HAWAJE
00:56
CHICAGO
04:56
SANTIAGO
07:56
DUBLIN
10:56
KRAKÓW
11:56
BANGKOK
17:56
MELBOURNE
21:56
Ogłoszenie niepłatne ustawodawcy Serwis wykorzystuje ciasteczka (cookies) w celu: utrzymania sesji zalogowanego Użytkownika, gromadzenia informacji zwiazanych z korzystaniem z serwisu, ułatwienia Użytkownikom korzystania z niego, dopasowania tresci wyswietlanych Użytkownikowi oraz tworzenia statystyk ogladalnoœci czy efektywnoœci publikowanych reklam. Użytkownik ma możliwoœć skonfigurowania ustawień cookies za pomocš ustawień swojej przeglšdarki internetowej. Użytkownik wyraża zgodę na używanie i wykorzystywanie cookies oraz ma możliwoœć wyłaczenia cookies za pomoca ustawień swojej przegladarki internetowej. /// Dowiedz się więcej
 
Mapy: | Afryka | Ameryka Pd. | Ameryka Pn. | Antarktyda | Australia | Azja | Europa | Polska
  ŚwiatPodróży.pl » Świat » TAS 2: W poszukiwaniu diabła...
TAS 2: W poszukiwaniu diabła...



Mt. Freycinet NP. Jak kapitalne białe plaże i błękit otaczających sielskich wielkich wód, to tylko tropiki. No tak sobie dumałem przez większość życia - jedynie do momentu sprzed kilku godzin, gdy byłem na plaży widocznej na dole (Wine Glass Bay). Gdzież tutaj tropiki - bliżej jest do okowów antarktycznych lodów!

A jednak to Tasmania....dla mnie to druga najśliczniejsza plaża, na jakiej złożyłem swe szanowne dupsko do odpoczynku zasłużonego, a jakże (tylko coś ze dwie godziny, było trzeba dalej się drapać na pagórki, skąd to zdjęcie, Mt Fidel.


Zobacz  powiększenie!
Busz ciągle płonie w South-West NP, szukam dalszych miejsc do wypełnienia czasu w oczekiwaniu na zmianę. Queenstown, mała mieścinka kopalniana, której czasy świetności poszły w niepamiętną przeszłość; mimo wszystko ma to swój klimat. W okolicach są (czy może raczej były) ogromne pokłady miedzi, które zaczęto na wielką miarę wydobywać 100 lat temu. Skala zanieczyszczeń zamienia całe połacie terenów w skalne pustynie, a ich kolorystyka jest doprawdy niezwyczajna. Związki siarki używane w procesie wydobywczym stały się dodatkowym paliwem dla częstych letnich pożarów, dopełniając tylko zniszczeń. Szaleństwo degradacji środowiska zostało zastopowane w 1963 roku.

W hoteliku (tym najtańszym) poznaję sympatyczną parę z Adelajdy, radośnie bawiącą się z butelczynami winka. Następnego dnia pąkują mnie do auta i jedziemy... gdzieś... Para okazuje się zawodowymi poszukiwaczami minerałów, w tym złota, co mnie nieco zwaliło z nóg: cóż oni robią w takim tanim lokum(?) - możliwe, że w tutejszym Hiltonie nie było miejsc, no tak sobie to tłumaczę...

Ta rzeczka (obrazek), jak mi mówią, jest "ich": mają dobry kontrakt rządowy (tutaj to są najlepsze interesa), na oczyszczenie jej z potwornych kopalnianych zanieczyszczeń, a dodatkową nagrodą będzie odzyskanie złota, które kopalnie "przegapiły" w swym procesie; dostaje na pamiątkę dwie grudki skalne z odrobinkami złota, które solennie mam zamiar przeszmuglować wracając niedługo do kraju (i zacząć żywot pański, a co!)…

Zobacz  powiększenie!
Ciągle wypełniam luki w czasie, łażę po okolicy. Trafiam przypadkiem na najstarszą, opuszczoną odkrywkową kopalnię miedzi, mającą swoje narodziny w 1883 roku. Wszystko, co najciekawsze, ogrodzone - ale to nie moja wina, iż niedostatecznie wysoko...

Zobacz  powiększenie!
Jestem już ponad dwa tygodnie na wyspie, regularnie dowiadując się co z pożarami lasów w South-West. Pożary te w końcu ustały, lecz ogień nadal tli się w ściółce leśnej - ciągle realne zagrożenie. Szlaki są zamknięte na następny tydzień - poddaje się, brak mi czasu; ogromne zawiedzenie, smutek pomieszany z wściekłością. Cóż, niespodzianki, to specjalność gór. A cierpliwość dla nich? Tym razem mnie opuszcza. Mam jeszcze nieco czasu, zastępczo, od niechcenia wybieram najsłynniejszy tasmański szlak: Overland Track.

Zobacz  powiększenie!
Przyglądam się wcześniej mapie topograficznej temu 80-ciu kilometrowemu szlakowi i nie mogę dostrzec zbyt wielce wstrząsającej rzeźby terenu, do tego w sezonie (grudzień marzec) drepcze tam 8000 ludzi, brrrr...! Decyduje się tam pójść, mając do wyboru już wracać po porażce z South-West lub jeszcze chwilę tu zostać: szybszy powrót do pracy - nieee...

"Niespodzianki, to specjalność gór", jak sam już raczyłem zauważyć. I pierona - miałem racje! Pierwsze pół godziny i zły humor ostatnich dni gładko przechodzi. Wszędzie dookoła wspaniale bukiety trawy button grass, antyczne lasy z wielobarwnym pluszowatym mchem, wodospady, jeziora ze skalnymi strażnikami ponad nimi i poza nielicznymi przypadkowymi turystami świetni, inspirujący ludzie na szlaku, nawet po 60-tce (!), a wysokość szczytów nie ma znaczenia - jestem zaskoczony!
Na fotce - na szczycie Cradle Mountain (1545m; na poprzednim zdj. dobrze go widać).

Zobacz  powiększenie!
Overland Track. Jeden z wielu, wielu przykładów wyjątkowości tego rejonu.

Zobacz  powiększenie!


Nooo, pomilczę sobie przez chwilę, może ze dwie...




Zobacz  powiększenie!
Overland Track. Jeden z kilku wodospadzików na trasie. Wodospadzików, bo są niewielkie, tyci - a i tak urocze.

Po obfotografowaniu myśli na tyle zakręciły w siną dal, iż sporo idę klarownym szlakiem, o tak - w przeciwnym kierunku...

Zobacz  powiększenie!
Overland Track. Stary, bardzo stary las - wyobraźnia jest solidnie zajęta.

Zobacz  powiększenie!
The Acropolis, rejon The Labirynth z nastepnej fotki; szczyt w tle

Okolice Overland Track, The Labirynth. Ilość lokalnych chodzących w tutejszych górach jest imponująca, doprawdy. Dowiaduje się od nich o prawdziwym guru fotografii, mistrzu zatrzymanego kadru, który zmarł ledwo parę lat temu, uwieczniając rejon, z którego zobaczenia dopiero co musiałem zrezygnować: Western Arthurs Range. Całe życie fotografował piękno Tasmanii, a najsłynniejsze jego prace pochodzą właśnie z The Labirynth.

Zobacz  powiększenie!
I w końcu najciekawsze, co rzeczą do mnie: nazywa się DĄBROWSKI (w ich wydaniu na końcu obowiązkowe "Y")! Co w środku poczułem, to moje i tyle. Natychmiast pouczam sympatycznych Aussies (pot. Australijczyków), w jakim kraju "ich" wielki fotograf się urodził, no i oczywiście, że mnie wydała na świat ta sama ziemia! Ależ milo się potoczyło...

Po zejściu ze szlaku od razu biegnę do sklepu z pamiątkami i lekko znajduję całą osobną półkę z jego widokówkami (zdjęcia/widokówki z miejsca „zabijają” z wrażenia!) i widzę pełne nazwisko: Peter DombroskiS... a niech to...

Tak po prawdzie jednak czy dla nich, Aussies, istnieje jakakolwiek różnica pomiędzy Polska, a Litwa(?); mimo wszystko odwaliłem kawał porządnej roboty, dobrze się stało (dla nich!), iż nie potrafią poprawnie wymawiać szlachetnie brzmiących słów!

Źródło: informacja własna

1


w Foto
Świat
WARTO ZOBACZYĆ

Tahiti: Żeglowanie po wyspach Mórz Południowych
NOWE WYSTAWY
PODRÓŻE

GAL 7; Santa Fe
kontakt | redakcja | reklama | współpraca | dla prasy | disclaimer
copyright (C) 2003-2013 ŚwiatPodróży.pl