – 18.87 km/h

15.04, 8 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Gościnny gospodarz
Wstałem tradycyjnie o 6 rano – mój gospodarz już nie spał. Kiedy ja byłem zajęty poranną toaletą, on w tym czasie przygotował śniadanie. O 7.15 wyruszyłem w drogę. Do granicy miałem 20 km, które pokonałem w spacerowym tempie. Tam przekąsiłem, porozmawiałem z Polskimi kierowcami Tirów (czekali aż pani skończy się przerwa, aby mogli kupić winiety). Do Daugavpils jechało mi sie dobrze. Zwiedziłem część miasta, a na jego obrzeżach kupiłem trochę jedzenia. Kolejne miasto na mojej drodze to Rezekne – 80 km dalej. Postanowiłem je podzielić na cztery części, a po każdej z nich zrobić krótką przerwę. Pierwsza cześć poszła super – jechałem ok. 27 km/h. Niestety po przerwie nogi sie zbuntowały – bolały mnie, a jazda nie szła już tak dobrze. Ostatecznie do Rezekne dotarłem godzinę później niż planowałem. Zatrzymałem sie na wjeździe do miasta, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ruszając ponownie, ze zdziwieniem zauważyłem, ze mam usterkę w rowerze – coś piszczało kiedy pedałowałem. Zatrzymałem się na pobliskiej stacji benzynowej, aby sprawdzić co się stało. Niczego nie zauważyłem, więc ruszyłem w miasto w poszukiwaniu sklepu rowerowego lub mechanika, aby poradzić się. Niestety było po 18 - za późno na poszukiwania. Zatrzymałem się na chodniku przy wyjeździe z miasta i zacząłem od nowa przeglądać wszystkie tryby. Zauważyłem, że z tyłu nie pracuje najmniejsza zębatka, a "z góry" jest wolny jeden bieg. Nie doszedłem o co w tym wszystkim chodzi, więc zacząłem rozpytywać się znajomych o mechanika. W pobliskim domu mieli swojego znajomego, który naprawia rowery. Ale z przerzutkami nie miał jeszcze do czynienia. Na szczęście pani Irena, właścicielka domu (syn Imam), kiedy dowiedziała się, że jestem Polakiem, zaproponowała mi nocleg, a rano syn miał zaprowadzić mnie do sklepu rowerowego.

Statystyki dnia:

dystans dnia – 137,03 km
czas jazdy – 7:19:33 h
średnia prędkość – 18.70 km/h

16.04, 9. dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Z rowerem wśród TIRów
Wstałem wyjątkowo późno – kiedy budzik zadzwonił o 7.30 wszyscy spali, więc ja postanowiłem pospać sobie do 8.15. Po porannej toalecie udałem się z synem Pani Ireny, Imamem, w poszukiwaniu sklepu rowerowego, w którym byłby mechanik. W pierwszym nie udało się, ale wskazano nam sklep kilka metrów dalej. Niestety był otwierany o 10, a była 9.15. Po kwadransie pojawiła się sprzedawczyni. Poinformowała nas ona, że mechanik będzie po południu. Krótki bajer o wyprawie i zadzwoniła jednak do niego. Mechanik pojawił się po kilku minutach. Czekając na niego zauważyłem, że ceny części rowerowych są o 15-20% wyższe niż w Gdyni. Naprawa trwała kilka minut, a właściwie solidna regulacja tylnej i przedniej przerzutki. Mam wątpliwości, czy to na dłużej wystarczy – czas pokaże. My wróciliśmy do domu, gdzie pani Irena przygotowała śniadanie, które trochę się przedłużyło. Warto zwrócić uwagę, ze w Rezekne są dwa kościoły katolickie i polska szkoła. Wyjechałem przed 12, ale to była męka – co prawda po kliku kilometrach wyszło słońce, ale nim dojechałem do granicy i tak sie schowało. Większym problemem był wiatr, pod który jechałem praktycznie cały dzień – momentami wiał niemiłosiernie. Dodatkowo kiepski stan dróg łotewskich dobijał całkowicie. Przy wjeździe na granicę łotewską, Białorusin, którego poprosiłem o zrobienie zdjęcia, gorąco mnie namawiał, abym zawrócił, bo dalsza droga jest zbyt niebezpieczna. Na granicy, pomimo że spędziłem niecałą godzinę (byłem atrakcją i jechałem bez kolejki), zmarzłem okrutnie, a mięśnie zesztywniały. Przed odjazdem zrobiono mi pamiątkowe zdjęcie, ale od razu pogranicznicy mnie dopadli i kazali je wykasować. Bylem tak zmarznięty, że dojechałem do najbliższej stacji benzynowej, gdzie w barze zamówiłem sobie gorący gulasz z makaronem i herbatę. Chciałem jak najszybciej odjechać od granicy i szukać noclegu - niestety, ale bez efektu. Było kilka domów na ok. 25 km od granicy, ale były to raczej dacze letniskowe, lub całkowite ruiny. Kilka kilometrów dalej natrafiłem na motel z łóżkiem za 200 rub. i prysznicem za 30 rub., czyli razem za 23 zł. Na tym zakończyłem poszukiwanie noclegu.

Statystyki dnia:

dystans dnia – 93.79 km
czas jazdy – 5:58:25 h
średnia prędkość – 15.69 km/h

17.04, 10 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Ludzie dobrej woli są wszędzie wokół
Budzik obudził mnie o 6.30, ale stwierdziłem, że skoro płacę za nocleg, to trzeba wypocząć. Wstałem godzinę później, ale dzień nie zapowiadał sie miło – było pochmurno i trzeba było zająć sie kołem, z którego późnym wieczorem raptownie zeszło powietrze – tak jakby pod wpływem ciepła pokoju. Kiedy naprawiałem koło, zaczęło padać. Wiec zamówiłem sobie herbatę, a następnie jajecznice na śniadanie, ale nie przestało lać. Już miałem ruszać, kiedy pojawił się sie Marcin z Siedlec (kierowca Tira, którego poznałem pod Uteną) – okazało się, że kiedy ja przekraczałem w spokoju granice, ich trzymali i dokładnie sprawdzali (no i dwa dni stali w kolejce). Chciał mnie zabrać na kawę, ale jako że zbliżała się 10, ruszyłem w deszczu w drogę. To była rzeź – deszcz lał cały dzień, droga była niesamowicie pofalowana (skończyły się równiny), a dziur było jak w szwajcarskim serze. Do tego pierwsze 50 km było pod wiatr, a reszta to na przemian boczny i ukośny od przodu. Po prawie 40 km był bar, w którym musiałem się ogrzać. Chciałem to zrobić kilka kilometrów wcześniej, ale zbliżała sie 12 i pani sklepowa robiła sobie przerwę obiadowa. Trzeba było kupić produkty i robić kanapki pod sklepem. W knajpie spędziłem ponad dwie godziny (trochę czytałem i rozmawiałem ze paniami z obsługi) – wypiłem kawę, herbatę i zjadłem duży talerz barszczu. Lalo dalej, wiec ruszyłem na ostatnie 12 km do Pustoszki w deszczu, gdzie zjadłem kanapkę i wypiłem małą kawę rozpuszczalną. Po kolejnych 20 km drogi na Nevel była kolejna stacja benzynowa, gdzie poprosiłem, aby mi nalali do mojego kubka wrzątku i tym sposobem zrobiłem sobie kawę zbożową z miodem i zacząłem jeść kanapki przed budynkiem. Jedna z pań z obsługi zawołała mnie do środka, a sama zabrała moje brudne i mokre rękawiczki, bo kradną!

Do Nevela bylo jeszcze 30 km, wiec ruszyłem dalej do boju. Po 20 km zacząłem myśleć o noclegu. Na 5 km przed miastem byla wioska, której pierwsze domy zaczynały sie przy głównej ulicy (generalnie wioski w Rosji są przy bocznych dróżkach, oddalone o 2-3 km od głównej drogi). W pierwszym z nich poprosiłem o herbatę "bo zimno". Dostałem zupę solankę z chlebem (pychota), a gdy starsi już gospodarze Nikołaj i Irena dowiedzieli się, że sam jadę rowerem do Chin, zaproponowali mi nocleg.

Statystyki dnia:

dystans dnia – 95,97 km
czas jazdy – 5:41:04 h
średnia prędkość – 16,88 km/h

18.04, 11 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Krasna Zwezda wciąż jest tu dobrą gwiazdą
Wstałem ok. 7 – gospodyni spieszyła się na autobus i wkrótce wyszła, a gospodarz nie miał ochoty mnie puścić. Więc była kawa, śniadanie i miła rozmowa. Ja jednak o 8 ruszyłem w deszczu, który towarzyszył mi przez pierwsze 20 km.
Po 10 km, na wyjeździe z Newela, zatrzymałem sie przy spożywczaku, gdzie zjadłem pierożka i kupiłem na drogę kwas chlebowy i czekoladę. Jakieś 2 km dalej stał znak, który wprawił mnie w osłupienie – informował mnie, że dalszy przejazd tą drogą jest płatny! Nie było jednak bramek z opłatami (szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia). Przez kolejne 100 km jakoś się jechało – nawet nieźle, tylko raz trafiłem na 5 km remontowanej drogi, co oznaczało przejazd po pomarańczowej mazi, pod którą były ostre kamienie. Zresztą cała droga była przeplatana odcinkami dobrymi i dziurawymi (wszyscy bawili sie w ich omijanie). Przy jednej z takich dziur „wyhaczył” mnie radiowóz (jechałem środkiem), ale skończyło się na pogadance o wyprawie. Nawet o paszport nie zapytali! Było to k. Vieleza, gdzie w spożywczaku posiliłem sie i zdjąłem spodnie przeciwdeszczowe. Po 2 km musiałem je znowu ubierać. Po kolejnych 15 km znowu zrobiło się gorąco.
Ostatnie 20 km to była już męczarnia – ewidentnie miałem już dość. W końcu doczołgałem się sie do wioski, gdzie w pierwszym z brzegu domu otrzymałem gościnę. Pani domu nie była może zachwycona, ale jej mąż - Vitalij (miał trochę wypite) jak najbardziej był za. Z nim zjadłem kolację i jakieś 2 godziny przegadałem – ma małe gospodarstwo i niewielką firmę budowlaną (patrząc na wygląd w środku i brak drzwi trochę trudno w to uwierzyć). Spać poszedłem o 23.

Statystyki dnia:

dystans dnia – 168,89 km
czas jazdy – 9:23:30 h
średnia prędkość – 18,01 km/h

20.04.2008, 13 dzień wyprawy

Zobacz  powiększenie!
Pamiątkowa fota z "rumakiem" Krzysztofa
Maść rozgrzewająca na noc od Pawła to było chybione rozwiązanie – kilka razy w nocy budziłem się, bo strasznie piekło, a rano zauważyłem opuchliznę. Zastosowałem więc maści zabrane z Polski i opuchlizna po kilku godzinach znikła. Od rana cały czas padał deszcz (lub lał) i wiał wiatr. Moi gospodarze wstali ok. 8.30, zrobili śniadanie, a następnie Roman poszedł spać. Ja natomiast rozmawiałem z Pawłem do południa, zanim on też udał się na spoczynek. Miałem czas dla siebie. W TV były same teleturnieje i programy rozrywkowe, np. odpowiednik naszej Familiady. Do kościoła nie miałem gdzie pójść, wiec odmówiłem I cześć różańca (odtąd codziennie podczas postojów odmawiam jedną część). Koło 14 wstał Roman – trochę porozmawialiśmy i zacząłem zbierać sie do drogi. Nie za bardzo miałem ochotę jechać w deszczu, ale wiedziałem, ze moi gospodarze też po południu wyjeżdżają. Postanowiłem, ze jak Bóg pozwoli, to przejadę w deszczu i wietrze jakieś 50 km i poszukam kolejnego noclegu. O 15 udało mi sie wyjechać, robiąc pamiątkowe zdjęcie na pożegnanie.

Droga właściwie bez historii. Po jakiś 20 km miałem postój na jedzenie, a po kolejnych 10 km natrafiłem na postój z "naszymi" Tirami. Od jednego z kierowców dostałem gorącej wody i mogłem sobie zrobić kawę zbożową. Było to w Jarcewie. Miejscowi z obsługi stacji paliwowej twierdzili, ze będzie tam kościół katolicki. Na miejscu jednak okazało się, że to jest przede wszystkim dom mieszkalny, a w jednym z pomieszczeń podobno funkcjonował jakiś odłam - "Kościół pięćdziesiątnicy". Kawałek dalej znowu trafiłem na polskich kierowców, więc znowu postałem i chwilę z nimi porozmawiałem.

Jednak zbliżał się już wieczór i trzeba było szukać noclegu. Okazało sie i tym razem, że to nie problem. Natalia i Gienadij przyjęli mnie do siebie i nakarmili. No i mogłem rozwiesić swoje mokre rzeczy. Kazali mi żałować, ze nie przyjechałem wcześniej, bo bym poznał ich 26-letnia córkę Ljeke, którą oddaliby mi za żonę.

Statystyki dnia:

Dystans dnia – 53,87 km
Czas jazdy – 3:44:14 h
Średnia prędkość – 14,41 km/h

23.04 - wiadomość SMS-owa

"Pozdrowienia z Moskwy!
Z dużym bólem kolana dotarłem dziś po południu, nocleg na plebanii, jutro aktualizacja info."

Czekamy i trzymamy kciuki!

Źródło: informacja własna

1


w Foto
@ do Chin
WARTO ZOBACZYĆ

Ziemia Święta: Mieszkańcy Izraela
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 4; Otavalo indiańskie
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl